Pokaż listęUkryj listę

Opoww *** Przegadany Tekst o Zwyczajnych Sprawach

Pada deszcz gdzie krople spadają. Przemoczona płytka domofonu spoziera w oczy mokrymi guzikami. Pętelek nie dostrzegasz. Widocznie rozmoknięte. Nieczynny. Dusić można i dusić. Nie dusisz. Nie musisz. To ty. Właściciel. Od razu widać po sposobie bycia. Pewności siebie. Targasz klucz w lewej kieszeni kurtki. Przylepiona wilgocią do koszuli. Świat wodny, przesiąknięty. A w każdej kropli jego cząstka.

 

Ciemno. Ciemność. Choć jasno pod przydziałową lampą. Bierzesz klucz do ręki. Taki z żółtą opaską. Inny kolor nie wchodzi w rachubę, by nie pomylić z innymi kluczami. Bez opasek. Zupełnie gołych. Masz cały pęk na niewielkim kółku, do którego doczepiłeś zapasowy. Na wypadek gdybyś zgubił. Ten właściwy. Najbardziej pasujący do dziurki.

 

Wtykasz w mokrą szczelinę. Przekręcasz w stronę zachodnią. Uśpiony blok trzeszczy i skrzypi, niczym wielkie betonowe zwierzę przyczajone wśród drzew. Sąsiedzi też? Nie wiesz. Nie dociekasz, ale ociekasz na pewno.

 

Wchodzisz cichutko. Płoszysz uśpioną muchę. Startuje wściekle z krawędzi klamki, machając groźnie lewym skrzydłem. Spogląda z wyrzutem tysiąca oczu. Czujesz specyficzny zapach korytarza. Przyspieszasz wchodzenie po schodach. Żarówce starczy czasu na oświetlenie drogi. Czasami zahaczasz o ciemność, gdyż wszystkie klatki są szare.

Znowu dusisz paluchem wystający kontakt ze ściany. Wtykasz klucz na tyle przytomnie, że trafiasz jakoś. Metalowy odgłos kołuje po poręczach. Wskrzesza ciała pająków i duchy zmarłych sąsiadów. Szybują wolniutko nad schodami, by po chwili zniknąć. To zapewne chwiejna wyobraźnia. Przekręcasz klucz w stronę zachodnią. Tak. Owszem. Jeszcze raz. Tam gdzie leży uśpiona wioska, przez którą tak często jeździsz rowerem. Teraz byś nie mógł.

 

Powieszasz żółtą czapkę na szarym domofonie. Służy jako wieszak. Normalnego nie ma. Takiego jakiego mieć należy w cywilizowanym mieszkaniu. Z małymi haczykami na długim knebelku. Można tak śmiesznie przesuwać, licząc na coś w swojej naiwności. W tą lub tamtą stronę lub zostawić w spokoju. Szafki na buty brak. Masz za to na nogach. Nie szafkę przecież! Zdejmujesz, by nie zachlapać podłogi, bo będzie śliska. W razie upadku wyrżniesz w pobliską ścianę i będzie problem, lub żadnego już nigdy więcej.

 

Mieszkanie duże? Hmm. Żadne wielkie. Maciupeńkie. Na tyle, żeby pomieścić ciało. Na balkon droga wiedzie z przedpokoju przez pokój. Prowiantu na drogę brać nie musisz. Niedaleko. Długi jest i wąski. Ślepa kiszka z zielonym zadaszeniem. Na wypadek samobójcy. Mógłby trafić w doniczki, lecąc z wyższego piętra lub dachu. Popsuć kwiaty.

 

Z balkonu widzisz bardzo dużo. No chyba, że jakiś przechodzień zzielenieje ze złości. Wtedy trudno dostrzec na tle drzew i krzewów. Wspaniała monotonia okolicznych szarych bloków, uzmysławia piękny świat, gdyby pomyśleć, że wyglądają zupełnie inaczej.

 

Wieszasz kurtkę na zawiasie drzwiowym. Takie dodatkowe zadanie przydzieliłeś. Jest świeżo posmarowany masłem, bo za bardzo skrzypiał. Wzniecał bunt w ten sposób. Buty z urwanym sznurowadłem kładziesz spodami do podłogi. Odwrotnie nie chcą stać.

 

Słyszysz ciche zgrzytanie drobinek piasku, między wykładziną: ziemią, a podeszwami: niebem. Jedno ze sznurowadeł zaplątane w przedostatnie dziurki. Gmerasz przez jakiś czas, zawzięcie i z uporem. W końcu przecinasz nożyczkami. Będziesz musiał kupić nowe sznurki. A może nie. Jakoś zwiążesz koniec z końcem. Stare jeszcze trochę wytrzymają.

 

Otwierasz szafkę spożywczą. Żałujesz decyzji. Ale cóż. Zgłodniałeś. Bałagan wewnątrz, jakbyś swój umysł od środka oglądał. Stare pierniki, kawa ze szkłem drobno tłuczonym, tabliczka ostrzegawcza z napisem: „żywność zazwyczaj przeterminowana”, oraz wszechobecny nieład na każdej półce. Pamiętasz słowa: „Panie, daj mi cierpliwość”

 

Lodówkę też masz, ale chyba pusta. Nie licząc mrozu. Wolisz jeść na bieżąco, zamiast chrupać kiełbasę z drobinkami lodu. Brakuje cierpliwości, by czekać aż sople i śnieżyca minie. Na dolnej półce mogą ulec zepsuciu, gdy zapomnisz o rzeczywistym świecie. Za bardzo.

 

Czas na kawę i stare krowy z półki. Biegniesz krótkim dystansem z brudną szklanką do łazienki. Nieumyta od wczoraj i zdążyła zajść brązowym czymś. Puszczasz wodę na popaćkane resztkami dno, pod metalowym baldachimem kranu. Trochę buczy, aż ci rura drży. Machasz ręką na wszystkie strony świata, kiwając wariacko naczyniem, wylewając mieszankę do otwartego sedesu. Kiedyś wylałeś na zamknięty i miałeś problem. Szczelny jest. Nie przesiąkło.

 

Podążasz w kierunku umytego statku. Sypiesz cukier do koszyczka prosto na stół. Zapomniałeś włożyć szklanki. Wkładasz, wrzucając kryształki cukru na uprzednio naćpaną kawę. Trochę jakby bratnia dusza. Ruszasz do przedpokoju. Stare kapcie znają drogę, na wypadek gdybyś zasnął, ale końmi nie są.

 

Widzisz gazówkę. Stoi w kącie przy niewyniesionych śmieciach. Tak z tobą jest. Często zapominasz. Skoro wiesz gdzie stoi, to możesz czajnik postawić. Wody nalać i niewidoczny kamień. Tym razem jesteś cwany. Nalałeś wody do wewnątrz. Nie przypalisz dna. Okopcony nieładnie wygląda. Musisz czyścić papierem ściernym.

 

***

Stawiam pełny na ogniotrwałych ramkach. Pstrykam i pstrykam do upadłego, na pół zepsutym zapalaczem. Ojej. Cholera! Znowu ojej. Wyzwalam iskrę. Gigla oddech gazu pod srebrnym dachem. Płomień. Dużo płomieni. Niczym drgający błękitny kwiat, pieści gorącą klaustrofobią dno czajnika. Jestem zwycięzcą w walce o ogień. Żółta miska stoi na krawędzi górnej części szafki. Jak potrącę drzwiczkami, to może zlecieć. Prosto na głowę. Może to i dobrze. Zacznę po ludzku myśleć. Nie zleciała. Nie pozostaje mi nic innego, jak pozostać sobą.

 

Siadam przy ławie nieoskarżonych. Włączam. Zakładam słuchawki na uszy. Gdzie indziej nie mam zamiaru, bo mógłbym źle słyszeć. Spijam dźwięki muzyki. Wlatują do głowy denerwując ślimaka. Nie ma biedak chwili spokoju. Słyszę ulubioną. Uwielbiam. Kocham naprawdę. Nigdy nie zdradzę. Nie wyrzucę z siebie pogniecionej ze złości pięciolinii, starym zardzewiałym kluczem wiolinowym. Nie znudzi mnie. Co kocham prawdziwie, będzie tkwić w ego systemie na zawsze. Do ostatniego tchnienia i ostatniej nuty. No chyba, żebym rozum stracił i nie wiedział, co jest grane.

 

Poprzez ulubioną staroć: „The dark side of the moon”, słyszę znane odgłosy. Piszczy niczym zarzynana świnka. Zdejmuję słuchawki. Podchodzę. Biorę do rąk rozhisteryzowany czajnik. Podnoszę. Łagodnieje. Uważam bacznie, by nie poparzyć zdradliwą parą, skrawek ciała. Leje wrzątek do szklanki. Nie pustej. Zapełnionej trochę kawą i cukrem. Gorąco uderza o dno. Oszalały tajfun tańczy w przezroczystym świecie. Tworzy piankę na wściekłym pysku naczynia.

 

Widzę miliony małych kopułek. Miniaturowe pontony, połączone tą samą cieczą, niczym wielooczne oko muchy. Co chwilę jakiś pęka. Tak to bywa w życiu. Czasami trzeba pęknąć, by zakleić dziurę, nadmuchać i wzlecieć wysoko, jeśli sił wystarczy. Z nim jest inaczej. Już nigdy nie wróci do pozostałych. Zniknął raz na zawsze, a za chwilę znikną wszystkie z ciepłej powierzchni. Muszę to zrobić.

 

Brzdęk brzdęk, klik klik, zakłócam spokój. Przepraszam. Wybaczcie mi. Mieszam wytrwale łyżeczką, uderzając delikatnie o kruche ścianki. Pragnę spłoszyć fruwające fusy. Nie bardzo wiedzą, czy utonąć, czy pływać. Kładę kawę na ławę. Zakładam na uszy głośniki. Muzyka zaczyna płynąć, niczym wrzątek z czajnika.

 

Pierwszy łyk. Pierwszy dźwiękofus między zębami. I wreszcie pierwsze zakrztuszenie. Żaden problem. Nie groźne. Piję dalej, spijając też, co spływa do uszu. Pomalutku. Z namaszczeniem. Żeby szczęście trwało dłużej. Wtem prawdziwy zachwyt. Euforia w kokonie ekstazy. Poczułem całość smaku. Żebym go tylko nie stracił z jakiejś przyczyny. Zachwyt podwójny. Muzyka kawa. Kawa muzyka. Dominujący, ogrzewający, drgający i naprzemienny. Wszechobecny we mnie. Roztraja mnie, ale i nastraja. Za moim przyzwoleniem. Spoglądam na pokój. Co tutaj jest, a czego nie ma.

 

Kwiaty. Dużo kwiatów. Niektóre trochę oklapnięte, ale to co. Ważne, że są. Czasami nie podleje na czas. Wtedy groźnie drgają. Listkami i łodyżkami, szumią o swojej krzywdzie. Oplatają sumienie, aż nie mogę złapać tchu. Za oknem antena z aluminiowych rurek. Z jednej wystaje sztuczny kwiat. Żeby na ulicy było weselej. Jest jeszcze drugi. Na szafie. Doniczka przywiązana sznurkiem do obcęgów i młotka. Są przeciwwagą, by nie spadła i nie połamała kwiatu, będącego niżej. Lub mojej głowy, gdyż mam tam łóżko, w którym śpię kiedy zasnę.

 

Rysunki. Wiele rysunków. To było kiedyś. Lubiłem rysować. Bardzo. Teraz jakoś nie potrafię. Bo niby dla kogo? Wiele nie potrafię, tak jak przedtem. Czekam na większy sens. Tylko że samo czekanie, niczego nie załatwi. To podcinanie gałęzi na której się siedzi, gdy piłujemy od strony pnia. Bezpieczniej po przeciwległej stronie. Widzę dużo pamiątek. Zostawili po sobie wiele pustych miejsc oraz wspomnień: gestów, słów, zachowań, które przeminęły z wiatrem czasu, raz na zawsze.

 

Można udawać. Udawać dla innych. Jeżeli sił psychicznych wystarczy, na tego typu zagrywki. Po co ich martwić czyimś smutkiem. Nie zrozumieją. Tak samo jak ja nie zrozumiem innych. Odgłosy tamtych chwil słyszę raz po raz głowie. Nie można przed tym uciec. Jedynie zagłuszyć tym czy tamtym. Po jakimś czasie cierpimy mniej, lub przeciwnie więcej. To zależy, czy byliśmy naprawdę bliscy, czy tak w głębi: daleko. Lub po prostu wybrać sposób, który wszystko zakończy. Tutaj. A tam?

 

Siedzę wśród wielu wspomnień. Nieustannie ulatują z owych drobiazgów stojących na półkach, niczym białe motyle. Od ludzi, którzy są i od tych, którzy już nigdy nie wrócą. Z drugiej strony nie można patrzeć cały czas wstecz. To grozi potknięciem o to, co z przodu, chociaż wiem, że na przyszłość mam jeszcze wpływ, a na przeszłość: wcale.

 

Chwile po to istnieją, by przemijać bezpowrotnie. Dlatego są takie cenne.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (11)

  • Trzy Cztery dwa lata temu
    Ale, że "doniczka przywiązana sznurkiem do obcęgów i młotka"? Haha, widać, że nie jesteś majsterkowiczem. Majsterkowicz potrzebowałby tych narzędzi, a Ty, Dekaosie, wolisz dbać o kwiaty. Ładna opowieść, z dużą dawką ciepłej melancholii.
  • Dekaos Dondi dwa lata temu
    Trzy Cztery↔Dzięki:)↔Haha↔To był zapasowy zestaw:))↔I dzięki za " Ładną" ↔Pozdrawiam:)
  • Trzy Cztery dwa lata temu
    Dekaos Dondi , aha, zapasowy... To zmienia postać rzeczy. Pozdrawiam:)
  • Dekaos Dondi dwa lata temu
    Trzy Cztery→Tak mnie się skojarzyło→o zależy od mocy sprawczej zapasowego:)
  • Dekaos Dondi dwa lata temu
    *to zależy...
  • ... do szuflady dwa lata temu
    DeDo?
    Przeczytałam jednym tchem i... zaduma, zaduma, zaduma do entej potęgi.
    Tyś mi po prostu "brat muzyczny" = od tej "ciemnej strony księżyca".
    Hmmm, tak mi się jakoś skojarzył inny księżyc - z jesiennej zadumy

    "nic nie mam
    zdmuchnęła mnie ta jesień całkiem
    nawet nie wiem jak tam sprawy za lasem
    rano wstaję poemat chwalę
    biorę się za słowo jak za chleb

    nic nie mam
    tylko z daszkiem nieba zamyślony kaszkiet
    nie zważam na mody byle jakie
    piszę wyłącznie
    uczuć starym drapakiem

    Nieustające...
  • Dekaos Dondi dwa lata temu
    ... Szuflandziu↔Dzięki:)↔Takich "normalnych" napisałem prawie wcale:)
    Dzięki też za wiersz... taki:)↔Pozdrawiam:)
  • Piotrek P. 1988 dwa lata temu
    W tej zwykłości, jest jakaś niezwykłość. Ten tekst ma taki swój klimat, nastrój, urok. Jest inspirujący, nostalgiczny, i zawiera opisy, które miejscami są na swój sposób zabawne. 5, pozdrawiam :-)
  • Dekaos Dondi dwa lata temu
    Piotrek P.1988↔Dzięki, że zechciałeś zerknąć:)↔No miał taki trochę być:)↔Pozdrawiam:)
  • Justyska ponad rok temu
    Czaiłam się na ten tekst no i jestem. Jest tyle... tyle różnych znaczeń, metafor, drobnych uśmiechów i wzruszeń, odrobina ironii i melancholii... odnalazłam się w tym świecie.
    A żółty? Czy to jedyny radosny kolor? Kojarzy się ze słońcem, ale bywa kolorem zazdrości... ciekawe. Pomyśle jeszcze nad tym a Ty łap gwiazdy:)
    Pozdrawiam!
  • Dekaos Dondi ponad rok temu
    Justyska↔Dzięki za zerknięcie. Tak jest jak napisałaś. Wszystkiego po trochu.
    To chyba jedyny taki zwyczajny tekst, nie udziwniony, jaki napisałem.
    Prawie cały czas, chodzę w żółtej koszuli i czapce.
    B co to znaczy, normalnym być?↔Pozdrawiam:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania