Pokaż listęUkryj listę

Opoww *** Błękitna Kᴀᴘʟɪᴄᴀ

Jestem blisko cmentarza. Wiem, że coś mi tutaj nie pasuje. Niby wszystko tak samo.

Kupują kwiaty, znicze. Potrącają jeden drugiego. Ogólny rozgardiasz.

Tak jak co roku – Święto Zmarłych.

 

Parking zawalony samochodami. Policjant kieruje ruchem. Tak powinno być.

Mnie jednak uparcie prześladuję myśl, że coś tu nie gra. Tylko co.

No nic – myślę sobie. – Wyobraźnia płata figle.

 

Jestem przyzwyczajony do takiego stanu, więc spokojnie idę dalej. Szok miałem dopiero przeżyć.

Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Póki co kupuję dwa znicze i zjadam bułkę z serem.

Prawdę mówiąc, trochę zgłodniałem w czasie samotnej wędrówki.

  

Jestem blisko głównej bramy. Dużo ludzi wchodzi i wychodzi.

Nic dziwnego. Normalne zamieszanie z takiej okazji.

Mnie jednak prześladuje przekonanie, że za chwile, będzie inaczej niż zazwyczaj.

Coś, co będzie dotyczyć tylko mnie. Jak bardzo się wtedy nie pomyliłem.

  

Przepuszczam matkę z dzieckiem na ręku i małe dziecko z chorągiewką, biegnące z tyłu.

Jakaś wewnętrzna siła nie pozwala mi przekroczyć bramy.

Odczuwam nieokreślony lęk.

Jakby ta brama miała mnie połknąć. Ludzie przechodzą.

Niektórzy są wnerwieni, że zagradzam drogę.

A ja stoję jak ten głupi i nie mogę się ruszyć.

  

W końcu z ogromnym wysiłkiem, przekraczam cmentarną bramę… i nagle doznaję szoku.

  

Stoję na pustym szarym placu. Nie ma żadnego cmentarza. Idę kawałek do przodu.

Spoglądam na boki. Do tyłu. Kolejny szok. Za wejściem wszystko wygląda normalnie.

To samo, co widziałem z zewnątrz.

Ludzie, szum, gwar. Wracam przez bramę. Z tej perspektywy, cmentarz znowu jest.

Razem z ludźmi, którzy po nim chodzą.

Mówię do pierwszego napotkanego człowieka:

 

– Przepraszam bardzo. Mam pytanie. Wiem, że to zabrzmi głupio, ale czy cmentarz naprawdę istniej?

 

Patrzy na mnie przez chwilę {mam wrażenie, że pobłażliwie} i grzecznie odpowiada:

 

– Owszem.

– Dziękuję.

 

Nie pytam więcej. Bo i po co. Znam odpowiedź. Zwariowałem i tyle.

No tak – myślę nadal. – Ale nawet wariat może być ciekawy, co jest grane, bez orkiestry.

Postanowiłem, że jeszcze raz przekroczę granicę.

Na pewno wszystko powróci do normalności.

  

Przechodzę przez bramę. Cholera! To samo! Nawet gorzej!

Pusty, jak okiem sięgnąć, szary plac. To znaczy... niezupełnie pusty. Jest coś nowego.

Kilkaset metrów ode mnie, widzę Błękitną Kaplicę {tak ją wtedy w myślach nazwałem}.

Stoi samotna na ciemnawym pustkowiu.

Właściwie nie wiem, czy jest błękitna. Chociaż poświata wokół niej, ma niewątpliwie taki kolor.

  

Rozmyślam intensywnie. Przynajmniej myślę, że myślę.

Chociaż jest mi bardzo nieswojo, to mnie kusi, żeby zajrzeć do kaplicy.

Jeżeli oczywiście, drzwi nie będę zamknięte.

Postanawiam, że pójdę w jej kierunku, jak najbardziej chaotycznie.

W prawo, w lewo i różnie.

Może w końcu zahaczę o jakiś grób, lub na kogoś wpadnę. Tak też czynię, jak postanowiłem.

Można by rzec, że prawie biegam - to tu, to tam. I nic.

  

Stoję przed kaplicą. Chyba wyglądam jak upiór, z tą błękitną poświatą na twarzy.

Przypominam sobie, że mam w kieszeni lusterko. Nie pamiętam dlaczego zabrałem.

Spoglądam w srebrzyste kółko. Nie widzę twarzy. Jedynie niebieskawą mgłę.

Nie jestem zaskoczony. Przestało mnie cokolwiek dziwić.

  

Drzwi otwieram bez problemu.

Wnętrze kaplicy jest puste – ale tak samo jak pustkowie na zewnątrz – nie zupełnie.

Na środku, na małym katafalku, spoczywa niewielka trumienka.

Nie ma żadnych ozdób, kwiatów, czegokolwiek.

Na przeciwległej ścianie, wisi zegar bez wskazówek.

Jest w miarę jasno, chociaż nie dostrzegam żadnej lampy.

    

Tak się boję, że prawie nie odczuwam strachu.

Brzmi to nielogicznie, ale tak właśnie ze mną było. Podchodzę do trumienki.

Gdy jestem całkiem blisko, wieko samoczynnie spada na posadzkę.

Bez żadnego hałasu. W zupełnej ciszy. Po chwili przeistacza się w błękitny pył.

 

W trumience leży dziecko. Mały chłopczyk. Ani śladu rozkładu. Jakby sobie spało.

Patrzę na jego twarz. Jest dziwnie znajoma.

Kojarzę ze zdjęciami, które ostatnio oglądałem. Rozpoznaję to dziecko.

Myślałem, że już mnie nic nie przestraszy. A jednak. Wybiegam z kaplicy.

Widzę granice cmentarza. Za nią jest normalne życie. Jestem blisko bramy.

  

                             °°°

– Mamusiu. Ktoś mi potrącił chorągiewkę.

– Kochanie. Zdawało się tobie.

– No mówię przecież. Ty mnie nie słuchasz. Wiesz o tym?

– Wiem kochanie. Przepraszam cię, słonko.

   

                              °°°

Leżę na łóżku. W białym pokoju. Z zewnątrz dobiega straszliwy hałas.

Co za ruchliwa ulica. Obok stoi facet, też ubrany na biało. Lekarz – myślę sobie.

– Dzień dobry. Widzę, że pan obudzony. Cieszy mnie to.

– Gdzie jestem?

Mam nadzieję, że usłyszę ciekawą odpowiedź, ale słyszę banalną:

– W szpitalu.

– Co się stało?

– Znaleziono pana nieprzytomnego przy bramie cmentarnej.

– Na zewnątrz czy wewnątrz?

 

Trochę mnie dziwi, że tak dokładnie wszystko pamiętam. A może – nie wszystko.

 

– Wewnątrz.

– Jest tam cmentarz?

– Nie rozumiem... No jest. Dlaczego miałoby nie być?

– Nie ważne. Ktoś mnie widział? To znaczy… wewnątrz?

– O tak. Dużo ludzi pana widziało.

Szczególnie, że pana zachowanie, było trochę… można by rzec… dziwnie

– Dziwnie?

– Prawie pan biegał po cmentarzu. Lecz w taki sposób, że nie potrącił pan kogokolwiek.

Ani nie zahaczył o żaden grób. Jakby pan unikał bezpośredniego kontaktu z tym światem.

Z małym wyjątkiem. Potrącił pan chorągiewkę.

– Chorągiewkę?

– Tak

Coś mi zaczyna świtać. Rzeczywiście biegałem po pustym polu.

Tylko w jaki sposób omijałem przeszkody, skoro ich nie widziałem.

– A kaplica? Błękitna? Stoi?

– Owszem. Ale stara i drewniana.

– A biała trumienka?

– Trumienka? Dać panu leki?

– Nie. Dziękuję.

– Panu w zasadzie nic nie jest. Fizycznie. A poza tym nie wygląda pan na groźnego faceta.

Chce pan stąd wyjść?

– Też pytanie. Oczywiście.

– To bardzo proszę. Droga wolna.

   

                       °°°

Idę, a właściwie biegnę długim korytarzem. Na końcu dostrzegam jasny punkt.

To drzwi. Zwyczajny świat.

Bez żadnych chorągiewek i kaplic.

  

Wychodzę na zewnątrz. Całkowite pustkowie. Ciche, szare i przytłaczające.

  

Nagle słyszę przeraźliwy pisk hamulców i potworny trzask. Lecz nic nie widzę.

Tak mi się jednak wydaję.

Kilkadziesiąt metrów ode mnie, dostrzegam migające błękitne światełko. Wokół pustka.

  

Stoję w miejscu.

Bieganie między samochodami, jest trochę niebezpieczne.

Słyszę jedynie bicie własnego serca.

Spoglądam na światełko. Przestało mrugać.

Jest białe.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Piotrek P. 1988 9 miesięcy temu
    Bardzo klimatyczne, tajemnicze i na pograniczu różnych światów. Jeśli takie miało być, to efekt jest zdecydowanie osiągnięty. 5, pozdrawiam :-)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania