Poprzednie części:  Sklep rzeczy utraconych
Pokaż listęUkryj listę

Sklep rzeczy utraconych - rozdział 80

— Musimy iść — powtórzył Vaelen.

Eveline patrzyła na swoją dłoń spoczywającą na palcach Tempa. Nie czuła jego skóry. Kiedy spróbowała poruszyć ręką, zobaczyła, że palce się rozprostowują, choć nie miała wrażenia, że wydała im takie polecenie. Cofnęła ją.

Vaelen podniósł się pierwszy. Stał pochylony, z ręką przyciśniętą do boku. Eveline chciała mu pomóc, ale sama nie mogła wstać. Oparła lewą dłoń o żwir i podciągnęła pod siebie nogi.

Lampa nadal paliła się na kamieniu. Jej światło padało na twarz Tempa i metalowe palce ułożone na piersi. Eveline sięgnęła po nią, lecz zatrzymała rękę nad uchwytem.

— Zostawmy mu — powiedziała.

Vaelen nie odpowiedział.

Tunel znajdował się po lewej stronie groty. Eveline pamiętała jego wejście, ale z miejsca, w którym klęczała, nie mogła go dostrzec. Ruszyła wzdłuż ściany. Vaelen szedł za nią, wolniej niż zazwyczaj. Kiedy minęli ostatni występ skały, światło lampy przestało sięgać ich stóp.

Eveline odnalazła lewą dłonią kamień.

Idź przy ścianie.

Przesuwała palce po nierównej powierzchni. Między kamieniami zbierała się wilgoć. W jednym miejscu natrafiła na głęboką szczelinę i musiała obejść wystający głaz.

— Tędy? — zapytał Vaelen.

— Tak.

Nie była pewna. Tempo wskazał jej drogę, zanim zdążył dokończyć zdanie. Wiedziała jednak, że tunel prowadził do dawnych składów Kompanii. Szła nim wcześniej.

Za plecami usłyszała szuranie. Vaelen zatrzymał się, opierając ramię o ścianę.

— Może pan iść?

— Mogę.

Nie ruszył od razu.

Eveline zaczekała. W słabym świetle, które dochodziło jeszcze z groty, widziała jego profil, ciemne włosy przyklejone do skroni i opatrunek przesiąknięty krwią. Pomyślała o chłopcu w białej szacie, stojącym przed fotelem. Miał te same oczy. Wtedy był niższy od matki.

Vaelen wyprostował się i minął ją.

— Proszę prowadzić, panno Vale.

Ruszyła dalej. Przez pewien czas słyszeli tylko własne kroki. Vaelen wyjął zapalniczkę, kiedy korytarz skręcił i pozbawił ich resztek światła. Płomień oświetlił mokrą ścianę i kawałek drogi przed nimi. Eveline rozpoznała płytkie koleiny pod stopami.

Przy rozwidleniu wskazała węższe przejście.

— Tam są składy.

Vaelen zamknął zapalniczkę. Dalej, wysoko pod sklepieniem, widniał szary prostokąt.

Szli ku niemu bez słowa.

***

Drzwi od strony składów były uchylone. Eveline naparła na nie ramieniem. Drewno ustąpiło, zgrzytając o kamień. Wyszła pierwsza. Uderzył ją chłód. Zatrzymała się pod ścianą magazynu i wciągnęła powietrze. Pachniało dymem, mokrą ziemią i czymś przypalonym. Nad dachami, w pierwszym szarym świetle, wisiała chmura dymu. Dzwony wciąż biły, choć nie wszystkie. Jeden urywał się po dwóch uderzeniach, potem zaczynał od nowa.

Vaelen wyszedł za nią. Zamknął drzwi, ale nie znalazł rygla.

Na ulicy nie było nikogo. Dopiero przy następnym magazynie zobaczyli przewrócony wóz. Jedno koło obracało się powoli, poruszane wiatrem. Dalej leżały rozrzucone worki z ziarnem. Ich zawartość rozsypała się na błocie, a w samym środku widniał szeroki ślad przeciągniętego ciężaru.

Z końca ulicy dobiegł krzyk.

Eveline odwróciła się. Między domami przebiegła czarna bestia. Była większa od konia, poruszała się nisko przy ziemi. Zatrzymała się przed budynkiem, z którego ktoś wychylił się przez okno, i uderzyła łapami w mur.

Człowiek zniknął wewnątrz. Vaelen chwycił Eveline za ramię i pociągnął za narożnik magazynu.

Nie protestowała. Przywarła plecami do cegły. Bestia uderzyła ponownie. Z góry posypały się dachówki.

Wtedy rozległ się róg.

Dźwięk przyszedł z daleka, od północnej części miasta. Krótki, niski, zakończony nagłym urwaniem. Bestia znieruchomiała. Opuściła przednie łapy. Jej łeb obrócił się w stronę, z której dobiegł sygnał. Potem odwróciła się od budynku i pobiegła ulicą.

Na sąsiednim dachu pojawił się drugi stwór. Zeskoczył na bruk i ruszył za pierwszym.

Eveline znała ten dźwięk. Słyszała go przy bestiach już wcześniej. Sama kiedyś zadęła w podobny róg.

Wychyliła się zza narożnika. Na odległej ulicy jeszcze dwie czarne sylwetki biegły w tym samym kierunku. Żadna nie zatrzymywała się przy domach. Nie reagowały na ludzi, którzy ostrożnie wyglądali z bram.

— Odchodzą — powiedziała.

Z zamku dobiegły krzyki. Potem kolejne. Na ulicy ktoś zawołał, żeby nie wychodzić z domów.

Dzwony biły dalej. Eveline ruszyła w stronę bramy.

***

Przed wejściem do zamku zebrał się tłum. Niektórzy stali, inni siedzieli pod murem. Mężczyzna z rozdartym rękawem przytrzymywał opatrunek na głowie starszej kobiety. Dwoje dzieci spało obok siebie pod płaszczem, a ich matka co chwilę podnosiła głowę, nasłuchując odgłosów zza bramy.

Wysokie skrzydła pozostawały zamknięte. Na drewnie, na wysokości człowieka, ciągnęły się długie bruzdy. Jedna przechodziła przez żelazne okucie. Kamienie przy podstawie muru były obtłuczone, a w szczelinie między nimi utkwił kawałek czarnej, twardej substancji.

Ktoś uderzył pięścią w bramę.

— Otwórzcie!

Z drugiej strony odpowiedział rozkaz. Zaszczękał mechanizm, ale skrzydła nie ustąpiły.

Eveline zobaczyła przy drodze przewrócone nosze. Leżał obok nich człowiek w płaszczu, z twarzą zwróconą ku ziemi. Jego ręka spoczywała na drewnianej ramie. Nikt jej nie podnosił.

— Potrzebujemy medyka! — zawołała kobieta pod murem.

Vaelen podszedł do bramy. Zanim zdążył zapukać, otworzyła się niewielka furtka. Wyjrzał żołnierz w zakrwawionej zbroi.

— Czego?

Zobaczył Vaelena i cofnął się.

— Lordzie?

— Otwórzcie.

— Mam rozkaz nie wpuszczać nikogo bez zgody dowódcy.

— W takim razie proszę go sprowadzić.

Żołnierz zawahał się, ale zniknął za furtką.

Eveline usiadła na niskim kamieniu. Nie była pewna, kiedy nogi zaczęły jej drżeć. Przycisnęła prawą rękę do piersi, żeby nie przeszkadzała. Pod materiałem płaszcza niczego nie czuła.

Starsza kobieta obok przyjrzała się jej.

— Pani też ranna?

— Nie wiem.

Furtka otworzyła się ponownie. Tym razem wyszedł dowódca, a za nim dwóch strażników z noszami.

— Lord Vaelen. Panno Vale.

Jego twarz była poszarzała, na policzku miał świeżą ranę.

— Królowa kazała otworzyć furtkę, kiedy bestie zaczęły się wycofywać — powiedział. — Rannych wpuszczamy pierwszych. Brama pozostanie zamknięta, dopóki nie zabezpieczymy przejazdu.

Skinął na strażników. Jeden z nich ruszył ku rannym.

— Florentina żyje? — zapytała Eveline.

— Tak.

— A Grijs?

— Wyszedł z wartowni, kiedy zaczęła się walka. Dowodził ludźmi przy północnym murze.

— Żyje?

— Ostatnio tak.

Przez furtkę wnoszono już kobietę z opatrunkiem na głowie. Jeden ze strażników podszedł do leżącego przy noszach mężczyzny. Uklęknął, sprawdził mu szyję, a potem nakrył go płaszczem.

Przeszli na dziedziniec. Pod arkadami ustawiono rzędy posłań. Ranni leżeli na kocach, pod płaszczami, na drzwiach zdjętych z zawiasów. Dwie kobiety nosiły wodę w wiadrach. Przy studni medyk obmywał komuś twarz, a obok młody żołnierz przytrzymywał opatrunek na udzie towarzysza.

Przy furtce stało jeszcze kilku ludzi, czekających na swoją kolej. Żołnierze odciągali wóz, którym zastawiono przejazd. Dach stajni wciąż dymił.

Vaelen zachwiał się przy studni. Dowódca chwycił go pod ramię.

— Do medyka.

— Najpierw muszę zobaczyć królową.

— Medyk jest bliżej.

— Zatem niech przyjdzie do nas.

Dowódca obejrzał jego opatrunek.

— Nie będzie pan długo chodził o własnych siłach.

Vaelen nie odpowiedział, ale pozwolił się poprowadzić.

***

Florentina siedziała przy stole w niewielkiej sali za wartownią. Miała na sobie ciemną suknię, którą Eveline widziała podczas pogrzebu, ale na jej rękawie zaschło błoto. Przed nią leżał plan zamku, przyciśnięty w rogach świecznikami. Obok stał Hessel z obandażowanym ramieniem.

Kiedy Eveline weszła, Florentina podniosła się.

— Jesteście.

Jej wzrok zatrzymał się na prawej ręce Eveline.

— Gdzie Tempo?

Eveline otworzyła usta. Przez chwilę nie potrafiła wydobyć głosu.

— Nie żyje.

Florentina nie poruszyła się.

— Kto go zabił?

— Trist.

— Ta kobieta z pracowni?

Eveline skinęła głową.

— Gdzie została?

— Uciekła. Drzwi się za nią zamknęły.

— Niech nikt nie schodzi do pracowni bez rozkazu — powiedziała Florentina do dowódcy. — Trzeba najpierw sprawdzić przejścia.

Eveline stała przy końcu stołu. Vaelen opierał się o framugę. Z sąsiedniego pomieszczenia przyszedł medyk i bez pytania zaczął rozcinać materiał przy jego opatrunku.

Florentina zwróciła się znów do Eveline.

— Widzieliście Stratega?

— Ostatni raz przez ogień. Szedł do mnie.

Eveline spojrzała na rozłożony plan. Był to zwykły rysunek korytarzy, z naniesionymi czerwonym atramentem znakami. Nie potrafiła znaleźć na nim miejsca, w którym zginął Tempo.

— Przesunął drugą dźwignię — powiedziała. — Tę niżej, przy krawędzi pulpitu. Potem odezwały się zamki.

— Jesteś pewna?

— Widziałam jego rękę.

Florentina zaczekała.

— W fotelu widziałam Gerrita przy pojemniku — dodała Eveline. — Usłyszałam też imię Reinout, związane z przełożonym kancelarii.

— Skąd wiesz, że chodziło właśnie o niego?

— Nie wiem. To był głos z fotela.

Florentina zwróciła się do Hessela.

— Zapiszcie oba imiona. Trzeba je sprawdzić.

Eveline próbowała przypomnieć sobie, kiedy usłyszała imię Reinout, ale wydarzenia z fotela mieszały jej się z obrazem groty i ręką Tempa.

Za drzwiami przebiegli żołnierze. Jeden z nich wołał o czyste płótno.

Florentina wróciła do planu.

— Północna brama?

— Zabezpieczona — odpowiedział dowódca. — Ludzie wracają do środka. Nadal szukamy rannych.

— Ile osób zostało za bramą? — zapytała Eveline.

Florentina odłożyła pióro.

— Wpuściliśmy trzysta osiemdziesiąt cztery osoby, zanim kazałam zamknąć bramę.

— A pozostałych?

— Nie wiem.

Eveline patrzyła na nią.

— Nadal nie wiemy — dodała Florentina. — Strażnicy liczą tych, których odnaleziono.

Za oknem ktoś zawołał, że potrzeba kolejnych noszy.

Florentina wzięła pióro i przekreśliła jedną z liczb na planie.

— Otworzyć południowy spichlerz — poleciła dowódcy. — Niech przeniosą tam rannych, których nie ma gdzie położyć.

Dowódca wyszedł.

— Usiądź — powiedziała Florentina.

— Muszę…

Medyk przy Vaelenie zaklął pod nosem. Opatrunek był już zdjęty, a na białym płótnie rozłożonym na krześle leżały zakrwawione kawałki materiału.

— Proszę usiąść, lordzie.

— Pokój posła — powiedział Vaelen do Florentiny. — Chcę sprawdzić, co Severian zostawił.

— Jest zabezpieczony. Nikt niczego stamtąd nie wynosił.

— Tym bardziej.

Medyk zaczął protestować, ale Vaelen podniósł rękę.

— Pozwolę panu skończyć.

Medyk zacisnął ostatni węzeł i odsunął się od krzesła.

Florentina odwróciła się do Hessela.

— Niech ktoś ich zaprowadzi. Potem oboje mają wrócić do medyka.

***

Pokój Stratega znajdował się na piętrze, w skrzydle przeznaczonym dla posłów.

Prowadzący ich żołnierz otworzył drzwi i pozostał na korytarzu. Vaelen wszedł pierwszy, lecz po kilku krokach zatrzymał się przy stole.

Eveline minęła go. Pomieszczenie było uporządkowane. Na biurku stał kałamarz, obok leżała zamknięta księga. Krzesło wsunięto pod blat. Na oparciu nie wisiał żaden płaszcz.

Przy ścianie stała otwarta skrzynia.

Pusta.

Eveline pamiętała, że widziała tu wcześniej przybory do pisania i stosy dokumentów. Teraz na półkach pozostało tylko kilka ksiąg należących zapewne do wyposażenia pokoju.

Vaelen podszedł do biurka. Dotknął jednej z szuflad, ale jej nie otworzył.

— Severian — powiedział cicho.

Eveline przeszła ku kominkowi. Na ruszcie leżały resztki spalonych papierów. Niektóre zachowały kształt złożonych arkuszy. Inne rozpadły się w szare płatki, między którymi widniały zwęglone brzegi. Przyklękła. W grocie zostawili lampę. Płonęła, kiedy odchodzili. Nie wiedziała, czy nadal się pali. Wyciągnęła lewą rękę i dotknęła popiołu. Był zimny.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania