Pokaż listęUkryj listę

Opoww ••• Ɲɑժsłօղƙɑ↔Miasteczko Cudu

Modyfikacja dawnego tekstu

----------------------------------

 

~̅~̅Prolog~̅~̅

 

Tego nie przewidzieli. Wylądowali na nieprzyjaznej planecie. To prawda, że nie mają dużych rozmiarów i mógł to być zwykły przypadek. Po prostu Istota tego świata, nie zauważyła obiektu o tak niewielkim rozmiarze. Lecz równie dobrze mógł nie być. Zrobiła to specjalnie, przygniatając jednego z nich, butem. Co prawda nic się wielkiego nie stało. Przeżył. Przecież są odporni na tego typu drobne przyduszenia. Tym bardziej, że w ich świecie o różnych rozmiarach, też dochodzi do incydentów. Tak czy siak, nie ma groźby utraty życia. Liczy się jednak sam fakt, takiego, a nie innego potraktowania.

 

Przebaczyli, lecz rozwieszą im nad wioską rodzaj niewidzialnej nadsłonki. Mogą kształtować umysłami: jej powierzchnię, kształt i coś jeszcze. Będzie wisiała nisko, prawie przy ziemi. W końcu nabierze odpowiednich właściwości. Być może nie dla wszystkich, gdyż mieszkańcy są bardzo różni. Gdy zacznie działać jak trzeba, będą już daleko stąd. Opuszczą wrogi świat. Może kiedyś powrócą lub nie.

 

~̅~̅~̅~̅~̅~̅~̅~̅~̅~̅~̅~̅~̅~̅~̅~̅

Zatrzymuję samochód. Wysiadam. Czytam napis: ''wstęp do miasteczka, tylko na własną odpowiedzialność''. Nie ma żadnego innego wyjaśnienia. To trochę zastanawia, a jednocześnie zaciekawia. Powiedziano tylko, że mam ''obadać sprawę’’ ale to się wiążę z ''niebezpieczną możliwością,'' że nie wrócę stamtąd żywym, więc do niczego nie chcą zmuszać. Rzecz jasna zdecydowałem, że pojadę i się rozeznam. Mam ryzyko wpisane w krew. Po prostu lubię takie dziwne sytuacje. Do tabliczki, przywiązana jest żółta taśma. Rozciąga się na boki i prawie niewidoczna, znika pośród drzew. Las po obu stronach drogi, nie jest gęsty, wręcz prześwitujący. Błądzę wzrokiem między drzewami i coś mnie zastanawia, tylko nie potrafię dokładnie określić: co. Chodzi o część, będącego po stronie miasteczka. Leśne podłoże wygląda gdzieniegdzie, inaczej.

  

Wtem w odległości kilkunastu metrów, po lewej stronie, dostrzegam coś błyszczącego. Nie mam pojęcia, co to może być. Z daleka ma wygląd białej bezy. Intryguje tajemnicą. Podchodzę bliżej. To biały kwiat zrobiony z bibułki. Jest doczepiony do pleców trupa. Leży twarzą do ziemi, kawałek od żółtej taśmy, poza granicą miasteczka. Ubranie pobrudzone ziemią i trawą, ale nie wygląda źle. Zastanawiam się, od jak dawna leży i skąd we mnie pewność, że nie żyje. Wiem, że powinienem ten fakt zgłosić na policję, ale ciekawość nabiera tempa, a w zwłokach, możliwość przyjęcia pomocy i tak minęła bezpowrotnie.

  

Nawet nie zauważam, że zrobiło się prawie ciemno. A przecież przysiągł bym, że jestem tutaj dopiero parę chwili. Postanawiam samochód zostawić i pójść dalej pieszo. Wąska droga ciągnie się między drzewami. Tworzą swego rodzaju tunel, na którego końcu dostrzec można, ledwo widoczne światła miasteczka.

  

Hotel jest nieduży, jednopiętrowy. Wnętrze urządzone trochę w starym stylu, lecz czyste i schludne. Jedynie na podłodze zauważam coś w rodzaju rozmazanych śladów. Podchodzę do pustej recepcji. Naciskam przycisk dzwonka. Po dłuższej chwili, słyszę przytłumione kroki. Przychodzi starszy człowiek. Pewnie w papciach, skoro tak cicho. Ma twarz dziwną na tyle, że nie potrafię określić, co jest z nią nie tak. Mam wrażenie, że dźwiga na niej jakiś przytłaczający ciężar.

 

– Dzień dobry. Chciałbym wynająć pokój... powiedzmy na tydzień. Są wolne miejsca?

– Owszem, ale tylko na piętrze. Parter jest cały zajęty. Domyślam się, że pan przyjezdny.

– Tak. Chciałbym tu pobyć kilka dni.

– Po co?

– Podobno dzieją się tutaj niestrwożone rzeczy. Nie chcieli powiedzieć, o co chodzi.

– Niestrwożone? Hmm… a kto przysłał?

– No ci, co mnie tutaj wysłali. Jestem dziennikarzem.

– Dziennikarzem? No cóż, jak pan sobie chce.

– Przepraszam… co to za hałasy?

– Hałasy?

– Jakby coś... szurało na podłodze.

– To z pokojów. Tylko tak mogą.

– Co mogą? Kto?

– Sam pan rano zobaczy. Proszę tutaj podpisać… oto pański klucz. W nocy przeważnie śpią. Przyzwyczaili się trochę, ale różnie bywa.

 

Żeby wejść na pierwsze piętro, muszę iść przez długi korytarz na parterze. Z wielu pokoi dobiega dziwne szuranie i stłumione pojękiwania. W ciszy łuszczących się ścian, brzmi to nie bardzo zachęcająco. O dziwo z zaśnięciem nie mam problemu. Może dlatego, że jestem bardzo ciekaw, czym powita poranek.

  

*

– Może nie powinniśmy go tam wysyłać.

– Teraz też tak pomyślałem. Tym bardziej, że i tak nic nie zdziała.

– Tak jak my zresztą. I tak mają szczęście, że ich tam nie zostawili.

– No wiesz... powiązania rodzinne, też swoje robią.

– To prawda... ale nie jednemu by się sprzykrzyło na to patrzeć, już nie wspomnę o pomaganiu.

   

*

Budzi mnie przytłumiany gwar uliczny. Mam wrażenie, że odgłosy za oknem są nie takie jak trzeba. Znowu te cholerne szuranie. Wiem, że najprościej, to wyjrzeć przez otwarte okno i od razu będzie wszystko jasne. Coś mnie od tego powstrzymuje. Jakbym nie chciał zobaczyć czegoś, czego nie zrozumiem. Nagle słyszę przeraźliwy wrzask. Nie trwa długo i szybko cichnie.

   

*

– Ale powiedz sam... jakie oni mają wyjście z tej sytuacji. Praktyczne żadne.

– On jest bystrym facetem. Może coś wymyśli.

– Dobrze wiesz, ilu lekarzy i różnych naukowców próbowało. I co? I nic.

– Szkoda słów. Jedynym wyjściem jest...

– Właśnie. Kto im to zrobił? Oto pytanie.

– Lub: co. I dlaczego nie wszystkich dotyczy?

    

*

Słoneczna pogoda, stanowi przeciwieństwo dołujących myśli. Podchodzę do okna i lekko się wychylam. Mam pod sobą ulicę. Trochę dalej dostrzegam niewielki rynek. Aż mi ciarki przechodzą po plecach. Jest pełen ludzi, tylko że w pozycji poziomej, prawie zupełnie przy ziemi. Nawet głowę rzadko podnoszą. Sprawiają wrażenie, że poruszają się... tylko po to, żeby być w ruchu. Jeszcze bardziej przytłacza fakt, że dotyczy to także dzieci. Właśnie mężczyzna i mały chłopczyk, przesuwają po chodniku, swoje ciała. Obok idzie kobieta. Rodzina na spacerze - myślę sobie. Ale dlaczego mąż i dziecko muszą się czołgać. Słyszę pisk hamulców. Przed jednym z samochodów, pełznie przechodzień. Płasko przy jezdni.

  

~̅~̅

Jestem na ulicy. Teraz wiem, dlaczego słyszałem i słyszę: szuranie. Widzę człowieka siedzącego na ławce. Popija coś z butelki. Może mimo wszystko, coś wyjaśni.

  

– Dzień dobry. Proszę mi powiedzieć, co tu się wyprawia?

– Przyjezdny jesteś?

– Tak.

– Dużo było przyjezdnych. Mądrych ludzi. I co? I gówno! Nic nie poradzili. Dupy w troki i odjechali. Pies im mordę lizał... słyszysz ten szelest za mną w krzakach?

– No słyszę.

– To moja żona i dziecko szeleszczą. Ale już niedługo. Ja też mam nóż. Za chwilę ona poderżnie gardło dziecku, a później sobie. Wtedy ja zrobię to samo. Im nie mogłem poderżnąć. Nie mam tyle odwagi. Przestaną cierpieć, a ja przestanę cierpieć, patrząc jak one cierpią. Rozumiesz? Gówno rozumiesz!

   

Z krzaków nie dobiega żaden dźwięk. Biegnę tam. Leżą twarzą do ziemi, w kałuży krwi. Matka trzyma w ręce zakrwawiony nóż. Wracam w stronę ławki. Właśnie facet podcina sobie gardło. Oddalam się w kierunku hotelu, jakby w transie nie z tego świata, zważając by kogoś nogami nie potrącić. Muszę koniecznie zadać dodatkowe pytania. Dostrzegam dwójkę dzieci. Jedno idzie, drugie się czołga. Przystają na chwilę. Stojące chce podnieść to leżące. Znowu słyszę ten dziwny wrzask. Kładzie go na ziemię. Przestaje krzyczeć.

  

~̅~̅

Przed wejściem leży człowiek. Unosi głowę nad chodnik. Tylko na chwilę. Nigdy nie zapomnę, tego spojrzenia, pełnego bólu.

W hotelu wszystko po staremu. Może poza tym, że nie słyszę tych dziwnych dźwięków. Przywołuję recepcjonistę. Przychodzi po chwili.

  

– Co tu się do cholery wyprawia? Przed chwilą byłem świadkiem samobójstwa. Wyobraża pan sobie?

– Nie muszę... niestety. Czasami nie wytrzymują.

– Chodzi o tych, co..?

– Tak.

– Czego nie wytrzymują?

– Czołgania.

– Jak to?

– To się stało w jeden dzień. Nie wiadomo dlaczego i... skąd. Nic nie można na to poradzić. Już wielu próbowało.

– Ale o co chodzi?

– Wielu zupełnie nagle, poczuło dotkliwy ból. Szczególnie w głowie, ale nie tylko. Po jakimś czasie zorientowano się, że im głowa bliżej ziemi, to mniej boli. A jak są w ruchu, to prawie wcale.

– A nie mogą po prostu leżeć?

– Wtedy bardziej boli, ale i tak muszą jakoś wytrzymać. W przeciwnym wypadku, nie mogliby zasnąć.

– Czyli jedynym sposobem, żeby nie odczuwać bólu, to być jak najbliżej ziemi. Najlepiej całym ciałem?

– Tak. I dodatkowo, być w ruchu. I to jeszcze z twarzą skierowaną w dół. Nie znamy dokładnie wszystkich zasad. Dobrze, że „nie dotknięci” są wyrozumiali. Sąsiedzi z piętrowych budynków, których dotyczy ta zaraza, mieszkają u tych, na parterze, lub tutaj w hotelu. Byle jak najniżej. Wspieramy się jak możemy. Nie wiem, co będzie dalej. Dużo by trzeba opowiadać. Nawet nie mogą się obrócić na plecy. Na domiar złego, tego typu... rozbieżności dotyczą wszystkich. Także rodzin. Jedni się czołgają, drudzy nie.

– Czyli jedynym sposobem, żeby nie cierpieć jest...

– Tak... lub dotarcie poza granice miasteczka. Tam też umierają.

– I nie ma żadnej... iskierki nadziei?

– Iskierki nadziei, powiadasz pan. No niby jest. Jak byli tutaj ci wszyscy... uczeni, to się okazało, że wszelkie choroby opuściły tych, co się czołgają. No wie pan... nowotwory i różne inne. Są zupełnie wyleczeni. Najzdrowsi z nas.

– Czyli można by rzec, że to takie... miasteczko cudu.

– Taa. Tylko dlaczego ten ''cud'' im ból zostawił?

– Może to skutek uboczny?

– Skutek uboczny? Tylko czego dotyczy? Bólu czy... cudu?

  

~̅~̅

Stoję na obrzeżach miasteczka. Nie chcę tego wszystkiego oglądać. Jak to się stało. Czym sobie na to zasłużyli. A może niczym. Tak chciało przeznaczenie. Do dupy z takim przeznaczeniem. Patrzę w niebo i zaczynam się wydzierać, na cały głos:

   

– Wytłumaczcie mi istoty z nieba, dlaczego to ich spotkało. Czy was zupełnie pogięło. Jak tak można. Miłości w sobie nie macie. Żeby takie coś na niewinnych ludzi zsyłać. Odbiło wam zupełnie. Dlaczego nie można im w żaden sposób pomoc. A w ogóle, co to za niesprawiedliwość. Jednych ta zaraza dotknęła a innych nie. Oczywiście, są wyleczeni. I co z tego! Za jaką cenę. Wolałbym umrzeć, by ich wyzwolić od tego bólu. Żeby ten cały... cover cudu, można było nazwać: prawdziwym cudem. Opamiętajcie się. Bardzo was proszę. Zdejmijcie z nich tę nadsłonkę.

   

Zupełnie niespodziewanie, czuję potworny ból w głowie. Klękam na ziemię. Trochę lepiej. Kładę się zupełnie płasko. Można jakoś wytrzymać. Zaczynam się czołgać. Ból mija prawie zupełnie. Wiem, co zrobię, bo pamiętam co powiedziałem. Zresztą jakie mam wyjście. Lekko unoszę głowę. Widzę w oddali ścieżkę w lesie, którą przyszedłem do miasteczka. Pełznę w jej kierunku. Jedynym widokiem jest piasek i trawa. Dostrzegam żółte wstęgi. Jeszcze trochę czołgania i wyjdę poza granice miasteczka.

  

`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`

  

Co się do cholery ze mną stało? Nawet nie mogę obrócić się na plecy. Jedynie trochę spoglądać na boki. O co w tym wszystkim chodzi. I dlaczego prawie ciemno. Jak długo tu leżę? Bardzo mi zimno. Mam wrażenie, że za chwilę będzie koniec. Tylko czego?

Słyszę za sobą szelest. Ciche kroki. Nie mogę spojrzeć do tyłu. Za bardzo by bolało. Czuję, że ktoś za mną stoi. Słyszę dziewczęcy głos:

  

– Widziałam jak nakrzyczałeś na niebo. Dobrze mu tak.

– Na jakie niebo?

– Nie unoś głowy, bo będzie boleć... no tam... na skraju miasteczka.

– Jakiego znowu miasteczka? Co ty opowiadasz. No właśnie... może wiesz, dlaczego tu leżę a próba wstania, jest taka bolesna.

– Nic nie pamiętasz?

– A jest coś do pamiętania?

– Pewnie, że jest. Byłeś u nas.

– Co ty za bzdury opowiadasz. Nigdzie nie byłem i nie wiem, skąd tu się wziąłem. Leżę jak kłoda w lesie.

– A wiesz, że niektórych przestało boleć. Mogą chodzić na stojąco. Czasami muszą się kłaść, ale wierzymy, że to minie zupełnie.

– Mogą chodzić na stojąco? To ci dopiero nowina. Co w tym dziwnego? Jakich: ich?

– No tych co wyzwoliłeś.

– Wyzwoliłem? Dziewczynko... pogięło ciebie zupełnie? O czym ty gadasz/?

– Za chwilę umrzesz. Wiesz o tym. To cena. Sam wyznaczyłeś.

– Umrę? Wyznaczyłem? Wezwij pomoc, bo jeszcze pomyślę, że to jakaś dekoracja w czubatym domku. Proszę!

– Nie mogę. Przecież chcesz wypełnić przyrzeczenie. Zresztą żadna pomoc ci nie pomoże.

– Jakie znowu przyrzeczenie? Może i lepiej, że umrę. Na co mi życie, skoro na rozum padło. Czy ty jesteś naprawdę?

– Czołgaj się. Nie będziesz odczuwał bólu.

  

Zaczynam pełzać w kółko. Rzeczywiście pomaga, ale niewiele. Znowu leżę nieruchomo, twarzą do ziemi.

  

– Za to co dla nas uczyniłeś, przyniosłam ci prezent.

– Nic nie uczyniłem. Do dupy z tym wszystkim. No dobra... i tak dziękuję.

– Cieszę się. Masz zieloną kurtkę. Będzie pasował. Za chwilę przypnę na twoich plecach.

– Co przypniesz?

– Biały kwiatek.

– Chwila... biały kwiatek? To jedno pamiętam... ale nie wiem, gdzie go widziałem. Ładny chociaż?

– Bardzo ładny. Sama zrobiłam i bardzo się starałam, żeby był piękny. Do twarzy ci z nim. Przepraszam. Muszę wracać. Ty za chwilę i tak umrzesz, więc moje gadanie, nie będzie miało sensu, nieprawdaż. Jeszcze raz dziękuję w imieniu wszystkich.

  

o̲̅

  

Ostatnie dźwięki jakie słyszy przed śmiercią, to: odgłos nadjeżdżającego samochodu, otwierania drzwi, a po chwili... zbliżających się kroków.

Ktoś idzie w jego kierunku.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • Józef Kemilk ponad rok temu
    Fajne i niepokojące. Trzeba do miasteczka wysłać kobietę, nie wiem dlaczego, ale tak czuję, że to by pomogło
    5
  • Dekaos Dondi ponad rok temu
    Józef Kemilk↔Dzięki za zerknięcie. Tym bardziej, że to powtórka, trochę inaczej. Hmm... może masz racje:)↔Pozdrawiam:)
  • Piotrek P. 1988 ponad rok temu
    Niezwykły i wspaniały klimat, humor oraz wyobraźnia :-D.
    5, pozdrawiam :-)
  • Dekaos Dondi ponad rok temu
    Piotrek P.1988↔Dzięki za taki koment:)↔Pozdrawiam:)
  • ... do szuflady ponad rok temu
    DeDo?
    Uwielbiam to Twoje "mniej ludzkie pisanie"...
    Kiedy już jestem /mniej więcej/ pewna, że wszystko układa się w jakąś spójną całość = mam jedną jedyną interpretację, której nic nie jest w stanie zaburzyć... dostaję obuchem po głowie tymi, nie pozbawionymi humoru dialogami i wiem... że nic nie wiem, bo przecież nikt nie jest w stanie/tak do końca/ "pogrzebać w czyjejkolwiek szyszynce".

    Nieustające
  • Dekaos Dondi ponad rok temu
    Szuladiio?↔Dzięki:)↔Faktycznie. Tekst nieco pokręcony. Koniec jest jakby początkiem, gdzie ktoś do niego podchodzi (lub sam do siebie?)i i widzi biały kwiat... i wszystko zaczyna się od początku.
    Takie trochę zawirowanie czasu. Ale może być inaczej:)↔Pozdrawiam:)?

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania