Anturaż część 100

Nawet nie przypuszczałem, że zwykła skóra może u kogoś wywołać, aż takie zainteresowanie i podniecenie. Siergiej poprosił o odcięcie kawałka żeby mógł przekazać go do analizy. Kiedy dałem mu trochę mięsa suszonego z mojej żelaznej porcji i odciąłem kawałek skóry z Eru, pognał do laboratorium. Na ten widok uśmiechnąłem się, wiedziałem, co ma nadzieję znaleźć we włosiu.

Doskonale pamiętam dzień sprowadzenia pierwszych z czterech cielaków Eru, umieściłem ich w terenie o podwyższonym promieniowaniu. Warunki do życia miały podobne jak u siebie, lecz nie wiedziałem jak zareagują na pokarm. Opiekując się nimi musiałem być ubrany w strój kosmiczny ze względu na promieniowanie, jednocześnie stale zmuszony byłem uważać na ich bardzo ostre wypustki rogowe. Rogi wyrastały im na podobieństwo poprzecznego pióropusza z siedmioma rogowymi mieczami, które u dorosłych osobników osiągały około metra. Natomiast cielaki po wyjściu z okresu mlecznego dostawały początkowo wyrostki jak igiełki bardzo łamliwe. Skutki ugodzenia rogiem mogłem zaobserwować na ich macierzystej Ziemi, gdzie stanowiły pokarm dla przeszło trzy metrowych mięsożerców podobnych do hien. Drapieżniki okrążały upatrzoną ofiarę przed atakiem całym stadem, śmiertelny cios zadawany był zawsze od tyłu. Pozostałych zadaniem było jedynie odwracanie uwagi poprzez markowanie ataku. Kiedy osaczonemu Eru udało się wbić róg, ten łamał się w ciele napastnika, bardzo szybko wtedy następowała reakcja chemiczna. Atakujące zwierze z rany zaczynało obficie wydzielać ropę z psującego się mięsa, by zaledwie po kilku minutach paść martwe. Nigdy drapieżniki nie jedzą głowy, ucztę kończą od tyłu na szyi, widocznie są tam gruczoły jadowe. Dla własnego bezpieczeństwa nigdy tego nie sprawdziłem.

Zachowanie stada Eru było odmienne od zwierząt z mojej Ziemi, nasze potrafiły w obronie innego osobnika własnego gatunku poświęcić nawet życie. Eru zachowywały się całkowicie odmiennie, gdy jakiś osobnik został zaatakowany to pozostałe odwracały się i odchodziły zadowolone. Wystarczało im to, że to ich nie dotyczy.

Moje stado podstawowe liczyło początkowo dwanaście osobników, dwa cielaki padły po zjedzeniu jednej nieznanej mi rośliny. Pozostałe natychmiast przestały spożywać tę roślinę i jadły tylko to, co im nie szkodziło. Prawie utraciłem stado, gdy jak zawsze niespodziewanie pojawiło się tornado ogniste, sprawdziłem spalone zwierzęta i odkryłem małe grudki złota wytopione z włosia. Po tej tragicznej przygodzie Eru nauczyły się wykrywać zbliżające zagrożenie z powietrza. Kiedy dostarczyłem nowe cielaki, te zaadaptowane swoim zachowaniem nauczyły nowo przybyłe unikać czyhających na nich zagrożeń.

Ubawiła mnie własna myśl, jak pomyślałem sobie gdyby teraz gdzieś na Ziemi, żyły Eru to prawdopodobnie z ich powodów wybuchałyby stale konflikty zbrojne. Wszystko po to żeby zdobyć złote runo i tym samym majątek. Podczas kataklizmu bogaczy nie ochronił zgromadzony majątek. Armagedon zmiótł ich podobnie jak biedaków z powierzchni ziemi, z jedna różnicą oni byli w złotych trumnach, które i tak pod wpływem temperatury się stopiły.

- Niedziela 9 sierpnia 2015 cała noc padało, krople deszczu waliły o namiot, więc noc spędziłem na pokładzie Mantu. Tam czułem się bezpieczny przed kaprysami pogody, choć ta tutaj w niczym mi nie zagrażała, lecz nabyte lęki przewyższały racjonalne myślenie. Przed statek wyszedłem żeby spotkać się z panią premier, powitanie nasze było krótkie i zatrzymała się tylko na chwilę, żeby zostawić mi mały plecak z czterema książkami. Kiedy pobiegła dalej, sprawdziłem dokładnie jego zawartość, literatura ta zawierała porady o uprawie roślin i hodowli zwierząt. Dar przyjąłem grzecznościowo i dla rozrywki, choć w niczym już nie był mi potrzebny. Kiedyś jak zaczynałem przygodę w reaktywowaniu Ziemi, byłby to dar bezcenny, a teraz dla mnie nic nie jest wart. Poprzez wieloletnie uprawianie roli i sprowadzanie wymarłych gatunków oraz tych nieznanych nam wcześniej, stałem się pewnego rodzaju specjalistą. Choć sama przyroda doskonale dawała sobie radę z zabliźnianiem ran, jakie ludzie na swojej planecie pozostawili po sobie. Jedynie ja i z udziałem Mantu przyspieszałem ten proces. Gdybyśmy się nie pojawili to dopiero za kilka tysięcy, czy milionów lat życie ponownie rozkwitłoby w pełni.

Prawdziwą przyjemność sprawiło mi spotkanie z panią premier, może dla tego, że byłem pozbawiony towarzystwa i czułem się osamotniony. Przyczyna mogła być całkiem inna, ona była taka ładna i do tego zdrowa. Natomiast ja staruch cierpiący na chorobę popromienną, każdego dnia walczyłem z bólem i ze zniedołężnieniem. Doliczyć do tego należało jeszcze chore stawy i początkowe stadium Parkinsona, a w kolejce czekała demencja.

Dobrze się stało, że po południu powrócił Siergiej, który przyniósł ze sobą dwa rozkładane krzesełka i stolik. Postawił go przede mną, usiadł obok mnie na jednym krzesełku turystycznym, a drugie złożone wręczył mi. Tym razem przyniósł znacznie mniejszy plecak, jednak jego zawartość była bardziej cenniejsza niż ta dostarczona wcześniej. Sprawnie ustawił na stoliku dwa głośniki z wbudowanymi mikrofonami, połączył oba ze sobą przewodami i jeden zestaw bez kamery zaniósł do Mantu. Teraz Ena mogła widzieć nasze twarze i uczestniczyć w rozmowie. Następnie położył analizę laboratoryjną skóry i mięsa Eru, spojrzałem na wyniki tylko pobieżnie, potwierdzały jedynie to, co znałem. Kolejnym prezentem było radzieckie piwo, otworzył butelkę i mi podał, spróbowałem i nie przypadło mi do gustu. Przemysłowa technologia wytwarzania napoju, wypaczyła jego pierwotny smak. Teraz to był w zdecydowanej większości słód jęczmienny, chmielu było w nim jak na lekarstwo.

- Zaraz przyniosę prawdziwe piwo, jakiego nikt przede mną nie pił, został mi całkiem spory zapas. Wcześniej nie piłem alkoholu, ponieważ za bardzo w tedy przypominają mi się wszystkie dni spędzone bez towarzystwa ludzi – powiedziałem to, wstałem z krzesełka i poszedłem do Mantu po zapasik z mojej racji podróżnej.

Sam pojemnik już zrobił na trenerze spore wrażenie, który myślał, że wszystkie możliwe opakowania do cieczy widział. Jednak zachowującego się tak jak chce posiadacz, nie był w stanie zobaczyć. Mogłem poprzez dotykanie jak tylko chciałem zmienić jego kształt, niosłem w jego stronę „pochodnię”. Uchwyt był koloru złotego, głowica w odcieniu bursztynowym i wewnątrz niej widać było falującą ciecz, a płomień płonął na różowo. Kiedy postawiłem pojemnik na stoliku, stał niezachwianie na cienkiej podstawce wbrew prawom znanej ludziom fizyki. Niedaleko niego postawiłem dwa kubki metalowe, jakie przyniósł Siergiej poprzednim razem, złapałem jedną dłonią pojemnik z piwem, uniosłem go i kciukiem wykonałem gest jakbym od siebie otwierał kapsel. Momentalnie pojawił się otwór i już zwyczajnie przechyliłem naczynie i nalałem jednocześnie do dwóch kubków stojących około dziesięciu centymetrów od siebie, nie rozlewając przy tym nawet kropelki. Piwo po przelaniu do naczyń zaczęło świecić dość intensywnie wewnątrz na bursztynowo.

- Przecież to niemożliwe – powiedział wstrząśnięty przyjaciel.

- Co ma być niemożliwe, to że piwo świeci, czy naczynie jakiego użyłem? – zapytałem.

- Jedno i drugie – dodał.

- Do warzenia piwa oprócz słodu użyłem rośliny nazywanej Nieci pochodzącej z eonu, z jakiego sprowadziłem Eru. Podobnie ma właściwości jak jego mięso, systematyczne ich spożywanie likwiduje skutki choroby popromiennej. Niestety ludzie z naszej Ziemi nie byli pierwszymi, którzy dokonali reakcji jądrowej. Inni znacznie wcześniej prowadzili wojny z użyciem broni radioaktywnej i ci, co ocaleli musieli zmierzyć się z jej skutkami. Jedynym dla nich ratunkiem było stworzenie lekarstwa łatwo dostępnego i powszechnego. Sama roślinka przy jedzeniu jej na surowo smakiem przypomina nasz chmiel, więc zamiast jego to do piwa dodałem Nieci. Jak przestanie świecić w kubku to możesz bezpiecznie pić.

Chwilę jeszcze odczekałem i kiedy blask w kubku całkowicie przygasł. Gestem zachęciłem go do picia i pierwszy podniosłem kubek. Przełknąłem spory łyk, smakowało jak zawsze wybornie i takim to sposobem przełamałem obawy Siergieja. Pierwszy jego łyczek był niewielki i testujący. Kiedy upewnił się, co do smaku, wtedy sporo siorbnął z kubeczka. Później tylko chwalił głośno smak piwa i moje umiejętności browarnicze, jednocześnie prosił stale o kolejną porcję

Siedzieliśmy przy stoliku, do pełni szczęścia brakowało nam ogniska, nad którym pieklibyśmy kiełbaski. Było to nie realne, obowiązywało zaciemnienie i zakaz podwyższania temperatury pod siatką maskującą. Rozmowa nasza, z Ena musiała nam tego wieczoru wystarczyć.

Następne częściAnturaż część 101  

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz