Poprzednie częściTaniec sokoli część 1
Pokaż listęUkryj listę

Taniec sokoli część 57

Doktryna kościoła czyniła z Sardów lud umiłowany przez trzech Bogów, którzy dali im we władanie podziemie i tylko oni w myśl świętego prawa mogli tam mieszkać i drążyć tunele. Nair, nie krył swojego niezadowolenia podczas słuchania bzdur, wymyślonych przez jakiegoś nawiedzonego czteroocznego durnia i powtarzanych bezkrytycznie przez współplemieńców. On w swoim dzieciństwie i późniejszych okresie dojrzewania wolny był od wypaczania prawdy, która odnosiła się do wszystkich budowli podziemnych. Ludy pustynne w kilkunastu miejscach zamieszkiwały zgliszcza wielkich miast, w jakich przed upadkiem funkcjonowało metro, lecz nikt nie ośmielił się twierdzić, że tunele są zbudowane przez ich przodków i z tego tytułu tylko oni mają prawo do pozyskiwanej tam stali. Nawet bez takiej paplaniny stale toczono wojny o wydobywane skarby, źródła wody i przyjazne miejsca do zamieszkania.

Wysłannik Aniołów, nie był w stanie przewidzieć skali zagrożenia w nieczynnym tunelu metra i z pomocą księcia poprosił dwa wilczały żeby mu w tej wyprawie towarzyszyły. Pozostałe zostały z Jeleniowcem i w zwartej grupie były w stanie korzystając z własnego ciepła się ochronić przed nadciągającym frontem zimna. Zanim ruszył jeszcze przez chwilę zastanawiał się nad wyborem kierunku do najbliższej stacja metra. Najlepszym i jedynie pewnym punktem odniesienia pod grubą warstwą lodu i śniegu okazał się powstały otwór w tunelu, który wraz z informacją strażnika, wskazał prawdopodobną lokalizację centrum miasta. Kiedy podjął decyzję, bez pytania właścicielek o pozwolenie, połączył uchwytami wszystkie lampy Sardów łącząc je w dwa pęki. Następnie niczym własne uniósł i odchodząc rzucił za siebie.

- Idę do stacji metra i jeżeli któraś ma ochotę mi towarzyszyć to zapraszam ze sobą.

Najszybszymi w przyjęciu zaproszenia okazały się dzieci i to te, których matki najbardziej im zabraniały wszelakiego ryzyka. Inne mniej bojaźliwe, gdy tylko usłyszały nowiny z wnętrza dziury, przez którą przeszedł brodaty dziwak, zapragnęły dołączyć do niego. Przybysz nie tylko w ich ocenie wyglądał egzotycznie, lecz miał odmienny sposób patrzenia na wiele spraw, a metody, jakimi się posługiwał były obce, lecz niezwykle skuteczne. Dlatego swoją postawą stwarzał tak samo dużo złych, jak i dobrych emocji.

W nieczynnym tunelu metra samoistnie stworzył się pochód, którego początkowo czoło było jasno oświetlone, a koniec znikał w ciemności. Jednak dla samic Sardów takie rozwiązanie było mało komfortowe, ponieważ były przez własne lampy oślepiane. Rozbłyski zakłócały pracę ich dwóch par oczu i chcąc tego uniknąć wysunęły się na czoło, co przy ich wzroście nie stanowiło trudności. Nair, nawet nie zauważył, kiedy pozostał na końcu. Jednak sytuacja, jaka powstała miała i dobre strony, ponieważ w niedługim czasie poinformowano go, że czoło dotarło do stacji. Tonacja i sposób przekazu jeszcze przed wejściem w perony, uprzedziły go co tam zastanie. Dlatego pierwsze stosy zmumifikowanych dawnych ludzi nie wywarły na nim takiego wrażenia, jak gdyby odkrył je sam. Wzdłuż ścian w niewielkich grupach leżało najwięcej, a na peronach i torowisku zdecydowanie mnie. Jednak pozy, jakich się znajdowały, świadczyły, że śmieć nie przyszła do nich bezboleśnie, tylko cierpieli męki. Prawdopodobnie był to gaz albo brak tlenu wyssany przez eksplodujący ładunek. Uciec nie mieli dokąd, ponieważ wszelkie wyjścia zostały zasypane. Najprawdopodobniej po jakimś czasie zagrożenie minęło, lecz nikt nie ocalał i zwłoki pozostały w zastygłych pozycjach. Brak śladów prób dotarcia do zasypanych, świadczyły jedynie o tym, że grupy ratownicze na powierzchni również nie ocalały.

Ludność uciekając przed zagrożeniem do stacji metra, zabrała ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Dlatego Nair, pośród walających się pod jego nogami drobiazgów mógł dostrzec opakowania foliowe zawierające to, co pozostało z żywności. Sporo było też pordzewiałych konserw rybnych i mięsnych oraz popękanych pojemników z tworzywa, w których kiedyś przyniesiono wodę. Nikogo nie zamierzał grzebać w tym niegościnnym rejonie, gdzie wszystko było przykryte śniegiem i lodem. Wolał zmarłych pozostawić, miejscach ich agonii, przynajmniej tak byli wśród swoich. Jedynie sprawdził zawartości kieszeni, torebek, waliz i zebrał na niewielki stos wszystkie przydatne jego zdaniem przedmioty, które w dalszej wyprawie mogły być mu przydatne. Inaczej potraktował znalezione turystyczne kuchenki gazowe i jednorazowe na naboje. Metalowe butle z gazem przerdzewiały i tylko wykonane z plastycznych mas przetrwały sprawne, dobrze zachowały się palniki wykonane z miedzi albo mosiądzu. Natomiast paliwo turystyczne w płynie podzieliło los wody i znikło. Paliwo w stanie stałym zachowało się w całości i dalej bez obaw nadawało się do dalszego użytkowania. Wyjątek w tej zbieraninie pozornie dziwnych przedmiotów stanowił miedziany sporych rozmiarów gar i chochla, które nie wiadomo, w jaki sposób znalazły się na stacji metra. Prawdopodobnie ktoś zaplanował zorganizować tam dla ukrywających się kuchnię polową. Jednak największym dla niego skarbem był doskonale zachowany spośród wielu, jeden dziecięcy wózek. Pojazd był lekki i wykonany z nieznanego mu materiału, lecz niezwykle wytrzymały. Doskonale przeszedł test na obciążenie ciężarem kilkukrotnie większym niż ważyło ludzkie dziecko i jazdę po torowisku.

Poszukiwania na pierwszej odkrytej stacji metra dobiegły końca i eksploratorzy mogli powrócić do miejsca zakwaterowania znajdującego się w pobliżu magazynu żywności. Każdy z uczestników, nie licząc wilczałów, niósł jakiś wartościowy dla siebie skarb. Dzieci Sardów wymachiwały, nożami, widelcami i łyżkami. Jeden niósł nawet starą myśliwską strzelbę, z której Nair wyjął dwa ładunki na dzika. Pas z nabojami wyrwał mu z rąk i nie pozwolił nikomu go tknąć zabierając go ze sobą. Samice Sardów zagarnęły dla siebie wszystkie błyszczące przedmioty i oprócz biżuterii, zepsutych zegarków, miały kilka nierdzewnych niewielkich garnków. Kubków, talerzyków z porcelany nikt nie chciał ponieść, podobnie jak szklanych i pomimo oporu rozstania się z nimi wysłannik musiał je zostawić.

Większość skarbów zgromadzonych, Nair pozostawił przy otworze w tunelu metra na wózku. Zabrał ze sobą tylko pas z nabojami, trzy kuchenki turystyczne i paliwo do nich przynajmniej na dwa ciepłe posiłki dla wszystkich. Swój łup zapakował na zewnątrz do wielkiego wora przeznaczonego do noszenia na plecach i jak dawni tragarze w taki sam sposób go dźwigał. Początkowo miał obawy, czy taki sposób przenoszenia ciężarów nie będzie zbyt uciążliwy, lecz już po kilku krokach przekonał się do niego. Idąc miał wolne ręce i gdy podcięło mu nogi na świeżo zamarzniętym lodzie, nie zaliczył bolesnego spotkania z podłożem, tylko zamortyzował upadek.

Polową kuchnię jaka powstała spontanicznie po otwarciu magazynu żywności, przykrył świeży śnieg i zanim cokolwiek na niej można było przyrządzić, należało ją uprzątnąć. Nair, nie wydawał poleceń i nie czekał na inicjatywę samic Sardów, tylko po przekroczeniu umownej granicy wyznaczającej obszar przyrządzania ciepłego posiłku, rzucił z pleców niesiony bagaż i przystąpił do odrzucania śniegu. Nikogo nie prosił o pomoc, lecz przyjął ją z zadowoleniem. Oczyszczone miejsce posłużyło mu na ustawienie przyniesionych kuchenek. Początkowo nie znając zbyt dobrze dawnej techniki, planował użyć tylko jednej na paliwo stałe. Podpalił najbliższą kostkę iskrą z arnika, a pozostałym stykającym się z nią pozwolił na zajecie się od pierwszej. Zabrany ze stacji gar dokładnie oczyścił śniegiem, aż stracił patynę. Połyskujący mieniący się w promieniach zachodzącego słońca zapełnił wodą z niezamarzającego źródła i poszedł do magazynu żywności po porcję mięsa. Zanim powrócił z tylną szynką wieprzową, w sporym garnku już parowała woda. Jednak nie czekał na jej wrzenie, tylko wrzucił do środka zamarznięte mięso. Temperatura wody spadła i w ocenie gapiów nie tak miało być, ponieważ obserwatorki, wytrawne kucharki wiedziały lepiej. Proces gotowania został powstrzymany zaledwie na chwilę i dość szybko, nie tylko on, przekonał się, z jaką łatwością ludność upadłej cywilizacji potrafiła przyrządzać strawę. Bulgotanie w garze oznajmiło wszystkim, że gotowanie rozpoczęło się i tylko kwestią czasu było, kiedy zakończy się w tak nietypowy sposób. Przypadkowy kucharz postanowił w kipiel wrzucić zmrożone warzywa. Tylko nie miał doświadczenia i przekonania do przechowywania w taki sposób tego typu żywności. W jego świadomości zrodził się lęk o zmarnotrawienie energii, ograniczonych zapasów i do oceny przydatności poprosił jedynego roślinożercy w ich gronie Jeleniowca.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania