Pokaż listęUkryj listę

Opoww *** Do Zobaczenia Następnym Razem

Trochę inna wersja dawnego tekstu

 

:̭̣̑᷇:͚̮̖̋̽ͦ:͈́:̛̰̗̆͂̒͢:̞̬͖̈́̍:͇҇͂̑ͅ:̶̷҇ͧ̊҄͝:߲ͩ:̡̤͌᷆̒߯߫:̜̳̞̻̗:᷉̔͏̻̚:̨̭͈:̨̘̮̥ͭͬ:ͮͩ͞͏̊̈:̼͔̙᷄᷆́᷁:̬̠͓̉҇:̮̒͡:̸゙̢̅:̧̯ͭ߬ͬ͋̏:̳̦̑̓᷈͟:͉͐͞:̪͚̲ͤ̌᷈߭̚:̾͐͞:̳͎᷇҃͜:゙̧͔̉̈̚:͍̜̟҆߳

 

Martwy punkt. Byłam nim. Blask świecącej latarni zamykał oczy, gdy podążałam ścieżką w moim mniemaniu: radosną i szczęśliwą. W końcu wpadłam w dół. We własne wykopane dzieło. Wyjście na zewnątrz stwarzało nie lada problem. Mokra ziemia leciała na twarz, łącznie ze wszelkim robactwem. Czułam zapach zgniłej ziemi. Za każdym razem, ręce cofały się na śliskim błocie, popychając ramiona, na samo dno. Miałam wrażenie, że wyjdą z niego cuchnące zwłoki zmarnowanych dni, wciągając mnie jeszcze głębiej.

  

Wtedy, gdy kopałam ciemną jamę, nie zdawałam sobie sprawy, że złota łopata jest tak naprawdę gównem, a ten cudowny dół: szambem. Wszystko było takie jasne i klarowne. Aż za bardzo. Mózg pełen fałszywych kryształów, nie dostrzegał nic poza nimi. Owszem, widziałam cienie na ścianach, ale miałam je gdzieś. Można by rzec: w głębokim poważaniu. To prawda. Były ciemne, ale chociaż niezakłamane. W jakiś sposób dające takie czy inne, stabilne oparcie.

 

Lecz złoty baldachim wisiał nade mną. Złote światło, fałszywie, niby delikatnie, muskało wniebowzięte ciało. Przysłaniało całą resztę tak bardzo, że w końcu rany zaczynały krwawić od nadmiaru gorąca, a kawałki skóry odpadały od ciała. Raniło ciemnością, choć błyszczało jak sarni zadek, za którym biegłam w tunelu szaleństwa, radosna i w skowronkach. Wiem, mam porypane skojarzenia, lecz tak to ze mną jest.

 

Są takie chwile, że czuję się jak szmata do wycierania podłogi, z której ktoś bardzo wredny, wykręcił całą wodę sensu życia. Wylatuje i spływa do kanalizy. Albo jak domek z kart. Wystarczy słaby wstrząs i wszystkie cząstki lecą prosto na zapaskudzoną ulicę. Ludzie depczą po mnie. Nawet nie dostrzegają tych małych postrzępionych obrazków, tworzących pokręcone życie. Nadal tam jestem. Szybują z kąta w kąt, a stworzeniami, w których wzbudzają jako takie zainteresowanie, są jedynie biegające, obleśne szczury.

 

Zapewne niedługo nadjedzie śmieciara i wszystko się dla mnie skończy. Zostanę częścią składową wielkiej kupy śmieci. Niezauważana i lekceważona po same uszy. Kiedyś wierzyłam w przeróżne ideały. Nawet w takie głupoty jak: opatrzność i przeznaczenie oraz wiarę w coś lepszego. Staram się jak mogę. Na ile potrafię. Czasami jest to męczące dla innych. Chyba zawsze jest tak, że dla jednych jesteśmy zakałą, a dla innych skałą, na której mogą w miarę pewnie stanąć.

  

Światło już mnie tak nie razi, ale ból oczu pozostał.

 

Wierzyłam w miłość, wzajemne zaufanie, dobroć. I co z tego? Znaleźli się tacy palanci, którzy tę wiarę wrzucili do bagna razem ze mną. Musiałam się taplać jak świnia w błocie. Nie dosłownie oczywiście. Teraz mam często wrażenie, że ktoś mnie za nogi ciągnie na samo dno. Jakieś zimne oślizgłe ręce. Cuchnąca gęsta ciecz wlatuje mi do ust i w końcu zostaję wciągnięta do wewnątrz. Dałam się oślepić, razem z odgłosami pokręconego świata, w którym przed chwilą byłam. Opisuje to w dziwaczny sposób, żebym została dobrze zrozumianą.

 

Zależy mi na tym, chociaż wiem, że dla większości ludzi jestem wrzodem na dupie. Jakimś chodzącym dziwadłem, myślącym zupełnie inaczej niż pozostali. Co oni o mnie wiedzą? Nic. Tak samo, jak ja o nich. Po co się czepiają? Niech każdy dzięcioł swoje robaki wystukuje. Gdy pomogą to dobrze... jak zaszkodzą... no cóż. Mógł z innego drzewa wydłubywać. Jego wybór. Życie bywa posrane, lub bardzo słodkie. Jednak czasami tak słodkie, że aż gorzkie. Zemdlić może. Byłam jak ta głupia bezmyślna ćma, lecąca do światła.

  

Człowiek frunie do muchołapki i nawet o tym nie wie. Miałam wiele takich odlotowych lotów, które skończyły się niemożnością odklejenia. Trzepotałam skrzydełkami do granic wytrzymałości. Wiele twarzy, od których po gębie dostałam, najchętniej bym rozbiła, aż do wytrysku krwi. Lecz niewiele mogłam poradzić, skoro nóżki przyklejone do lepkiego kusiciela, grzęzły coraz bardziej. Najchętniej bym tego zwisającego fiuta, zdjęła z sufitu i rozszarpała na strzępy. Choć wielu ludzi bym przytuliła. Nie jestem z natury zła…

  

Rozbijam każdą świecącą żarówkę, z której wylatuje podejrzane światło. Niestety. Nie zawsze mój wybór jest słuszny. Zostają tylko poranione dłonie.

  

… raczej bardzo emocjonalna. Nawet teraz czynię wiele dobra, ale dużo spraw mnie przerasta, bo jeszcze zupełnie nie wstałam z kolan i jestem mniejsza od nich. A to wszystko dlatego, że kiedyś zostałam bardzo oszukana. Cukierki okazały się potłuczonym szkłem, a czekolada, śmierdzącym twardym gównem. Tak w skrócie można określić to, co wtedy przeżywałam.

 

Dla jednych byłam kochaną, a dla innych… niby też rozświetlali drogę przede mną, nawet róże pozbawiali kolców, a ja głupia wierzyłam, że to nadal ten sam kwiat dla mnie rozkwita… szkoda słów. Jedni kołem życia swobodnie obracają, a inni kaleczą dłonie drutem kolczastym i na dodatek muszą myć podłogę, którą obryzgali.

 

Każdego coś gryzie, ale niektórych przegryza na wylot. Aż flaki na zewnątrz wyłażą. Tylko żeby pomóc z powrotem włożyć, to już takich nie ma. Dopóki wszystko cacy-cacy... ale żeby się babrać w cudzych wnętrznościach i rączki pobrudzić, kiedy to własna koszula, do ciała przylepiona. Co to, to nie. Chociaż przyznaję, że parę razy trafiłam na takich, co pomogli. No dobra. Ale jak się pozbyć skazy w ukochanej szybie, żeby jej przy okazji nie rozbić?

  

Dziwne, ale w nocy nieźle sypiam. Może to i dobrze. Rozbiłam nocną lampkę w drobny mak, rzucając nią o ścianę. Tak na wszelki wypadek. Jutro posprzątam. Na dzisiaj mam dość atrakcji.

Miałam kiedyś sen. Biegłam na wysoką górę. A im bliżej byłam wierzchołka, tym droga była bardziej stroma. W końcu biegłam po pionowej ścianie, by za chwilę biec, prawie do góry nogami. Ale zbocze mnie nie puściło. Świeciło blaskiem, który nie raził, chociaż widniały na nim: zardzewiałe latarnie. Nie spadłam. W tym momencie się obudziłam. Pomyślałam, że szczyt góry mnie uratował, wydając polecenie ścianie. Tak, wiem. Pokręcone te moje myśli, jakby biegały wokół czubka świdra.

   

Kupiłam nocną lampkę. Przecież nie mogę cały czas uciekać.

 

Dzisiaj znowu poszłam na ulubiony mostek. Lubię tam stać i wpatrywać się w rzekę.

Jest nie duża, tak samo, jak kładka. Woda diamentowo czysta. Do granic możliwości. Właśnie tu, najbardziej odczuwam przemijanie chwil. Gdy na wodzie nic nie ma, to właściwie nie widać, że płynie. Wydawać by się mogło, że wciąż ta sama, w tym samym miejscu. A wcale tak nie jest. Nie ta sama. To tylko ułuda. Myślę sobie, że nasze życie toczy się na dnie, a my jesteśmy zanurzeni w przezroczystym czasie. Płynie nieustannie. Nic nie możemy na to poradzić. Ani przyspieszyć, ani zwolnić. Jedynie zaakceptować i pogodzić się z tym.

 

Nie wiadomo, co się dzieje na brzegu. Jak wygląda tamta plaża oraz Kraina, w której się znajduje? Czy jakieś istoty, siedzą z kołem ratunkowym, żeby w razie służyć pomocą, nie mamiąc nas świecidełkami coverów życia. Nie da się tego sprawdzić. To jest niemożliwe i niemożliwością pozostanie. Dopóki istniejemy i istnieć będziemy. Gdzie płynie ta rzeka? Skąd i jak jeszcze długo? Czy kiedykolwiek wyschnie? A jeżeli tak, to co z płynącym czasem? Czy jej nurt rozświetla ryby, płynące pod prąd?

 

Bo trupy światła nie potrzebują.

 

Głowę wam tylko zawracam tym moim zafajdanym pisaniem, ale z normalnym (ha ha, czyli ze mną) człowiekiem tak bywa. Musi raz po raz wyrzygać, co go boli. Też wiele razy przełknąć tego gluta, co chciał z siebie wypluć a który tak zawzięcie i metodycznie, plugawił i ranił sklepienie ust. Niekiedy to nawet pomaga. Taki psychiczny pancerz. Później w trudnych okolicznościach, wystarczy lekko usta wytrzeć. No nic! Czekam na zimę, żeby sprawdzić, czy brudny śnieg jest wewnątrz biały. Jeżeli tak, to jeszcze mam szansę. Nie wszystko stracone.

  

Pomału odklejam buty od martwego punktu, chociaż między podeszwami a nim, zostało jeszcze kilka klejących nitek. To mnie wprawiło w dobry nastrój. No powiedzmy… w nie najgorszy. Muszę stać się ogromnym tygrysem o stalowych zębach, co przegryzie wszystkie błyszczące kraty, którymi mnie obudowano. Na moją zgubę, lecz w pewnym sensie: wzmocnienie. Też tak czynię. Z całych sił, na jakie mnie jeszcze stać. Aż iskry lecą.

  

Mam nadzieję, że doczekam takiej chwili, gdy wreszcie będę wiedziała, czy szklanka jest w połowie pusta, czy w połowie pełna, moich spełnionych i niespełnionych marzeń. Chociażby w niewielkim stopniu, ale w takim, żeby widzieć przed sobą cel, który wzmocni moją wiarę we własne siły. Dopóki mi zależy, to chcę wierzyć, że niemożliwe stanie się możliwym, a przyszłe życie, bez względu na to ile go zostało, będzie dla mnie znośniejsze.

  

~~~//~~~

Dzisiaj spostrzegłam pierwsze pęknięcia na złotym baldachimie. Tak owszem, jeszcze istnieje. Ale cóż ja widzę? Cztery anioły idące po bokach, w szatach z fałszywego światła, zmieniają się w skwierczące plamy znikające w ziemi. Dźwigary przestają istnieć.

To mi dodaje otuchy. Niemożliwe staje się: możliwym.

Mam nadzieję, że uciekam po raz ostatni, żeby nie zostać żywcem pogrzebaną pod jego odłamkami. To nie tchórzostwo, tylko taktyka zwycięskiej bitwy. Wierzę, że tak jest.

  

~~~//~~~

Stoję na łące. Piękna słoneczna pogoda. Wieje ciepły, przyjemny wietrzyk, lecz błękitne niebo wysoko nade mną. No nic. Hmm… do zobaczenia następnym razem. Jakkolwiek to brzmi i co się w międzyczasie wydarzy.

 

)҉=҉(҉=҉)҉=҉(҉=҉)҉=҉

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (12)

  • Cicho_sza rok temu
    Wydaje mi się, że cały tekst jest metaforą - upadania czasem na własne życzenie, prób podnoszenia się z tegoż upadku, złych i chybionych wyborów. Jednak pod koniec pojawia się optymistyczny akcent.
    No tak mi się zdaje, bo tekst całkiem Deduskowy, a ja to ino skromna obyczajowka jestem ?
    Pozdrawiam
  • D.E.M.O.N rok temu
    nadinterpretujesz, to czcze fantazje autora, takie dydaskalia życiowe ;)
  • Dekaos Dondi rok temu
    Cichoszka↔Dzięki:)↔W zasadzie słusznie zauważyłaś, z tymi metaforami↔ deduskowy→fajne!?
    Pozdrawiam:)↔%
  • Dekaos Dondi rok temu
    D.E.M.O.Nie↔Niby nie do mnie napisałeś, ale i tak Dzięki:)?
  • Dekaos Dondi rok temu
    Cichonia↔Ładna tyś – skromna obyczajówka, skoro nieobyczajowego, do obyczajówki wciągnęłaś?
  • Cicho_sza rok temu
    Dekaos Dondi no całe szczęście, że nie nieobyczajnego ?
  • Klimatyczne opowiadanie i opisy. 5, pozdrawiam :-)
  • Dekaos Dondi rok temu
    Piotrek P.1988↔Dzięki za klimatyczne:)↔Pozdrawiam:)?
  • DeDo?
    Dziewczyna z ptakiem na plecach, napisała o upadaniu na własne życzenie... ja też o upadaniu, ale absolutnie nie na własne życzenie.
    Niemożność wyjścia z życiowego impasu... rozmowa z kimś kto odszedł do 'lepszego świata'...
  • ... ale ukojenie/w pewnym sensie/ zawsze można znaleźć w błękitnym niebie z żółtym rumieńcem...
    "jakkolwiek to brzmi i co się w międzyczasie wydarzy.*

    Nieustające
  • Dekaos Dondi rok temu
    Szufi?↔Dzięki:)↔Ano różnie bywa z tym upadaniem. Czasami na własne, lub nie na własne.
    Bywa też "coś pośrodku" Ważne, by kogoś na siłę nie przeinaczać, na swoją modłę.
    Na siłę, to może być silnik, a nie człek.
    No, ale jak napisałaś↔''błękit z żółtym rumieńcem""→gdyby wymieszać, to zielony wyjdzie...
    a to podobno zwyczajowy kolor nadziei  *(:?:)*
  • DeDuś?
    ... i ponoć działa uspokajająco?

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania