Poprzednie częściTaniec sokoli część 1
Pokaż listęUkryj listę

Taniec sokoli część 4

Kolejna treść dla Naira była nie w pełni zrozumiała, lecz ogarniające go emocje podczas czytania, znacznie więcej mu przekazały, niż opis pożarów, czy tragedie ludzkie. Lęk przed ogniem nie tylko w jego narodzie był bardzo silny. On gdy był mały i jego rodowy klan, doświadczyli jego siły, gdy piorun kulisty trafił w ich zgromadzone z wielkim trudem zapasy. Wszystko w jednej chwili spowiła kula światła jaśniejszego od słonecznego i pojawił się wielki ogień. Najubożsi i niewykształceni padli na kolana i zaczęli błagać bogów, by oszczędzili pokarmu, chociaż dla najmłodszych. Prosty lud nie rozumiał, że byli świadkami zjawiska atmosferycznego, a nie ingerencji boskiej, która ukarała ich za nie przekazywanie im za pośrednictwem ich sług ofiar i danin. Kapłani, zamiast wyjaśnić, jak bardzo są w błędzie, jeszcze bardziej utwierdzali w winie. Najbardziej ucierpiały najmłodsze dzieci, gdy matki z głodu straciły pokarm. Kobiety rozpaczały jak dusze maleństw, przyssane do ich pustych piersi umierały. Błagały o otwarcie spichlerzy świątynnych i podzielenie się z głodującymi zapasami, lecz najwyżsi dostojnicy nie wyrazili na to zgody. Jedni rozpaczali po swoim potomstwu, a głodni czekali na posiłek. Nic w jego rasie nie mogło zostać zmarnowane i wyrzucone, zasada dotyczyła też ich ciał. Każdy płyn i mięso było wykorzystywane do zwiększania zawsze niewystarczających zasobów, co dawało szansę na przeżycie najsilniejszym. Najbliżsi oddali ostatnie tchnienie, on nie posilił się nimi i jak inni czekał na swoją kolej. Najprawdopodobniej do najgorszego by nie doszło, lecz o ich tragedii dowiedzieli się wykluczeni, pałając chęcią zemsty i czekający na sposobność. Gdy do takiej doszło, nadciągnęli licznie z najdalszych rubieży jałowych ziem. Wychudzeni, z wyłamanymi z braku witamin łuskam, uzbrojeni jedynie w kamienie, wyglądali jak kupa gnoju przy gwardii świątynnej, odzianej w srebrne chłodzące uniformy. Napastników cechowała determinacja, obca i nieznana sługusom kapłanów i ona dodała im sił do ostatniego biegu. Przemieszczali się niesłychanie szybko, lecz rój świetlistych pocisków dopadał ich i po dotknięciu, wybuchał na nich niczym bąble wody w porze obfitości. Jeszcze chwila i żaden z byłych krewnych nie pozostałby w czasie rzeczywistym. Tylko po krzyku rozpaczy, ostatniej matki, coś w bożym ludzie się przełamało i z imieniem boga śmierci na ustach, kolejno pozbywali się z apatii, pogodzenia ze swoim losem i z przypadkowo złapaną bronią, przyłączali się do atakujących. Pospolite ruszenie, ich irracjonalne zachowanie, bliskość i determinacja przełamała linie obronne strażników świątynnych, a moment wahania o przegrupowaniu, zadecydował o ich porażce. Ktokolwiek miał wcześniej jakieś opory w momencie przelania krwi sług, zatracił resztki zdrowego rozsądku. Wnętrza pomieszczeń świątyni pełne były przepychu i oszałamiających bogactw, a one w pokornym ludzie wywołały jakąś gorączkę. Lud oszalał i zamiast zabierania pokarmu i płynów potrzebnych do przetrwania, łapał jakieś nic niewarte błyszczące przedmioty.

Nair był najmłodszym pośród atakujących i najprawdopodobniej najbardziej głodnym i spragnionym. Zamiast tak jak inni łapać błyskotki, dotarł do spiżarni świątynnej i się w niej zabarykadował. Pozostali walczyli, zabijali i umierali za jakieś klamoty, aż został jeden samiec najbardziej dorodny. Czerwona krew sączyła się z jego licznych ran zbyt obficie i wkrótce zabarwiła kolorową posadzkę pod jego stopami. Kiedy tamten padł, pod ciężarem trzymanych w rękach błyszczących przedmiotów, uzmysłowił sobie, że został sam. Wtedy po raz pierwszy przyjrzał się zgromadzonym zapasom. Bogactwo oszałamiało, a ilość smakołyków i napojów przyprawiała o zawrót głowy. Mógł tam spędzić wiele cykli matki ziemi i posilać się do syta. Najprawdopodobniej tak by się stało, lecz klan z nizin przybył zająć ich ujęcie wody, które było sławne z krystaliczności i obfitości w porach dostatku raz na cztery cykle ziemi we wszystkich krainach. Przybysze słyszeli opowieści o podziemnych zbiornikach, lecz nie potrafili znaleźć drogi do nich, tak dobrze były ukryte. Kiedy któryś z tropicieli odkrył składzik obfitości i jedynego ocalałego z klanu, który tam się ukrył. Rada zasłużonych, zamiast nakazać, wywarzyć wrota i zmusić do oddania wszystkiego, przyszła ze szczenięciem negocjować jak z równym. Wyrostkowi, jakim wtedy był Nair, bardzo to zaimponowało i przystał na pertraktacje. W zamian za uczynienie go jednym z nich i gdy dorośnie wysłanie do legendarnej uczelni, by stał się widzącym i pierwszym przewodnikiem klanu, miał pokazać ukryte zbiorniki i otworzyć drzwi klasztornej spiżarni, w celu sprawiedliwego podziału zgromadzonych tam dóbr. Wtedy zawarto przysięgę krwi i jego nowy klan ją przez wszystkie cykle przestrzegał. On z tej umowy się jednak wyłamał i w konsekwencji znalazł się w zrujnowanym ośrodku badawczym starożytnych, w którym stale był zaskakiwany i nie wiedział, jak powinien potraktować wątek o jeźdźcach apokalipsy.

Wielki pożar, który prawie zniszczył życie, był wspominany w wielu pieśniach i sagach najstarszych rodów. Ogień musiał być niebywale silny, skoro jego ślady przetrwały na skałach i żużlu tysiące lat na jałowych ziemiach. Ponoć na krańcach znanego im świata zachowała się zieleń i zatarła ślady kataklizmu, lecz nikt tych wiadomości nie zweryfikował.

- Nigdy nie słyszałem i nie przeczytałem niczego o jeźdźcach apokalipsy. Czy oni zostali przysłani przez Bogów? – zapytał Anioła Świętego, którego obecność stale czuł przy sobie, jakby on nigdy nie spał.

- Jeźdźcy apokalipsy są wizją artystyczną, w której autor w sposób niezwykle plastyczny zawarł zarazę, wojnę, głód i śmierć. Jego dzieło było na tyle udane, że spodobało się innym i przetrwało. Bardzo chętnie powielano je i przy nadążających się okazjach nie tylko literaci powoływali się na nie, lecz niczego to nigdy nie zmieniło. Śmiałoby, można powiedzieć, że przez całą ostatnią cywilizację stale towarzyszyły ludzkości.

- Pieśni opisują starożytnych, jako istoty prawie boskie, które mogły robić wszystko – dodał łuskowiec.

- Wznosili wysokie, potężne i piękne budowle, konstruowali maszyny, które potrafiły niewiarygodne jak dla ciebie rzeczy, lecz znacznie bardziej skłonni byli do niszczenia, destrukcji wartości i niszczenia własnych osiągnięć. Niewielu patrzyło w siebie i stamtąd wydobywało dobro. Nieliczne stowarzyszenia nawoływały, do niezanieczyszczania planety, rabowania zasobów oraz do niedoprowadzania do zmian klimatycznych. Odezwy, apele, prośby pozostały bez odpowiedzi, niewielu wzięło sobie je do serca. Dlatego powstawały gwałtowne ulewy, wywołujące powodzie, aby po nich panowały susze. Huragany niszczyły podobnie jak gradobicia i wielkie coroczne pożary. Ludzkość pozostała obojętna, sporadycznie bito na alarm, lecz niewiele to zmieniało, ponieważ dla ogółu ważniejsza była wygoda. Zanieczyszczenia wpływały na zdrowie społeczeństwa, kolejne pokolenia były słabsze fizycznie. Nadmiar śmieciowego jedzenia ze sporą ilością chemii, wywoływał liczne choroby i powodował przedwczesne zgony. Ziemia, oceany, rzeki, jeziora zostały zanieczyszczone do tego stopnia, że ryby w morzach wymierały, a wody pochłaniały lądy. Zwierzętom zabierano siedliska, tereny lęgowe, pożywienie i doprowadzono do ich wymierania. Szerzyły się konflikty, lecz ostatni największy, od początku zaczął zbierać znacznie krwawsze żniwo niż wszystkie poprzednie. Miliardy istnień pochłonął konflikt nuklearny, co po wielkiej ilości zgromadzonych ładunków jądrowych i używania zaawansowanej techniki było do przewidzenia. Zaledwie w ciągu dwóch dni dorobek wielu pokoleń, uległ zniszczeniu. W tamtych dniach na całej planecie doszło do walki, początkowo pomiędzy dwoma obozami, lecz gdy do innych dotarła wizja totalnej zagłady, oni również się przyłączyli do niszczenia. Krew nie płynęła jak rzeka, ona parowała. Nikt nie cofnął, gdy była jeszcze pora, swojej ręki od przycisków. Tylko wciskał guziki jak szalony, ponieważ takie miał rozkazy. Dawnie konflikty zaczynały się o brzasku, a kończyły o zachodzie słońca. Ten był najnowocześniejszy, naszpikowany elektroniką i wykorzystywał najskuteczniejsze metody zabijania. Inteligentne maszyny przejęły stery i kierowały pociski do miejsc zniszczeń, lecz kiedy zniszczono satelity i sieć umożliwiającą lokalizację, stały się ślepe i głuche. Wtedy kontynuowały atak dość nieprzewidywalne, ponieważ ich systemy sterowania zostały zniszczone podczas próby przejęcia przez hakerów. Jakaś niewidzialna siła, przejęła nad nimi kontrolę i rozsiewała płomienie ognia jak w rosyjskiej ruletce. Nawet wszystkie obłoki, mgła, deszcz czy rosa przyłączyły się do dzieła zniszczenia i połączeni w rzęsisty deszcz spadały na przerażonych ludzi. Nikt posiadający kamienie szlachetne, złoto czy srebro nie wykupił się nawet za stukrotną cenę własnej wartości. Kiedy zapanowała na niebie cisza, pojawił się szron i śnieg ze swoim zimnem w towarzystwie lodowatych wiatrów. Złączeni spadli na udręczonych i rannych, zbierając kolejne dusze.

Nair już na samym początku wypowiedzi wszechwiedzącego, za jakiego miał Anioła Świętego, pogubił się i nie nadążał za jego wypowiedzią. Najchętniej przerwałby mu, lecz siła głosu i determinacja, z jaką tamten mówił, powstrzymały go od takiej reakcji. Tego typu zachowanie mogło być uznane, za naruszenie obowiązujących kanonów dobrego wychowania i potraktowane jako obraźliwe. Klan, który stał się jego, bardzo przestrzegał tej zasady i pozwalał na swobodną wypowiedź nawet osobnikom najgłupszym. Równe traktowanie inteligentnych i głupców bardzo mu przeszkadzało, ponieważ jego intelekt bardzo odbiegał od niedorozwojów, za jakich ich uważał.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • .Ostwind. ponad rok temu
    Fajne, ale dla mnie jeden minus. Mianowicie : Za dużo opisów. Ciężko mi się niektóre fragmenty czytało przez te opisy ale musze przyznać ze mimo wszystko ładnie je tworzysz:D pozdrawiam serdecznie!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania