Pokaż listęUkryj listę

Opoww *** Wɪᴏsᴋᴀ ᴘᴏᴅ Nɪᴇʀóᴡɴʏᴍ Sᴜғɪᴛᴇᴍ

Tyle mi nagadał o tajemniczej krainie, że w końcu postanowiłem zaspokoić nie kochankę, tylko ciekawość i z nogi na drugą, powędrować. Może dlatego, że tkwi we mnie wrodzona tęsknota za przygodą, niczym gwóźdź w ścianie. Zasadnicza różnica między gwoździem, a mną polega na tym, że mogę chodzić, a on nie. Czy istnieją dodatkowe aspekty rozróżnienia w sensie intelektualnym? Trudno stwierdzić. Gwóźdź milczy jak wbity.

 

A zatem wędruję po różnych bezdrożach, szukając czegoś, co nie widać z zewnątrz, jedynie od wewnątrz. Inaczej mówiąc: węzełków z wiatru na dywanie z myśli.

 

Zupełnie niespodziewanie wchodzę do obszernej wioski. Dziwnej trochę, gdyż na dachach dostrzegam wiele ogromnych szpilek. Niektóre oklejone skrawkami zakrzepłej mazi nijakiego koloru, lśnią blado i niewyraźnie. No nic, myślę sobie. Najważniejsze, że zacząłem i doszedłem.

 

Tubylcy biegają na wszystkie strony, spłoszeni i nieco zdenerwowani. Chyba mnie widzą, ale tylko wzrokiem. Całą resztą spieszą gdzie indziej. Przynajmniej takie sprawiają wrażenie. Po chwili wszyscy siedzą w wielkiej chałupie, zbudowanej nie wiadomo z czego. Panuje ogólne podniecenie. Nie wiem, czy ze strachu, czy raczej z połowy radości na fundamencie kolczatej nadziei.

 

O dziwo rozumiem tubylczą mowę. Jest to dla mnie tak samo niepojęte, co przydatne, więc przestaje dumać nad zaistniałym fenomenem. Słucham uważnie z ostatniego rzędu leżących pni, o czym tak zawzięcie dyskutują. Nie wiem co jest grane, ale uszy nadstawiam.

Właśnie przemawia… chyba jakiś przewodniczący całego zgromadzenia.

 

– … mówiąc kolokwialnie, wielka dupa nad nami zawisła. Znowu to samo. Pytam was: co robimy? Sytuacja jest zdecydowanie gorsza niż poprzednio. Są dużo większe, a to co nad nimi bardziej ciemniejsze. Jedyna pociecha w tym, że podtrzymka wygląda na bardziej solidną. Pytanie: jak długo wytrzyma? Uważam, że nasze działania powinny być natychmiastowe, póki jeszcze otumanione letargiem.

– Działania otumanione letargiem?

– Proszę się nie wcinać… kto jest za, kto przeciw, a kto wyszedł w czasie?

 

Słychać wielki szum na sali. Po chwili wszyscy są: za. Lecz to nie koniec pogawędki.

 

– Masz racje, że powinniśmy natychmiast. Tylko w jaki sposób? To nie to samo co poprzednio. Wtedy chodziło o dzieci. One nie są głupsze, ale siła umysłów mniejsza. Jakoś daliśmy radę. A teraz chodzi o dorosłych, o których nie wiadomo, gdzie łażą oraz w jakich ilościach.

– Trudno wywnioskować. Dzieci też żeśmy nie odnaleźli, ale jakoś minęło. Teraz należy postąpić zupełnie inaczej i z większą mocą. Dużo większą!

Siedzę, słucham jak serce dzwonu i zupełnie nie pojmuję, o czym tak zawzięcie dyskutuję. Co zwisa, jakie dzieci, o jaki letarg chodzi. Postanawiam, że po prostu wstanę i zapytam. Są wnerwieni, ale nie wyglądają na niebezpiecznych. Zabieram głos:

– Przepraszam, że tak bezczelnie ustami zagadnę, ale jestem tutaj przypadkowo i ciekawi mnie bardzo, w czym problem. Jeżeli nic nie stoi na przeszkodzie, to proszę wytłumaczyć, co to za kraina i co wam wisi na przykład? Jeżeli waszym zdaniem jestem bezczelnym chamem, który tka nos w nie swoje sprawy, to pójdę spiesznie precz, bo życie miłe jest mi.

– Miłe też nam. W tym cały szkopuł. Może przewodniczący lepiej wyłoży.

– Jak pan do nas trafił? – pyta wspomniany wyżej.

– Przypadkowo... to znaczy nie całkiem. Szukałem waszej krainy… wioski… no tego tam.

– Dzięki za szczerość. Może gdyby sytuacja nie była nad nami taka napięta, to byśmy panu przywalili prosto w mordę, za naruszenie własności prywatnej, ale skoro jest jak jest, to powiem w czym rzecz.

– Będę wielce zobowiązany.

– Jakby tu zacząć… kilkadziesiąt metrów nad naszą wioską, wisi gęsta i mocna pajęczyna, która jest niestety prześwitująca.

– Dlaczego niestety?

– Bo gdyby taka nie była, to byśmy nie musieli oglądać tego, co tam w środku leży. To znaczy: na wewnętrznej stronie.

– A co leży?

 

Pan Przewodniczący patrzy na mnie takim wzrokiem, jakby widział przed sobą czubka pająka. Nie odpowiada na zadane pytanie, tylko wyprowadza na zewnątrz poza wspomnienie progu. Za nami podążają inni, widocznie ciekawi reakcji. Wiele już w życiu widziałem, aczkolwiek przyznać muszę, że widok raczej przygnębiający. Rzekłbym nawet: klaustrofobiczny

  

Rzeczywiście. Zgodnie ze słowami wodza, nad głowami zwisa biało szara gęsta siatka. Trudno z dołu stwierdzić jaką grubość ma poszczególna nitka. Niewątpliwie są bardzo wytrzymałe. Całość nieustannie drga w absolutnej ciszy. Gdyby na tym zakończyć opis… no to cóż… pajęczyna nad głowami i tyle. W sumie nic strasznego. Można przywyknąć. Niestety, jak wspomniał pan wódz, owa zasłona nie jest sama... to znaczy w bardzo wielu miejscach wybrzuszona do dołu.

 

W ogromnych lejkach spoczywają nie mniej ogromne, czarne ćmy lub temu podobne stworzenia. Ciała prześwitują przez siatkę, a zatem sprawiają wrażenie szarych. Rozpiętość skrzydeł może dochodzić do kilku metrów. Określenie dokładnych rozmiarów jest raczej wątpliwe, chociażby dlatego, że są nieco zduszone, spoczywając we wspomnianym lejku.

 

Nad nimi, na dość małej wysokości, biorąc pod uwagę proporcje, prześwituje gęsta ciemność. Określenie: gęsta, trafnie obrazuje daną sytuacje, z uwagi na bodźce psychiczne, gdyby na owe zjawisko za długo patrzeć. Człowiek ma wrażenie, że cząstki umysłu, wsysa ciemność.

 

– No i co. Ładne? -– słyszę pytanie z tyłu.

– Średnio, szczerze mówiąc. Widziałem ładniejsze widoczki. Chociażby w sypialni. A tak w ogóle, skąd ta siatka i cała reszta?

– Siatka… z nas.

– Z was? To tak… z was. Że też o tym nie pomyślałem. Głąb ze mnie i tyle. A tak na poważnie, to z czego?

– No z nas. Mówię przecież. Głuchyś?

– Nie, bo nie bardzo rozumiem.

– Ona wisi od zawsze, tylko jest przeważnie pusta. I tego nad nią też nie ma.

 

Jestem w tej chwili głupszy od najdłuższego skrzydła paskudnej ćmy. Co za kit farmazoński wciska. Przecież to jakiś absurd. Zadaje ponownie rzeczowe pytanie i oczekuje jednoznacznej odpowiedzi.

 

– To znaczy dokładnie z czego?

– Z dobra… albo raczej z braku zła.

– O… to rozumiem. Wszystko jasne. A niby skąd to dobro?

– No z nas. Mówię przecież.

– Czyli ta cała koronka, jest emanacją dobra, które macie w sobie. Chroni was, tak?

– No to jesteśmy na krzywej prostej – słyszę jakiś głos z tyłu. – Pan Przewodniczący potrafi jasno wytłumaczyć, co i jak.

– Durnia ze mnie robicie!? – krzyczę, targając włosy na cały głos. – Mam uwierzyć w tę waszą bajkę. Wierzę w to, co widzę.

– My też. W tym cały problem. Musimy wygonić lub jeszcze lepiej zniszczyć, to co w środku i wyżej.

– „To co w środku i wyżej” mówisz. A czym i co to jest? Znowu jakieś kreowanie rzeczywistości?

– Niestety. Czasami mącą nam obejście osobniki, które kryją w sobie wiele zła, lecz działają w białych rękawiczkach i uchodzą za dobrych.

– To macie nawet rękawiczki? A po co wam tu?

– Wiesz o czym mówię.

– Kiedy milczysz, to owszem. Oczywiście. Przepraszam. O skarpetkach, to już nawet nie wspomnę. Proszę nawijać.

– W ostatnich dniach, kilkunastu naszych, odeszło…

– Na wieki?

– Proszę nie przerywać z łaski swojej. O czym to ja mówiłem?

– O łasce.

– No tak. Domniemamy, że właśnie oni wytworzyli sufit nad nami. Oprócz pajęczyny rzecz jasna. Chociaż prawdę mówiąc, może w niej są ich cząstki z czasów, kiedy byli jeszcze nie tacy jak teraz. Chcę w to wierzyć. To w końcu byli nasi. Gdy ciemność złudnie zajaśniała, popatrywali w nią, jak w jakiegoś boga, tym samym go powiększając. A później zniknęli.

– A te cząstki skąd?

– Nie wiemy. Czasami zło niczym rodzynek w ciastku. Niewidoczna, dopóki całość nie zjedzona.

– No dobra. Mniejsza o ciastko, ale dlaczego was nie pozabijali skoro tacy źli, tylko sobie poszli.

– A po co mieli zabijać, skoro wytworzyli narzędzie zniszczenia, wiszące nad naszymi głowami.

– To czemu one potulnie wiszą. Powinny atakować. Sjestę mają, czy co?

– Póki co, są uśpione siłą siatki, lecz nas lęk przybiera na sile, przez ciągłą świadomość zagrożenia. Rodzi chęć odwetu. A to z kolei osłabia ochronę.

– Wiem. Kiedyś od moich pradziadów usłyszałem, że zło należy dobrem zwyciężać…

– Taa… tylko nie przesadnym. My też to znamy. Tylko jaki mamy z tego pożytek? Żaden.

– Trzeba by to zniszczyć, tak nie... za ostro… z wyczuciem.

– Człowieku! Co ty gadasz! Tym bardziej, że wiesz gdzie jesteś i co jest nad nami.

  

Usilnie myślę o możliwości pomocy. Czy w ogóle istnieje jakieś rozwiązanie wiszącego problemu. Załóżmy, że istnieje jakiś radykalny sposób, który zniszczy co trzeba. Tylko, że chamskie w złości działanie jeszcze bardziej wzmocni uśpione moce lub nawet przebudzi. Nie mówiąc już o tej… wielkiej ciemnej chmurze, która wisi nad nimi i tak naprawdę nie wiadomo, czym jest. Raczej można przypuszczać, że ma drapieżne motylki pod opieką. Może są wytworem jej wyobraźni. A skoro tak, to… muszę przestać rozmyślać intensywnie, bo zaczynam być pogubionym w tym wszystkim.

 

– Ej! Wymyśliłeś coś? – słyszę pytanie. – Dobrze by było, gdyż zaczynają drgać podnieceniem do ataku.

– Kto?

– Ćmaki.

– O cholera. Czyżby samo rozmyślanie o formie zemsty… bardzo drgają?

– Zobacz sam.

Spoglądam w górę. Rzeczywiście, nitki leciutko falują ruszane od wewnątrz. Na szczęście nie wygląda to groźnie. Chyba mamy jeszcze trochę czasu.

Nagle dostaje w głowę. Nie obuchem, jeno pomysłem. Po rozgarnięciu gwiazd, zagajam:

– Trzeba doczepić od spodu wielkie ciężary, w miejscach gdzie spoczywa nadzienie. Naciągnąć pajęczynę prawie do ziemi, a później nagle puścić…

– A… rozumiem twój zamysł, choć zaiste śmieszny. Lecz to nie ważne. Byle był skuteczny. Ujrzymy inne światło.

– Tylko skąd wiadomo, że po drugiej stronie ono jest?

– Nie wiemy, ale przedtem było. To może nadal jest. No chyba, że to ciemność przebrana za światło?

– Lepiej nie rozmyślajmy aż tak daleko, bo to jeszcze ostudzi nasze zamiary. A zatem naciągniemy dobro, wystrzelimy nim mniejsze zło, żeby przebiło to większe w bardzo wielu miejscach jednocześnie. Czyli tak jak mówiłem. Zło dobrem pokonamy za pomocą innego zła, ale w dobrej wierze, bo samo zginie, niszcząc przy okazji zło o wiele potężniejsze, co zalega nad nim, mając pod spodem jedno i drugie, a obydwa należy pokonać. Proste.

– Czy ja wiem. Dla mnie to trochę skomplikowane, ale jestem za.

– A co ze złymi umysłami waszych braci, jeżeli zrealizujemy nasz zamiar?

– Tego nie wiemy. Dzieci nie wróciły.

– Czyli co… zaczynamy.

  

Tylko jak? Skąd wziąć takie wielkie ciężarki. A co ważniejsze: kto uniesie w przestworza i pozawiesza gdzie trzeba.

Wychodzi na jaw, że z tym nie ma żadnego problemu. To znaczy: jest, ale łatwy do zawieszenia.

Pan przewodniczący nagle sobie przypomina, że w pobliskiej krainie, też niewidocznej z zewnątrz, mieszkają tak zwani: Wielcy Obojętni. A co ważniejsze, posiadają skrzydła. Wnętrza ich zioną pustką, ale wbrew pozorom dużo ważą, silni są, a na dodatek o nic nie pytają, tylko wykonują zleconą robotę, jeżeli otrzymają odpowiednią zapłatę.

Po prostu chodząco – fruwające ciężarki.

Mnie natomiast nurtuje pewne pytanie.

 

– Skoro światło jest zakryte, to skąd dzień u was? Przecież powinno być raczej ciemnawo, nieprawdaż?

– Ano stąd, że to ciemne światło, ale inne od tego o którym wspomniałem wyżej, że takie może też być.

– Aaa… no tak. Nie bardzo jarzę tych zależności i powiązań. Ciemne światło… pierwsze słyszę.

– Nie wszystko co świeci, musi być jasne tak naprawdę. Czasami to zmyłka.

– Rozumiem. Taki cover światła. Czyli jak rozbłyśnie te dobre… to jak rozróżnimy jedno od drugiego?

– W tym problem, że nie rozróżnimy. Zło powinno po prostu zniknąć, lecz pewności nie ma. Są nie do rozróżnienia, bez wniknięcia głębiej. Mogą też pozostać w pomieszaniu, niestety. Wtedy chodzi o to, jakie są proporcje. Na naszą korzyść, czy przeciwnie.

– Niewiele z tego pojmuję, ale nieważne.

  

Po krótkim czasie Wielcy Obojętni tłumnie przybyli. Ciekawe, w jaki sposób dali im znać… oraz ile kasy dostali. Tego nie mogę od nich wydobyć.

 

Chodzą po całej krainie, uważając na domostwa, by nie rozdeptać i pozostawić w całości. Za to im nikt nie zapłacił. Po chwili fruną do góry. Łapią pazurami pajęczynę i przyciągają w kierunku ziemi. Mimo, że puści wewnątrz, to ciężar ciał jest znaczny i ciągle rośnie, gdyż mieszkańcy napełniają ich wnętrza, chęcią niesienia dobrych uczynków po całej okolicy. Ale to zaś. Teraz nie mają na to czasu i spokoju. Patrzą ciekawie, co z tego wyniknie.

 

Ćmy wewnątrz coraz szybciej ruszają skrzydłami. Dręczy nas obawa, że przed wystrzeleniem wyfruną na zewnątrz i będzie po sprawie. Nie zdążyły. Wielcy Obojętni będąc blisko ziemi, nitki z łap raptownie wypuszczają. Wszyscy jednocześnie. Ćmy lecą do góry w szalonym pędzie, przebijając ciemność. Nagła jasność oczu mieszkańców nie poraża, bo i tak jest w miarę jasno. Większość stworów znika, lecz nieliczne spadają na szpikulce, zamieszczone na dachach. Myślę sobie patrząc na to wszystko, że przecież musieli już kiedyś ten zabieg strategiczny zastosować. Czyżby zapomnieli? Tylko oni?

  

*

Wychodzę z wioski. Idę prosto przed siebie. Odwracam się. Pusta ziemia i puste niebo. Stoję jakiś czas w miejscu. Słońce praży niemiłosiernie. Znowu podążam w pierwotnym kierunku. Widzę mały staw. Na środku wystaje kawałek muru. Promienie migoczą w czystej toni jak srebrne rybki. W czerwonej cegle tkwi gwóźdź. Wchodzę do wody, choć jej nie czuję. To zapewne z przemęczenia. Z łatwością wyciągam żelastwo ze ściany. Z powstałej dziury wylatują całkiem spore ćmy. Zupełnie mnie ignorują.

 

Lecą w określonym kierunku. Coś nie coś jarzę. Biegnę za nimi, ile mam jeszcze sił. Widzę małą chmurkę przed sobą. Jest coraz mniejsza. Cholera jasna. Nie dogonię ich. Pomylę drogę. Obraz coraz bardziej niewyraźny. Pot ścieka do oczu. Znowu dostrzegam szarą zamazaną plamę. To chyba one. Nie, bo coraz wyraźniejsza i prostokątna. Z boku napływają ściany. Uderzam w drzwi. Słyszę głos:

 

– Co pan wyprawia na korytarzu. Proszę wracać do łózka. Został pan znaleziony na zewnątrz. Wyczerpany, odwodniony i ogłupiony. Marsz do łóżka i wypocząć. Dostał pan głupiego jasia, w związku z tym.

 

– Nie jestem w związku z żadnym Jasiem. A poza tym, wolałbym mądrego.

– Mądry ma urlop relaksujący. Udaje głupiego. Chyba… hmm.

– Musujący? Taki z bąbelkami? Nie ważne. Jak wróci, to go wypiję.

– Oczywiście. A teraz proszę leżeć i nie miętosić zasłonkę.

– Mam nie merdać ogonkiem, bo spąsowiało pani lico? A co mnie to obchodzi.

– Chce pan dostać drugiego Jasia?

– Dziękuję. Nie lubię tłumów.

 

`````````````````````````````````````

Leżę i patrzę w sufit. Coś tam krąży wokół lampy. Akurat wchodzi jakaś inna pani ubrana na biało. Zadaję pytanie:

 

– Co fruwa?

– Gdzie? – pyta środkowym policzkiem.

– Tam.

– Ćma, proszę pana – odpowiada prawym uchem.

– Ćma? A co to?

Średnia ocena: 4.4  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (17)

  • Antoni Grycuk pół roku temu
    Rozumiem poszczególne znaczenia, tak przynajmniej mi się wydaje, ale sensu całości uchwycić nie mogę.
    Sporo różnych błędów, nie wspominając o interpunkcji.

    Pozdrox.
  • Dekaos Dondi pół roku temu
    Antoniuszu↔Dzięki, mimo wszystko. Po prostu piszę po swojemu. Jak każdy z nas:)↔Pozdrawiam:)
  • pasja pół roku temu
    Pokręcone, ale nie do końca. Ponieważ w tej matni codzienności, w tej pajęczynie życia jesteśmy jak te ćmy poszukujące drogi. Pędzimy na oślep do światła, wpadamy w zasadzki rozstawionych sieci zakazów i nakazów. Bohater tej powiastki doskonale zapełnia sobie czas swojej samotności w szpitalnej sali. Patrząc w sufit wyobraża sobie wioskę.
    Pozdrawiam
  • Dekaos Dondi pół roku temu
    Pasjo↔Dzięki za taki komentarz, gdyż w pewnym sensie, jest bliski temu, co chciałem przekazać.
    Pozdrawiam:)
  • Piotrek P. 1988 pół roku temu
    Hehehe XD. Dziwnie i zabawnie, czyli bardzo dobrze. 5, pozdrawiam :-)
  • Dekaos Dondi pół roku temu
    Piotrek P.1988↔Dzięki:)↔No to fajnie, że tak:)↔Pozdrawiam:)
  • Bożena Joanna pół roku temu
    Problemy wioski brzmią surrealistycznie, ale amator włóczęgi myśli kategoriami niezwykłości i przygody, Ucieka w krainę ułudy, przez co nie poddaje się martwocie i nudzie.
    Ciekawy motyw ćmy, która dąży do światła, choć wie, że swoją ciekawość przypłaci życiem.
    Piąteczka i pozdrowienia!
  • Dekaos Dondi pół roku temu
    Bożeno Joanno↔Dzięki:)↔Też w dużej mierze, wyczułaś, co miałem na myśli:)↔Pozdrawiam:)
  • kigja pół roku temu
    Dekaos Dondi,

    Wczoraj, żem rozmawiała z fanthomasem na temat gatunku bizarro i teraz dopiero mnie olśniło, że Ty masz wiele tekstów w z tego gatunku.
    Powiedziałabym nawet, że jesteś nie do podrobienia :)))

    Moje skojarzenia:
    film sf - do organizmu człowieka wspowadzona została grupka naukowców w mikroskopijnym okręcie podwodnym - nie pamiętam tytułu... i bohater wędruje po swoim wnętrzu;
    Urobos - wędruje, niszczy, ale i odbudowywuje;

    Na pozór szalona opowieść, ale surrealizm jest obecny w naszym codziennym życiu, więc szalona opowieść i życiowa.

    Malusie literówki:
    zlaconą robotę - zleconą robotę
    nie ważne. - nieważne
    Nie wiele - niewiele

    Pozdrawiam :)))
  • Dekaos Dondi pół roku temu
    Kigjaczku↔Dzięki:)↔Raczej się nigdy nie zastanawiam, co za rodzaj tekstu piszę.
    To akurat jest↔powtórka.
    Hmm... skoro rzeczesz, że czasami bizarro↔to Ci wierzę:)
    Film widziałem. Jestem na Tak:)↔Pozdrawiam:))
  • kigja pół roku temu
    Dekaos Dondi,

    Czy pamiętasz może tytyuł, bo próbowałam sobie przypomnieć i szukałam w necie, ale nie udało mi się znaleźć...
  • Dekaos Dondi pół roku temu
    Kigja↔Nie pamiętam, niestety. Ale szkielecika pamiętam i jak przez oko wypłynęli.
    I chyba przypadkowy człek ich dostał w siebie.
    Coś mi się jarzy, że były dwa podobne filmy??
    Asimow, napisał taką książkę... chyba??
  • Dekaos Dondi pół roku temu
    Asimow↔''Fantastyczna podróż''→Operacja mózgu od wewnątrz, przez maluchów:))
  • kigja pół roku temu
    Dekoś,

    To był Interkosmos! Także na podstawie książki Asimow'a.
    https://www.filmweb.pl/film/Interkosmos-1987-11595

    Dziękuję za Twoją podpowiedź, bo dzięki temu trafiłam na właściwy trop.
    :)))))))))))
  • Dekaos Dondi pół roku temu
    Kigja↔Z ust mi wyjęłaś "Interkosmos"
    Teraz zajarzyłem.Widocznie przy naprawie mego mózgu, nie wtłoczyli tej informacji:)
    Nie dostaną całej wypłaty, lumpy tycie:))
  • Zapraszamy do wzięcia udziału w Bitwie na Prozę:
    https://www.opowi.pl/forum/literkowa-bitwa-na-proze-38-w1343/
    Temat główny: Postęp
    Temat dodatkowy: Deheroizacja
    Wybramy jeden, lub drugi lub obydwa. Wybór należy do ciebie.
    Piszemy do 20.12.2020 do północy.
    Liczymy na Ciebie!!!
    Literkowa.
  • Dekaos Dondi pół roku temu
    Literkowa↔Dzięki za zaproszenie:)↔Pozdrawiam:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania