Pokaż listęUkryj listę

Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz 5

PIERWSZY KONTAKT Z RZECZYWISTOŚCIĄ

 

Pierwszy dzień podróży do Telmonton dobiegał końca. Słoneczny półokrąg zalewał przestrzeń leniwą czerwienią, a idealną krzywiznę horyzontu zakłócały jedynie korony wiekowych drzew, mącące urok zachodu swoim postrzępionym kształtem.

Nawet za dnia przejście przez gęsty, pierwotny las Sunden nie było beztroską przejażdżką po polach – nie wspominając o przekroczeniu jego granicy po zmroku. Konieczny był postój, aby konie mogły się zregenerować, a podróżnicy wyspać.

Większość trasy wiodła wzdłuż szlaku kupieckiego, pomiędzy rozległymi sadami prowincji Dallon; kilkugodzinna jazda konną wśród identycznych, karłowatych drzewek i krzewów, była raczej monotonna, więc Lejla oddała się lekturze, a znudzona Selekta zrównała tempo swojego konia, z kłusem karej klaczy czarodziejki.

– Co jest takiego fascynującego w tym zwoju, że gapisz się na niego całą drogę? – spytała łypiąc okiem na treść wspominanego dokumentu. Pismo uwiecznione na pergaminie miało kształt łukowatych kresek postemplowanych drobnymi piktogramami.

– Niedawno udało mi się zakupić pewien tekst w języku starszych; takie artefakty to prawdziwa rzadkość w obecnych czasach –wyjaśniła Arkanistka przesuwając palcem po rzędach dziwnych symboli. – Od dłuższego czasu próbuję przetłumaczyć jego zawartość, a nie należy to do najłatwiejszych zadań – zatrzymała palec na zatartym fragmencie papirusu, by przyjrzeć mu się nieco dłużej.

– Każde plemię posługuję się własnym dialektem wspólnej mowy. Akurat ten zwój pochodzi z doliny Artem.

– Czyli starsi z Ariendich – odparła Selekta, szczerząc zęby i dumnie wypinając pierś. – Świątynia zapłaciłaby sporą kwotę za ten świstek papieru… o ile oczywiście nie jest kradziony – dodała pozorując podejrzliwą minę.

Kult Imaltis zwany świątynią światła, uznawał starszych Ariendi, za pierwsze dzieci bogini matki. Zapewne, dlatego też Safonka znała tę nazwę. Nawet najdrobniejsze artefakty pochodzące z ich ziem były warte majątek.

– Kupiłam go od zwykłego kupca, a nie bandyty! – Żachnęła się Lejla – Wyglądał przyzwoicie – uśmiechnęła się zalotnie, a blade policzki przyozdobił rumieniec.

– Ale nic z tego… – zwinęła pergamin i schowała do niewielkiej tuby. – Tekst nie jest wiele wart, a przynajmniej nie dla czarodzieja. To długi list do kobiety, która ponad sto lat odrzuca zaloty kochanka.

– O matko Imaltis, zlituj się! Sto Lat! Jakbym miała tak długo czytać te miłosne brednie to bym sama ukatrupiła nieszczęśnika. Po co ma się męczyć hę – parskała charakterystycznie.

– No tak, romantyzm to masz we krwi – skwitowała Lejla kręcąc głową bezradnie. Po chwili chwyciła Selektę za rękę.

– Zobacz! Widać już granicę lasu. Niedaleko stąd jest karczma. Zatrzymajmy się tam a noc.

– Nie mogło być lepiej! – Safonka przyklasnęła z radości i odwróciła do reszty rycerzy jadących tuż za nimi.

– Niedługo postój Panowie! Pierwsza kolejka na mój koszt! Nie przyjmuję odmowy! – wykrzyczała i pocwałowała w stronę tawerny.

Na dźwięk tych słów rycerze poczuli się lekko zmieszani: każdy miał chęć na kilka kufli dobrego piwa, ale Selekta słynęła z dość brutalnych wybuchów gniewu po alkoholu. Niejeden jej kompan oberwał bez większego powodu, a nie chcąc oddać kobiecie… No cóż, obrywał drugi raz. Po chwili jednak zmęczenie wzięło górę i każdy uśmiechnął się w duchu na myśl o odpoczynku i zimnym trunku.

Niestety po dotarciu na miejsce okazało się, iż sytuacja nie sprzyja wypoczynkowi. Gospodę na skraju kniei, wypełniali uchodźcy z Walon, którzy okupowali każdy skrawek ziemi, a teren wokoło ogrodzili mizernym ostrokołem. Zapewne jedynie on dawał im namiastkę bezpieczeństwa, choć był tak rzadki, że nawet spory niedźwiedź znalazłby przesmyk dla siebie.

Ten widok uderzający beznadzieją, był pierwszym zderzeniem podróżników z rzeczywistością skażoną przez zarazę: mnóstwo rachitycznych dzieci trzymało się blisko swoich osuszonych z życia matek, mężczyźni skrupulatnie zliczali resztki dobytku, a starcy i chorzy, w ciszy żegnali się z życiem.

Czarodziejka stanęła przy jednym z palenisk.

Młoda kobieta odziana w poszarpane, brudne szaty, tuliła swoje niepokojąco ciche niemowlę wpatrując się pustym wzrokiem w tańczące płomienie. Wiedziała, ale nie chciała być pewna, nie patrzyła pod milczący kocyk. Lejla zrobiła krok w jej stronę.

– Chodź mała – szturchnęła ją Selekta, budząc Arkanistkę z depresyjnego transu. – Zobaczymy czy coś tu jeszcze zostało do jedzenia… no i picia –Lejla skinęła głową i podążyła za przyjaciółką.

Podczas, gdy rycerze uwiązywali konie nieopodal wejścia, obie kobiety przekroczyły próg drewnianej gospody udając wprost do kontuaru, gdzie rosły mężczyzna, święcący krągłą łysiną, w pośpiechu zmywał naczynia.

– Karczmarzu! Ejże! Podejdź tu i nalej nam kolejkę – szynkarz zaskoczony grubiańskim zachowaniem młodej kobiety, podszedł z dwoma wypełnionymi kuflami – wojowniczka wypiła pół swojego piwa jednym haustem, podczas gdy Lejla ledwie zmoczyła usta.

– Aghh!! – Selekta rąbnęła kuflem o blat. – Podróżujemy z rozkazu Cesarza – oznajmiła i wyłożyła dłoń na stół. Po zewnętrznej stronie rękawicy, przymocowano cesarski żelazny glejt, z którego mosiężny pasiasty niedźwiedź wraz ze swym jeźdźcem, spoglądali groźnie na umęczoną twarz oberżysty.

– Musimy spędzić tu noc – kontynuowała pewna swego

– Pani, czy nie widzisz, co tutaj się dzieje? Brakuję miejsca nawet na podłodze. Ci, którzy zdecydowali się pokonać las w drodze z Telmonton zostali obrabowani i wyszli z niego nie mając niczego a ci, co z stamtąd jadą i tak niczego nie mają.

– Nie bądź bezczelny! – warknęła trybada, gotowa obić nieszczęśnika, gdy w ostatniej chwili za ramię złapała ją Arkanistka.

– Spokojnie, nie buchaj tu zmyślonym testosteronem. Nie przyszliśmy na bójkę – zrugała ją dosadnie, tak jak tylko ona mogła nie tracąc przy tym kilku trzonowców.

– Phy… – prychnęła Safonka i zatopiła złość w resztce piwa.

– Opowiedz proszę, co tu się dzieje dobry człowieku – poprosiła Lejla, a gospodarz odetchnął z ulgą.

– Kilka tygodni temu podróżni zaczęli opowiadać o bandzie złodziei obozujących w lesie; Ponoć napadają zarówno na kupców jak i uchodźców, a i wojskowych też nie oszczędzają.

– To niedopuszczalne! – oburzyła się Lejla. – Czy miejscowa gwardia wie o tej sytuacji!?

– Niedawno przysłano dziesięciu zbrojnych. Żaden z nich do tej pory nie wrócił – odpowiedział karczmarz, wycierając kufel za kuflem. – Ci, którzy tu docierają ze stolicy, nocują a następnego dnia wybierają drogę przez przełęcz na północy. Tak jest już niemal od miesiąca. Nikt tu nie wraca a ja nie mam serca przegonić tych nieszczęśników z północy. Pewnie jak skończy się strawa to sami sobie pójdą… a ja razem z nimi.

– Selekto pozwól na moment. – Czarodziejka złapała Safonkę za skórzaną kamizelkę i odciągając do kufla, wyszeptała coś do ucha. Trybada skinęła głową aprobując to, co słyszy i zwróciła się do szynkarza:

– Rozbijemy obóz razem z innymi – oznajmiła niechętnie. – Zostało ci cos do Jedzenia?

– Nic wykwintnego, ale powinno dla wszystkich wystarczyć.

– No, więc dziś śpimy na ziemi i jemy resztki! – Skomentowała Selekta z emfazą. – Cudnie! Tego mi było trzeba po dobie w siodle ech… No cóż łoże czy stodoła, nie można łapać doła, he.

– Pani ten las to nie są żarty – wtrącił się barman; wyglądał na mocno przejętego.

– Człowieku! Doceniam twoje intencję, ale chyba nie wiesz, z kim gadasz!? – wypaliła mu Selekta, już nieco podchmielona. – Kilku rzezimieszków, nie jest dla mnie wyzwaniem, a na dodatek jest ze mną czar….. – Lejla wypluła piwo i szybko zasłoniła jej usta, zanim ta skończyła zdanie.

– Czarująca księżniczka, która wywabi opryszków z ukrycia! Wohoho! Ależ ty zabawna… – dokończyła jej wypowiedź śmiejąc się nerwowo. – Chodź już moja droga, trzeba rozbić obóz – chwyciła Safonkę pod ramię i pośpiesznie, niemalże, wypchnęła ją za drzwi.

– Co cię opętało, mała?!

– Czyś ty zwariowała!? Nie wspominaj tu o magii! – wygarnęła jej Lejla. Gniew rozjaśnił jej oczy błękitną łuną, ale musiała szeptać chcąc zachować dyskrecję.

– Pamiętasz, kogo ci przybysze obwiniają za swoje nieszczęścia! Chcesz, żeby w nocy ktoś nam gardła popodrzynał! – Wściekła Lejla bombardowała ją pytaniami przesyconymi pretensją, podczas gdy Selekta tylko mruczała coś pod nosem. Robiła tak zawsze, kiedy wstydziła się za swoje zachowanie, ale duma zakazywała przeprosin.

– Tego nie mów, tego nie rób! – psioczyła korzystając z przerwy w kazaniu. – Gorzej jak w klasztorze! Chodźmy już rozbić ten przeklęty obóz.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • słone paluszki 2 miesiące temu
    Wrzucanie dwóch części jednocześnie nie jest dobrym pomysłem.
  • MKP 2 miesiące temu
    Ok
    Dopiero się uczę funkcjonować na portalu:)
  • krajew34 2 miesiące temu
    Słoneczny półokrąg zalewał przestrzeń leniwą czerwienią, a idealną krzywiznę horyzontu zakłócały jedynie korony wiekowych drzew, mącące urok zachodu swoim postrzępionym kształtem - tu przykład przesadzonego tylko według mnie opisu. Ale ja prosty chłop jestem, więc traktuj to z przymrużeniem oka. Nie wiem, czy to rezultat pominietego w kilku miejscach drugiego rozdziału, ale za cholere nie wiem, co to za bohaterowie... choć równie dobrze może to być spowodowane winą z mojej strony. Nie wiem , czy dobrze pamietam, ale czyności niezwiazanne z mówieniem w dialogu, a raczej w narracji z dużej, ale ręki sobie nie dam uciąć i żaden zemnie znawca w tym temacie.
  • MKP 2 miesiące temu
    Calość rozpoczyna się od kilku wątków, z różnymi postaciami, które potem się zbiegają:)

    Z opisem to faktycznie odleciałem haha

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania