Poprzednie częściTaniec sokoli część 1
Pokaż listęUkryj listę

Taniec sokoli część 2

Nair wsłuchiwał się z największą uwagą w każdy wyraz mówiącego, lecz pomimo wysiłku niewiele z tego rozumiał. Słowa były zawiłe i w pełni niezrozumiałe, ponieważ dokładnie nie wiedział, o co tamtemu chodziło. Podobnie wcześniej było z babką, tylko klepała wyuczone legendy na pamięć, lecz nie potrafiła opowiedzieć dokładniej i ze szczegółami na zadawane pytania. Stale wspominała jakiegoś szamania, który odnosił się w nich jak do sensacyjnych rewelacji z najstarszego ustnego przekazu. Saga jej zaczynała się w czasach, gdy każde kolejne pokolenie czyniło więcej zła od swoich poprzedników, aż zniszczyli wszystko. Pośród ocalałych resztek inteligentnych istot, ma narodzić się pokolenie sprawiedliwe i ono zniszczy zło. Ziemia dopiero wtedy zacznie się odradzać, ponieważ pocieszą ją po całkowitym zniszczeniu. W ten sposób rodziło się jeszcze więcej pytań, niż otrzymywało się odpowiedzi.

Mówca przerwał, jakby zastanawiał się, co powiedzieć i czy warto kontynuować rozmowę. Przybysz wykorzystał ten moment i zadał pytanie.

- Aniele święty, powiedz mi, czy to prawda, że kiedyś to była błękitna planeta?

Szum, albo pisk czy zgrzyt, jaki powstał, niewiele miał wspólnego ze śmiechem. Znacznie bardziej przypominał coś wrogiego, lecz miły głos zaprzeczył temu wrażeniu.

- Patrz, jak było i może kiedyś jeszcze będzie.

Wcześniejsze niewyraźne obrazy znikły, a w miejsce ich pojawił się jeden duży przepełniony odcieniami niebieskiego i zielenią. Przejrzystość powietrza oszałamiała, podobnie jak nasycenie barw. Wysoko w górze było niesłychanie błękitnie, z niewielkimi białymi smugowymi plamami. Niżej widział wysokie szczyty gór, pokryte czapami lodowymi, niżej były zielone łąki i drzewa, a w centralnej części przeogromny zbiornik czystej wody, w którym widział to, co u góry. Wcześniej nie znał wielu pojęć i określeń, jednak w jednej chwili poznał ich znaczenie. Widok był tak cudowny, że zgromadzony w nim bezcenny płyn, zaczął wypływać oczami. Starał się go zatrzymać, by nie umrzeć z pragnienia, lecz dręczyciel był szybszy i wizje wzbogacił o zapachy. Nigdy nie oddychał takim wspaniałym powietrzem, nawet w komorach leczniczych. Teraz miał niepowtarzalną okazję, natlenić się do woli. Wypływ płynu z jego oczu, zamiast się zmniejszyć, jeszcze szybciej się toczył. Zrozpaczony zawołał.

- Proszę, przestań, inaczej zginę.

Zamiast zrozumienia tragizmu sytuacji, w jakiej się znalazł, usłyszał.

- Idź przez łąkę i wejdź do jeziora.

Gnany tęsknotą, lub chęcią poznania, nie bacząc na omamy, pognał przed siebie. Wysoka zielona trawa wilgotna na dole, smagała mu twarz kłosami u góry. Dłońmi rwał przypadkowe rośliny i przytykał do nosa. Każdy taki gest przynosił nową woń, aż dobrnął do zbiornika wody, nazwanego jeziorem. Jeszcze kilkanaście metrów przed brzegiem czuł jej zapach. Powinien się zatrzymać i nie mącić świętego płynu, lecz nie potrafił. Rozpędzony wbiegł do samych ramion i garściami zaczerpnął jej. Przytkał do ust i się napił. Nigdy tak krystalicznej nie przełykał, nawet wodnego toastu z okazji osiemdziesiątych urodzin babki, a miał być to ponoć najlepszy rocznik. Pokochał ten zbiornik świętej wody i w jego pobliżu mógł spędzić resztę swoich dni, lecz anioł święty był nadzwyczaj okrutny i zabrał go z tamtego miejsca. Czół rozczarowanie i nic nie zrekompensowało go, nawet poczucie zaspokojenia pragnienia i nabrania wilgoci. Kiedy ponownie znalazł się w ciemnym tunelu, nie wytrzymał i wygarnął głosowi.

- Dlaczego zabrałeś mnie z tamtego miejsca, powinieneś pozwolić mi tam zostać?

- Programiści uprzedzali mnie, że taką wdzięczność dostaje się za dobre uczynki, lecz nie wierzyłem im – a do Naira powiedział – wynoś się z mojego królestwa.

Niespodziewanie młody absolwent ponownie pojawił się pod wzniesieniem, tylko z drugiej strony. Początkowo myślał, że omamy odwodnienia spowodowane wędrówką, zawładnęły nim i jest w przedsionku do wieczności. Tylko zaspokojone w pełni pragnienie i podróżne sakwy wypełnione wodą, przeczyły wrażeniu i upewniły go, jak bardzo się myli. Mając takie zapasy, mógł przebywać w tym niegościnnym terenie przynajmniej dwie kwarty księżyca. Młodość, nie rozsądek podjęły wyzwanie i zaczął systematyczny obchód dookoła wzniesienia. Wypatrywał uważnie nawet najmniejszej szczeliny, by się w nią wcisnąć i dostać się do wnętrza. Kiedy widział dla siebie szansę, biegł w tamtym kierunku i był rozczarowany, jak z bliskiej odległości odkrywał, że to przewidzenie. Czas, jaki mógł poświęcić na patrolowanie, nieubłaganie dobiegał końca i musiał odejść, albo wejść do środka i zaczerpnąć wody. Pożywienie dla niego nie stanowiło aż takiego problemu, ponieważ miał niewielki zapas zasuszonego prowiantu i bez nadmiernego wysiłku fizycznego mógł się obyć bez jedzenia nawet wiele przejść słońca. To płyn dla jego przetrwania był najważniejszy i zamiast odejść w rozsądnym czasie, zbyt się uparł i nie zachował rozsądku. Niespodziewanie znalazł się na granicy życia, śmierci i tylko szczęśliwy traf mógł okazać się zbawienny. Wszelkie prośby do Anioła by go wpuścił, nie przyniosły pozytywnego rozwiązania, więc u schyłku bytu zaczął wyzywać i wyklinać go od najgorszych. Nawet nie wiedział w potoku wykrzyczanych zasłyszanych i przeczytanych wyrazów, w którym momencie wypowiedział słowo klucz i wejście do tunelu zostało otwarte. Tym razem nie był zaskoczony pojawieniem się w głowie wcześniejszemu monologowi, bezceremonialnie przerwał paplaninę i niemal zmusił do otwarcia wrót do źródła życiodajnego płynu. Tym razem była to inna okolica, pełna bieli, a woda w większości zamarzła. Pragnienie jego było tak potworne, że nie bacząc na grożące niebezpieczeństwo, językiem przywarł do sopla. Spory mróz i mroźny wiatr spowodował przymarznięcie jego ust i języka. On nie zważał na te niewielkie trudności, tylko zębami kruszył i połykał odrobinki lodu. Nigdy wcześnie w sobie nie czuł takiego zimna, lecz był zbyt spragniony, by początkowo to zauważyć. Zaledwie po chwili było już za późno na oswobodzenie się ze szponu mrozu i groziło mu, pozostanie w takiej sytuacji na stałe. Anioł święty zorientował się, że został przez przybysza wykorzystany i próbował jak wcześniej pozbyć się intruza. Jednak ten od początku spodziewał się takiej reakcji i mocno przywarł do litej skały pokrytej lodem. Wszelkie próby teleportacji kończyły się jedynie szarpaniem, a przemieszczanie w czasie nie mogło dość do skutku, ponieważ, aż taką ilością energii komputer kwantowy nie dysponował. Zabawa się skończyła i mogło dość tylko do kompromisu, w którym dwie strony osiągną zadowalający rezultat, albo do całkowitego zniszczenia. Przybysz ku zaskoczeniu sztucznej inteligencji okazał się rozsądny i sprawnie zawarto porozumienie. Nikt nie był szczęśliwy z tego powodu i czół pewien niedosyt, lecz było to najlepsze rozwiązanie dla obu stron.

Wędrowiec dostał nieograniczony dostęp do wody pitnej i pożywienia, pod warunkiem pozostania do końca swoich dni, w podziemiach zrujnowanej budowli, która przed wiekami mieściła najnowocześniejszy ośrodek naukowy. Kompleks nawet bez naukowców i w ruinie dalej stanowił niesłychany potencjał na wymarłej planecie. Gdzie nieliczni ludzie, by przetrwać, ulegli niesamowitej transformacji. Zmienili nie tylko wygląd, skórę, wzrost i wagę, lecz przede wszystkim priorytet wartości. Mieszkali i żyli w niewielkich klanach, przy wszelkich ujęciach wody, a gdy ono wysychało, odchodzili razem z nim. Duża część populacji chorowała, z powodu wypływu na powierzchnię zbyt sporego stężenia toksyn chemicznych w wodzie, nawet po upływie wielu wieków od ich składowania. Śmierć czyhała na śmiałków na każdym kroku i często wystarczało zboczyć z utartych szlaków, by stać się dla pozostałych jedynie wspomnieniem.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Bożena Joanna dwa lata temu
    Fantastyka, ale oparta na realiach. Mówisz, do czego może doprowadzić brak szacunku do Ziemi.
    Pozdrowienia!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania