Pokaż listęUkryj listę

Opoww *** Dʏᴋᴛᴀᴛᴏʀ ᴢ Nᴀsᴢᴇj Wɪᴏsᴋɪ

Tekst z NSzO→trochę zmieniony

--------------------------------------

 

 

Dzień dobry. Wołają na mnie człowiek, który opowiada bajki. Postaram nie gadać za długo, mając     nadzieję, że do końca wysłuchacie. A było to tak. Za siedmioma górami... ble, ble, ble... leżała odłogiem, w zielonej dolinie, mała wioska. Mieszkańców liczyła nie dużo. Ludzi i zwierząt też.

  

Pewnego razu, wystrzeliło na świat dzieciątko. Szybko wyrosło jak na młodziach, aczkolwiek z przerwą między zębami na szpicy. Przy złej pogodzie, hulał przez nią wiatr do przełyku i wylatywał drugim końcem. Finałem była wnerwiająca czkawka. Aczkolwiek rodzice nie utyskiwali ustawicznie, gdyż po ciężkim dniu, strudzeni dodatkowo nocną zmianą, na ogaconych sprężynach, nie za bardzo ogarniali sytuację. Jednak syna kochali jak własnego, bo też mieli przerwy.

 

Aż pewnego razu, mały chłopczyk – urocza pocieszka tubylców – wyrósł na młodzieńca z prawie wszystkich możliwych stron. W tym pamiętnym dniu, spojrzał w lustro i po raz pierwszy inaczej zauważył szparę między przednimi, a ta świńskim pędem zrodziła w umyśle skojarzenie, z tunelem pełnych pociągów. W naszej wiosce o takim diabelskim dziwie nie słyszano, ale on słyszał i owa wizja rozrastała w nim, na przyszłe lata i dni. Zauważył też w sobie czarodziejskie moce. Tym bardziej, że po ciągłych serdecznościach kierowanych ku niemu, zaczęto wyśmiewać niedomiar szerokości zębów, a nawet segregować pomiędzy, niewielkie śmieci, gdy spał poza domem.

 

Nie był pamiętliwym do szpiku kości, lecz urazę rozpoczął pielęgnować, gdzie tylko spojrzał, a patrzył wiele. Rodzice zapracowani – jak już wspomniałem – nadal nie ogarniali całości wychowawczej, ale go kochali, nawet jak stał i nic nie mówił.

 

Aż pewnego razu zawładnął starą szopą, razem z myszami i przeciągiem. Zaczął budować na wielkiej rozłożystej dykcie, tory. W ten sposób nazwał siebie: Dykta-torem. Pichcił też z czego złapał: lokomotywy, wagony, szlabany, semafory, opóźnienia i okoliczne krzaki, by dym nie leciał na ściany, gdyż schludna dusza, powiązana z ekologicznym porządkiem, nie życzyła sobie tego. Białe myszy przestał lubić, więc zatrudnił kota, co je ubił.

  

To było jego wielką tajemnicą, bo wszystko inne miał zazwyczaj małe, nawet gdy wystąpiły okoliczności i dlatego nie posiadał żony, tylko makietę prawie zbudowaną. Brakowało tylko podróżnych. Rozpoczął strugać z osikowych kołków, podobieństwa mieszkańców, którzy bogu ducha winni, o niczym nie wiedzieli, lecz liczebność oryginałów raptownie malała, to tu, to tam. On nawet o tym nie wiedział. Nie dlatego, że strugał wariata, tylko z tej przyczyny, że nie mógł przestać myśleć o przerwie, co mu już teraz wychodziła poza granice nagiej twarz, lecz jednocześnie dodawała otuchy, wywołując skojarzenia z tunelem, od którego ogarnęła go okropnie zaciekawiona pasja.

  

Dopiero po jakimś czasie oprzytomniał, gdy wyszedł ze szopy, by wysikać nadal z małego, zużyty mocz. Zauważył też – w czasie szumu strumienia – że mieszkańców w wiosce ubyło. Zerkał wiele razy i stwierdził, że zostały tylko: kozy, świnie, konie, psy i on. Wrócił i zobaczył. Na makiecie wszyscy stali. Podobni do siebie jak jeden mąż. Całkiem ładne osikane figurki, które wchłonęły mieszkańców w swoje niewielkie, drewniane ciała. Pewność takiej sytuacji, wzmacniały wnerwione popiskiwania, z drewnianych wnętrz. Najpierw wyszczerzył radość całą przerwą, gdyż pomyślał, że dobrze im tak, za te całe pośmiewisko na jego cześć, lecz za chwilę posmutniał całą szparą, bo sam został na stacji, będąc czarodziejem, o którym zapomniał, że ma go w sobie na całą długość podróży.

     

Podumał krótko, acz racjonalnie, z nutką ekonomii dodatniej do kasy i po chwili poupychał wszystkich do wagoników, by rozpocząć struganie ostatniego pamperka, a później przyjeżdżały wycieczki ludowe oraz inne i oglądały rozdziawione za odpowiednią opłatą. Tylko myszy niezjedzone przez kota, zjadły semafora, co spowodowało katastrofę, gdyż wszystko jeździło po wszystkim, aż do końca, gdzie nie trzeba, zgrzytając przeraźliwie, tu i ówdzie. Zwiedzającym, to w żadnej mierze nie przeszkadzało. Groza medialna potęgowała ciekawość. I tak oto nasza wioska, zyskała sławę, dzięki memu zaangażowaniu, czyli tubylczego Dyktatora.

 

Koniec bajki

 

A teraz włazić na makietę... ruchy ruchy... bo przerobię was dziurkaczem do biletów, na nieprzydatne wiórki i rozjadę – uwłaszczającą waszej godności – zardzewiałą drezyną.

Chwila... przepraszam... kupiłem chomika... to jednak przydatne.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Jared ponad rok temu
    „wystrzeliło na świat dzieciątko" - taka bida w kraju, że stosują biologiczną amunicję do haubic? :P
    Kobieta-narrator? Ciekawostka - no chyba że "jak już wspomniałam" to literówka :P Ogólnie to fajna bajunia - trochę mi komunistów przypomina z ich miłością do torów, stali, hut i państwa z dykty jak w jednym opowiadaniu Mrożka :P

    ps. Zgubiłeś ę w sytuację :P
  • Dekaos Dondi ponad rok temu
    Jared↔Dzięki:)↔Literówki poprawiłem. No bo taka "bajunia" miała właśnie być, aczkolwiek...↔Pozdrawiam:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania