Pokaż listęUkryj listę

Opoww *** Gᴡɪᴀᴢᴅᴏʀᴇᴋ ɴᴀ Oʙɪᴇᴅᴢɪᴇ

Trochę inna wersja.

*~~~~~~~~~~~~* 

 

Tłuściutki gwiazdorek taszczy nie tylko prezenty,

ale i samego siebie z wielkim trudem.

Trudu co prawda nie widać, ale łatwo sobie wyobrazić,

jak ledwo dyszy, drepcząc przy swoim panu.

 

Obydwaj idą do przedszkola.

Spoczywa na odludziu, gdzie nawet gęś z kulawą nogą nie przyjdzie.

Mróz jak diabli.

Gwiazdorkowi z nosa cieknie, a zamarznięte kropelki stukają o buty.

Jeżeli akurat trafią.

Renifery rozchorowane, a na dodatek w czasie choroby, saniom odgryzły ślady.

 

Są blisko celu. Dzieciaki witają gwiazdorka wszystkimi rękami.

Ze stada maluchów wystaje Pani Przedszkolanka, z widelcem i nożem.

Gwiazdorek ma nadzieje, że jak rozda prezenty, to też go poczęstują.

Zgłodniał w czasie wędrówki wielce, a i ogrzać członki swoje, też by chciał.

  

Wchodzą wszyscy na wielką salę.

Przywitany gość siada na przygotowanym tronie,

którego poręcze przyozdobiono bobkowymi liśćmi.

Z innego pomieszczenia – chociaż bez nóg – dobiegają dziwne odgłosy.

  

Ma to głęboko w brodzie.

Jest przytulnie i ciepło, więc myśli o posiłku. Rozdaje prezenty.

Dzieci chichoczą, a on z nimi.

A zatem cała ferajna, wesoła i żwawa, jak pierogi we wrzątku.

Też podskakują, bo im goąco. Czasami aż za bardzo w spłaszczone dupki.

  

Rozdawanie prezentów zakończone.

Gwiazdorek dyszy wyczerpany, gdyż musiał każdemu dzieciakowi dać do ręki.

Dzieci siadają na podłodze i czekają.

  

Gość nie wie, za czym one tak tęsknią, skoro dostały takie fajne prezenty.

Czyżby jakąś niespodziankę szykowały?

Zakładają na twarzyczki dziwaczne maski.

Siedzący na tronie, czuje donośny zapach.

Po chwili wyciąga z worka, sen oraz chrapanie.

Czyli stwierdzenie: gwiazdorek śpi, jest jak najbardziej na miejscu.

  

*

Budzi go straszliwy ból. Zaczyna wrzeszczeć jak spętany.

Ma racje, że musi. Otwiera oczy.

Leży rozkrzyżowany na podłodze, przywiązany do czterech kołków.

Dzieciaki klęczą przy nim, odcinając mu ręce i nogi,

piłką o dużych, tępych zębach.

Lecz najpierw paluszki laubzegą.

 

Słyszy przeraźliwe odgłosy,

tarcia metalu o kości i srebrzysto czerwone powierzchnie,

czyniącą ruch posuwisto zwrotny.

Słyszy też mlaskanie drobnych, gołych stópek,

pośród stada czerwonych i białych krwinek.

 

Piąte dziecko klęczy z tyłu.

Leje mu wodę na głowę, żeby nie stracił przytomności.

Musi wiedzieć i odpowiednio czuć, co jest grane.

Mięsko zlęknione, będzie smaczniejsze.

Strach i ból dodaje pikantności,

a dzięki wrzaskom, jest bardziej kruche.

Tak pani przedszkolanka powiedziała, obgryzając kość.

Nie będą dzieciaczki wymiotować, tak jak ostatnio.

 

Pozostałe pysie rozniecają ogień pod wielkim kociołkiem,

przyozdobionym świątecznymi gwiazdkami i kolorowymi aniołkami.

W kącie stoi choinka, ślicznie ubrana w różnorakie ozdoby,

własnoręcznie zrobione z przedziwnych materiałów.

Małe czaszki wiewiórek wyglądają uroczo, posypane lukrem.

Z głośników płyną na śnieżnej żaglówce, liryczno- sentymentalne kolędy.

 

Na wielkim stole zakrytym białym obrusem,

ozdobionym świerkowymi gałązkami,

stoi pełno talerzy oraz białych świeczek,

w małych i większych miednicach.

 

Gwiazdorek wrzeszczy jeszcze głośniej,

bo małe rączki, nie mają w sobie tyle sił, żeby odcinać szybciej.

Ledwo rzępolą po kościach.

Może jedynie wzrok nacieszyć, złotymi gwiazdkami, lecącymi na boki.

 

Nie dosyć, że przeżywa męki, to jeszcze wnerwiony na pieprzone bachory.

Jak to wszystko ślamazarnie idzie. Teraz już patrzy jednym okiem.

Drugie wydłubała urocza dziewczynka, rączką od lalki, którą przed chwilą urwała.

Te, co nie mają radości w ucinaniu, grają gałką oczną w cymbergaja,

na śliskiej od krwi podłodze.

 

Jeszcze inne wcinają paluszki. Aczkolwiek nie całe.

Surowa skórka i to twarde w środku, mogą wyłupać mleczaki.

A pani dentystka ma na zawsze wolne w zamrażarce.

Wysysają tylko krew, którą wypluwają do wspólnego dzbanuszka,

robiąc śmieszne minki.

 

Jednemu z dzieci wylatuje paznokieć z ust. Na szczęście omija naczynie.

W przeciwnym wypadku, jakieś biedactwo, by mogło ulec zadławieniu.

Pani Przedszkolanka obiecała, że czerninka jest pycha. Uwierzyły.

Dlatego nie połykają surowej. Są po prostu grzecznymi maluchami.

 

Mają w sobie cierpliwość.

Mały chłopczyk podskakuje wesoło, mając cztery uszy na głowie.

Dwa są bardziej czerwone, od jego własnych.

Dużo starsze, o wystających siwych włosach.

Brudzą biały śliniaczek, kleistymi plamkami.

Wyglądają jak wesołe gwiazdki, na śnieżnym niebie.

Gwiazdorek jeszcze trochę żyje.

Ma otwarty brzuch – sekatorem.

 

Pocieszny berbeć, owinięty długim jelitem, radośnie mruczy kolędę,

a drugie brzdąka melodię, na kleistej strunie.

Jeszcze inne nasącza ściereczkę i wykręca nad naczynkiem.

Więcej czerninki nie zawadzi.

Można tak fajno mlaskać, a ze skrzepłej rzeźbić pocieszne figurki.

 

Gość jest ozdobiony świerkowymi gałązkami,

wystającymi z oczodołów oraz kolorowymi łańcuchami.

Na nosie ma pierniczka w kształcie gilotyny.

Dzieci same zrobiły, te urocze ozdoby.

Ta akurat przybita do nosa, gwoździem posypanym brokatem.

Mają do tego talent.

Szczególnie, gdy w czasie przygotowań, myślą o smakowitym obiedzie.

A poza tym, są zdyscyplinowane. Wiedzą – co i jak – przygotować na święta.

 

Gwiazdorek nie żyje.

Można dojść do takiego wniosku,

patrząc jak pływa porąbany, w zielonym kociołku.

Dzieci specjalnie wybrały taki kolor, żeby mieć skojarzenie z choinką.

Wzruszeniem pomalowane twarzyczki, wyglądają uroczo.

 

Na powierzchni pływa otwarta główka,

w drucianej siatce i czerwonej czapce z pomponem,

żeby to co najlepsze, a mianowicie mózg, nie zaginął w całej zupie.

Co roku, jedno z dzieci ma przywilej wyjadania prosto z czaszkowej puszki.

Inne mogą jedynie wylizać i grać w kości, zębami.

 

Zapachy szybujące z kociołka, do ich nozdrzy, są po prostu super.

Dzieciaki stoją wokół, stukając widelcem o nóż.

Powtarzają rytmicznie:

 

Gwiazdorek cacy, dał prezenty.

Lepszy gwiazdorek, gdy pocięty.

Gwiazdorki dobre, bo my głodne.

Gwiazdorka zjemy, rączki umyjemy.

W naszych brzuszkach sytość zagości.

Sprawnie szybko, wyrzucimy kości.

W naszych sercach porządek mamy,

dlatego zawsze po sobie sprzątamy.

  

Bałwanek stojący przed przedszkolem,

słyszy odgłos wyrzucania kamieni, do metalowego zbiornika.

Coś mi z tymi kamieniami nie pasuje – myśli sobie –

Ale jak zawsze, prędzej się roztopię, niż sprawdzę.

  

 * 

– Proszę pani, mojemu koledze stanęła kość w gardle. On nic nie robi, tylko leży.

– Nie ma problemu, Słonko. Zamrozimy. Będzie na czarną godzinę.

Średnia ocena: 4.2  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • Kavita pół roku temu
    To jest straszne, ale w pozytywnym znaczeniu. Uwielbiam tego typu utwory, więc jestem baaardzo na tak. Święta zakończone idealnie 😅
  • Dekaos Dondi pół roku temu
    Kavita↔Dzięki:)→To dawny tekst, jeno inaczej trochę:)↔Pozdrawiam:)
  • Piotrek P. 1988 pół roku temu
    Zabójczy humor! 5, pozdrawiam :-)
  • Dekaos Dondi pół roku temu
    Piotrek P.1988↔Dzięki:)↔Tak jakby nieco:)↔Pozdrawiam:)
  • kigja pół roku temu
    Dekoś,

    Te dzieci to jakieś dziwne są i straszne!
    Boję się, więc zostawiam pół dyszki i lęcę!!!

    Pozdrawiam :)))
  • Dekaos Dondi pół roku temu
    Kigja→Dzięki:)↔Biedne dziwne, bo głodne były.
    3 lata temu, też skomentowałaś owe ''zacne dzieło''↔Pozdrawiam:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania