Pokaż listęUkryj listę

Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz 15

DOBROĆ WDZIĘCZNOŚCI NIE UŚWIADCZY.

 

– O! Dobrze, że jesteś. Jak ci idzie nauka?

– Chyba już więcej nie można się uczyć – fuknęła Lejla i przetarła zmęczone oczy.

– Wiedzy nigdy za wiele – oznajmił Markus, odkładając kryształ katalitu i wygrzebał ze stosu pergaminów mały tomik: „Leksykum Arkana”

– To jeszcze szybki test z podstaw.

– Mistrzu! – zmierzyła go wzrokiem. – Jestem na ostatnim roku –

przypomniała z wyczuwalną pretensją.

– Wiesz, jakimi słowami mój rektor od arkan zawsze rozpoczynał wykłady?

– Wiem – przewróciła oczami. – „Wiedza o podstawach to postawa sukcesu” – wyrecytowała jak pięćdziesiąty refren bardzo długiej piosenki.

– Dokładnie! I żeby cię nie zanudzić, zacznijmy od czegoś podchwytliwego – przekartkował kilka stron i zatrzymał na rozdziale: „Kolory i ich zastosowanie”. – Niech będzie to – chrząknął kilkukrotnie, jakby czyścił gardło przed długą przemową.

– Energią, jakiej domeny, najlepiej wzniecić ogień?

– Podchwytliwe to było przez pierwsze dwadzieścia razy – skomentowała czarodziejka i rzuciła się na kozetkę, zwieszając głowę na podłokietniku.

– Nie bądź, zgryźliwa! – zbeształ ją Markus. – Będziesz miała na to czas, jak będziesz w moim wieku.

– Przepraszam mistrzu. – Skruszona, usiadła grzecznie, prostując plecy jak pilna uczennica na seminarium.

– Wybaczam – chrząknął i puścił jej oko. – Pytanie nadal pozostaje w mocy młoda damo.

Czarodziejka wzięła głęboki wdech i zaczęła recytować:

– Ogień można wzniecić energią każdej ze wzburzonych domem, lecz najłatwiej podpala się czerwienią.

– I widzisz, panno mądralińska! – stuknął ją palcem w czoło. – Poległaś na podstawach.

Lejla zmarszczyła czoło, a jej źrenice błysnęły błękitem. Już miała zacząć się wykłócać, gdy… uderzyło olśnienie i zgasiło emocjonalny żar wykreślając skruchę na jej twarzy.

Nie uszło to uwadze promotora, który zaserwował jej serdeczny uśmiech okraszony satysfakcją.

– Do trzech razy sztuka, młoda damo.

Lejla chrząknęła i zaczęła z pełną powagą:

– Otóż mistrzu, ogień najłatwiej rozpala czerwień, ale najlepiej… – zaakcentowała wymownie – …użyć do tego błękitnego ładu.

– Dlaczego? – ciągnął ją za język.

– Pole czerwieni nazywamy „gniewem” ze względu na jego dynamiczną, burzliwą naturę. Tak samo jak emocję, od której zaczerpnięto tę nazwę, tak i wzburzoną domenę czerwieni, bardzo ciężko utrzymać w ryzach – złapała oddech – „Leksykum Arkanum”, strona sto pięćdziesiąta czwarta – pochełpiła się wiedzą.

Mag wykonał wymowny gest dłonią, zachęcając do kontynuacji.

– Zaleca się, aby ogień wzniecać ładem, poprzez miejscowe odprowadzenie tej domeny, co w rezultacie wywoła samorzutne soczewkowanie czerwieni i zapłon. Ogień jest wtedy bardzo skupiony i zamknięty w barierowej otoczce z błękitu.

Starszy mężczyzna spojrzał na nią z dumą, jak ojciec na córkę podczas uroczystości wręczenia dyplomów. Otworzył usta, żeby udzielić podopiecznej formalnej pochwały i – zapiał jak kogut.

Obudziła się.

– Przeklęty gdakacz! Pierwszy normalny sen od tygodnia i musiał zacząć piać. – Pomyślała na głos Lejla i wyjrzała za okno. Kogut na podwórku zapowiedział leniwe słońce, które dopiero tworzyło łunę na horyzoncie.

Wstała po cichu i zajrzała do Selekty, leżącej na kanapie w pokoju obok. Safonka spała twardo w pozycji szczęśliwego szczeniaka, pochrapując od czasu do czasu.

Arkanistka wróciła do swojej części izby, chwyciła kawałek kartki i sporządziła krótką notkę. Skończywszy, wetknęła ją pod kufel z resztką kacowego wina Selekty, odstawionego na bolesny poranek.

Może się zdenerwować, pomyślała i dorysowała uśmiechniętą buźkę pod tekstem, który w skrócie informował, że wychodzi kupić kilka drobiazgów na podróż.

– To załagodzi sprawę – wyszeptała, upięła włosy, zarzuciła płaszcz i wyszła.

Oczywiście prawdziwy powód porannej wycieczki był zgoła inny.

Każdy kupiec, który choć trochę interesował się arkanami sztuki magicznej, wiedział, że to właśnie w Telmonton można było natrafić na prawdziwe perełki pośród artefaktów: rzadkie odmiany katalitu, aktywne minerały oraz specyficzne, lemachiańskie mikstury nasycone Astrą.

Czarodziejka nie mogła przepuścić takiej okazji, więc przyśpieszyła kroku, kupując sobie kolejne minuty na poranne łowy.

Opuszczając teren zakonu, wkroczyła na jedną z głównych miejskich arterii prowadzących do dzielnicy handlowej. Od tego momentu początkowa ekscytacja szybko przygasła, tłamszona przez smutny portret rzeczywistości. Nocny całun ciemności nie skrywał już skutków klęski nieurodzaju, trawiącej ziemię na północy Cesarstwa. Boczne uliczki, które odbiegały od wybrukowanego traktu, zamiast krzątających się mieszczan i rozbawionych dzieci, teraz po brzegi wypełniali Walończycy. Setki mętnych tęczówek osadzonych w zapadłych oczodołach, bacznie śledziło jej ruchy, wywołując nieprzyjemne uczucie niepokoju.

I jeszcze ten straszliwy fetor niesiony z wiatrem. Pachniało jakby rozpacz i trwoga tworzyły w powietrzu gęstą zawiesinę wymieszaną z zapachem fekaliów i uryny.

Im dłużej Lejla doświadczała krzywdy uchodźców, tym bardziej była wściekła, przywołując z pamięci przepych dzielnicy szlacheckiej. Szczególnie przygnębiał ją widok najmłodszych, chowających się za plecami wychudzonych matek. Jedna z kobiet, pomimo głodowego wyczerpania, resztkami sił, tuliła swoje pociechy, z trudem wymuszając uśmiech.

Bezradne patrzenie na cudzą krzywdę i poczucie bezdennej przepaści niemocy skręcało Arkanistce żołądek i cisnęło łzy do oczu. Nic, więc dziwnego, iż odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła bramę na horyzoncie.

Przy wejściu na rynek, kilku strażników pełniło wartę z nakazem selekcji, wchodzących do targowiska. Lejla dostrzegła mężczyznę, który żywiołowo gestykulował, kłócąc się z jednym z Telmiańskich pikinierów. Nieopodal tego zamieszania stał prosty, drewniany powóz z kilkoma koszami owoców. Na jego brzegu, podparta o skrzynie, siedziała szczupła młoda kobieta z wydatnym brzuszkiem. Ciężarna, odziana w prostą lnianą suknię, nerwowo zaciskała pięści w rytm padających obelg.

– Dlaczego nie możemy wejść!? Jesteśmy kupcami jak wszyscy! – krzyczał kupiec.

– Zamknij się! Już ja wiem, kim wy jesteście! Ścierwem z północy! O…! Tym jesteście! – bluzgał Gwardzista, po czym ostentacyjnie splunął na ziemię. Jego przepełniona złością i odrazą twarz, aż kipiała od pogardy.

– Sam jesteś ścierwo! – odpysknął strażnikowi. Taka zniewaga nie mogła pozostać bez odpowiedzi. Rosły mężczyzna wziął zamach i z całym impetem przyłożył mu pięścią w szczękę.

Handlarz upadł a wartownik, na oczach żony, bezlitośnie go skopał. Ciężarna zeskoczyła z wozu tak szybko, jak tylko mogła i osłoniła męża własnym ciałem. Łudziła się, że to powstrzyma ten akt okrucieństwa.

Myliła się. Gwardzista tylko przez chwilę się zawahał, po czym z otwartej dłoni wymierzył jej mocny cios w twarz.

– Ślepy jesteś!? – protestował drugi z pilnujących wejścia. – Ona jest w ciąży! Rozum ci odjęło!?

– Jednego parszywego szczura mniej! Chcesz chować swoje dzieci, jak dopadnie je zaraza!? Ee? – Strach wziął górę nad rozsądkiem i drugi strażnik odpuścił. W domu miał dwie malutkie córeczki, więc ten argument mocno do niego przemówił.

– Heh, tak myślałem – szydził z satysfakcją oprawca. – Ktoś musi robić brudną robotę – dodał, chuchnął obłokiem pary i obrócił w stronę kobiety. Stopa z okutym butem wycelowała w jej brzuch a paskudny uśmiech, wykrzywił mu usta.

Kolejna chmura zimnej pary poszybowała w powietrze. Rozbita symetria magicznego pola skręciła przestrzeń, niosąc ze sobą nieprzyjemny chrobot pękających kości.

– Aghh!! Kurwa żeż jego mać!! – Strażnik upadł na ziemię, wijąc się i wrzeszcząc z bólu. Pozostali stanęli jak wryci.

– Co ci się stało?

– Ta sucz z północy… Aghh! Kurwa jak boli. Aghh! Ta suka mnie zaczarowała! – skomlał, wskazując palcem na stopę skręconą o dziewięćdziesiąt stopni w stosunku do kolana.

– Przewróciłeś się idioto! – Skomentował jeden z jego towarzyszy.

– Sam jesteś idiota! W powietrzu mi nogę skręciło, młocie!

– Dobra, już dobra, czary czy nie, trzeba nastawić – orzekł Gwardzista, który wcześniej próbował powstrzymać napastnika przed atakiem na żonę kupca – Chodźcie – zwrócił się do pozostałych dwóch. – Zaniesiemy niezdarę do medyka w koszarach.

– Może ja pomogę!? – oświadczył aksamity, kobiecy alt przykuwający uwagę wszystkich obecnych mężczyzn – nawet ranny przestał na chwilę jęczeć. Czarodziejka wygasiła resztki niebieskich błysków w oczach i wpierw podeszła do leżącego na ziemi kupca, któremu opuchlina przesłoniła oczy.

– Nie bójcie się, jestem medykiem ze stolicy – Zwróciła się do małżonków i wyciągnęła z sakwy mały, szklany flakonik.

– To mieszanka ziół leczniczych: pomogą na ból. – Wylała część gęstego płynu na rękę i wsmarowała w zakrwawioną twarz mężczyzny. W mgnieniu oka zaczerwienie niemal zniknęło, a opuchlizna magicznie ustąpiła.

– Dziękujemy ci Pani! – Powiedział zdumiony kupiec, ruszając szczęką, prawie, swobodnie i bez bólu.

– Komu zawdzięczamy taką dobroć? – spytał śmiało, podczas gdy jego żona, cały czas podejrzliwie wpatrywała się w czarodziejkę, śledząc każdy jej ruch.

– Lady Elajla Samer; do usług – odpowiedziała Arkanistka, skrywając tożsamość pod pseudonimem. Może i nie była sławna, ale już od kilku lat pełniła funkcje pełnomocnika gildii na cesarskim dworze i wbrew woli, stała się rozpoznawalna.

Wolała nie ryzykować. Ludzie w całym Sungardzie byli uprzedzeni do magii; jedni mniej, drudzy bardziej, ale jednak wszyscy. W tym momencie Lejla zatęskniła za uczelnią w Taledark. Mieście, w którym zaklęcia tańczyły pośród mieszczan ze swobodą podchmielonej dziewki w gospodzie.

– Zostaw te psy i pomóż mi!! – Krzyknął w jej stronę ranny.

Już ja ci pomogę, pomyślała, robiąc przy tym złowieszczą minę.

– Poczekajcie chwilę – nakazała parze, zmieniając wyraz twarzy na serdeczny uśmiech. – Zaraz wrócę – dodała, po czym udała się w miejsce przedziwnego „wypadku”.

– Już idę wielmożny strażniku bramy – zawołała z przekąsem i podeszła. – Lady Elajla Samer, certyfikowany Medyk z Oruun: do usług – przedstawiła się, choć użycie pseudonimu było zbędne: cała uwaga strażników skupiła się o wiele niżej niż twarz czarodziejki.

Lejla przyklękła obok rannego, ostrożnie ściągnęła mu buta i bez ostrzeżenia mocno ścisnęła skręconą kostkę.

– Auu… – gwardzista wycedził stłumiony jęk przez zaciśnięte zęby. Nie chciał wyjść na mięczaka w oczach pięknej kobiety i stojących nieopodal kolegów.

Próżny jego trud: łzy mimowolnie, lały się strumieniami, mieszając ze strużkami potu, na policzkach i karku.

– Boli, jak tak robię? – spytała słodkim głosikiem, cały czas mocno ściskając kostkę.

– Oczywiście, że kurwa boli!! – zawarczał, przybierając odcień purpury. Przez spodnie wystawał kształt przemieszczonych kości.

– To dobrze.

– Ja-jak to dobrze? – spytał ledwie przytomny strażnik.

– To znaczy, że nerwy całe, tylko kości przemieszczone; zaraz nastawimy. Możecie go przytrzymać? – Zwróciła się do pozostałych z oddziału, którzy pouciekali spojrzeniami na przypadkowe obiekty.

– No już! I dajcie mu coś do zagryzienia. Nie mam przy sobie nic na znieczulenie – skłamała. Znała przynajmniej tuzin sposobów na zmniejszenie bólu, ale według niej ten ból był zasłużony.

Jeden z gwardzistów sięgnął po kawał ścierki i brutalnie wcisnął go do ust poszkodowanego towarzysza.

– No proszę jaki piękny wieprzyk, he. – skomentował, nie mogąc powstrzymać się od drwin.

– No to zaczynamy – wtrąciła Lejla. – Na trzy nastawiam: trzy, dw… – raptownie skręciła kostkę, nim skończyła wypowiadać dwa. Biedak zdążył tylko zajęczeć, po czym wzdrygnął i stracił przytomność.

– Nogę trzeba usztywnić i przez dwa tygodnie oszczędzać – wydała instrukcję pozostałym członkom oddziału. – Niedługo się obudzi, a opuchlizna zejdzie.

– Tak, panienko! – Chłopaki zanieście śpiącą królewnę do koszar! Niech się wyśpi. Ja przypilnuję bramy. – Unieśli go jak połeć mięsa i taszcząc niezbyt delikatnie, ruszyli do siedziby gwardii.

– Powiedz mi strażniku… – Lejla zwróciła się do jedynego mężczyzny, który został na warcie. – O co była ta cała awantura przed chwilą?

– Panienko Samer – zdjął hełm, nieświadomie odsłaniając rumieńce na policzkach - Dekretem burmistrza nikt z północy nie może wejść do centrum.

– A czemuż to? – spytała zdziwiona.

– Zarazę roznoszą – odparł, unikając spojrzenia czarodziejki. Podświadomie było mu wstyd za to, co właśnie powiedział.

– Rozumiem… A jakież są objawy tejże zarazy? – ciągnęła go za język. – Mijałam całe osiedla uchodźców i nie zauważyłam chorych ani trupów na ulicach, tylko wychudzonych ludzi próbujących przetrwać kolejny dzień w okropnych warunkach.

– Ja… Ja nigdy nie widziałem na własne oczy, Lady Samer, ale za to dużo słyszałam od miejscowych! Słyszałem, że ludzie upadają na ulicy i po chwili już są martwi. Może Walończycy palą zwłoki, żeby się nie zarazić? – Wygłosił tę teorię, samemu mocno powątpiewając w jej prawdziwość. Zawsze łatwiej bronić czegoś, w co się wierzy niż wątpić i błądzić w nieznanym: nawet jeśli tak naprawdę się nie wierzy.

– Nie sądzę, ale rozumiem twój lęk. – Lejla uśmiechnęła się wdzięcznie, tym samym potęgując jeszcze bardziej jego zakłopotanie. Niewiele więcej zdołam od niego wyciągnąć, pomyślała i postanowiła zakończyć rozmowę:

– No cóż, na mnie pora. Dziękuję za miłą konwersację.

– Do usług panienko. Proszę na siebie uważać – ponownie zerknął na dekolt. Nie skarciła go za to, tylko wymownie spięła górne guziki od kamizelki i odeszła w stronę małżeństwa.

Choć jej serce należało do Wilfreda, nie gardziła uwagą innych mężczyzn, których zainteresowanie pieściło jej nieco przerośnięte ego.

Obity handlarz siedział podparty o koło wozu, obejmując swoją obolałą żonę. Kiedy Arkanistka zbliżyła się do nich, żwawo powstał, aby ją powitać.

– Pani – pokłonił się. – Nie zdążyłem nas przedstawić. Jestem Olnek, a to jest moja żona Askar. Dziękujemy za pomoc. Gdyby nie pani maść pewnie spuchłbym jak dynia, a wtedy już na pewno nici ze sprzedaży. – Ciężarna kobieta stała tuż za nim i nadal bacznie przyglądała się czarodziejce. Olnek kontynuował.

– Strach pomyśleć, co ten drab by z nami zrobił, gdyby nie wypadek – gdybał kupiec. – Najpewniej skatowałby całą naszą trójkę.

– Nie ma za co dziękować, nic takiego nie zrobiłam, a tamtemu się należało. Zaraza czy nie, żaden cham nie powinien podnosić ręki na brzemienną – zacisnęła pieść, a słabiuteńki przebłysk morskiego błękitu przemknął po tęczówkach.

– Powiedz Olneku, po co tak desperacko chcieliście dostać się na targ, skoro jest zakaz?

– Żona cierpi na straszne nudności, prawie nic nie je: boję się o nią i o dziecko. Chciałem sprzedać resztę owoców, które mamy i opłacić znachora.

– No to chyba macie problem z głowy – Arkanistka uśmiechnęła się wdzięcznie. – Ja mogę pomóc – dodała i chciała podejść bliżej, ale Askar odskoczyła w tył jak poparzona. Olnek drgnął nerwowo zaskoczony zachowaniem żony.

– Proszę jej wybaczyć, Panienko Elajlo. Po tym wszystkim, co przeszliśmy, jest bardzo nieufna.

– Nie o to chodzi Olneku! – zaprzeczyła poirytowana Askar – Widziałam, co zrobiła temu strażnikowi: to nie wypadek, tylko czary!

– Jeszcze raz przepraszam panno Elajlo. Ja naprawdę nie wiem, co w nią wstąpiło. – Tłumaczył się kupiec zażenowany wrogością żony. – Askar nie bądź niegrzeczna! Panienka chce pomóc: za darmo… – zaakcentował i skarcił żonę silnym uściskiem.

– Nie uciszaj mnie! – wyrwała mu rękę. – Wiem, co widziałam! Ona… – wskazała palcem na Arkanistkę – …szeptała do siebie, a jej oczy… kipiały niebieską mgłą; powietrze zawirowało i skręciło się razem z nogą strażnika: to były czary!

– Wiem Pani, że nie masz złych intencji – Askar zwróciła się bezpośrednio do czarodziejki. – Ale twoja aura może wpłynąć na nasze dziecko. Nie chcę tego piętna na nim. Chcę, aby było tak jak wszystkie inne dzieci.

Lejla z jednej strony czuła głęboką irytację z powodu bredni, jakie wygaduje mieszczanka, z drugiej jednak rozumiała obawy troskliwej matki – nawet bezpodstawne. W końcu nadal nie odkryto, co musi zajść, ażeby dziecko urodziło się czarodziejem, ale jedno było pewne: nie jest to dziedziczne, a tym bardziej nie da się tym darem zarazić.

Niestety powszechna nietolerancja nie sprzyjała wychowaniu młodego maga, więc każdą plotkę ludzie traktowali bardzo, ale to bardzo poważnie.

– Pani czy to prawda? – spytał skonfundowany kupiec.

– Tak, to prawda Olneku – potwierdziła Lejla.

– Dziękuję, zatem za twoją pomoc – wykonał krok wstecz – dalej poradzimy sobie sami. Oznajmił oschle mężczyzna. Lejla tylko wzruszyła ramionami. Cóż mogła począć wobec rodziców, którzy są gotowi zaryzykować życie nienarodzonego dziecka, byleby nie było ono czarodziejem.

– Szkoda, że serce nie pozwala przejść obojętnie – skomentowała, patrząc jak odchodzą i żwawo ruszyła w stronę targu. Przez tę całą sytuację straciła poczucie czasu i musiała przyspieszyć, bo Selekta gotowa zrobić jej kazanie o rygorze i dyscyplinie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • krajew34 5 miesięcy temu
    Taki strażnik w mieście handlowym powinien zostać wychłostany. Ktoś, kto nie potrafi poskromić własnych poglądów nie nadaje się do służby publicznej.
  • MKP 5 miesięcy temu
    Niestety ludzie często się tak zachowują jak dostaną choć trochę władzy nad innymi
  • krajew34 5 miesięcy temu
    MKP takich ludzi trzeba szybko weryfikować, albo sprowadzić na ziemie. Niestety niemalże w każdej rzeczywistości jest to bardzo trudne, albo nie zauważy się w ogromie ludzi, albo przeoczy. Jak tylko ogniwo zacznie rdzewieć wtedy cały łańcuch spadnie. Tak bardzo pragniemy władzy, rządzenia, jednakże to nie tylko wielka odpowiedzialność, co nie wszyscy to zauważają, ale też suma zmiennych i wieczne balansowanie na linie. W teorii to łatwizna, w praktyce było porażką wielu wielkich ludzi.
  • MKP 5 miesięcy temu
    krajew34
    Ano właśnie
    Władza uderza, a jak ktoś ma nieprzepracowany problemy z samym sobą, władza da mu więcej możliwości na wywalenie emocjonalnej żółci na innych.
    Weźmy takiego sfrustrowanego dyra, który pomiata ludźmi bo ma władzę nad tym czy pracują czy nie, czy spłacą kredyt, czy nie...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania