Pokaż listęUkryj listę

Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz 18

WYROCZNIA

 

Ornis wylądował w progu domu swojej siostry. Poród przewidywano nie wcześniej jak za miesiąc, dlatego informacja o narodzinach, nieco go zaskoczyła i zaniepokoiła zarazem. Uczucie to spotęgowała martwa cisza panująca wewnątrz mieszkania Maew. Czemu nikt się nie raduje, pomyślał i przyśpieszył kroku w stronę sypialni. W końcu usłyszał oczekiwany dźwięk: cichutki płacz dziecka w oddali.

– Uff… – westchnął z ulgą i wykreślił na czole znak słońca.

Wewnątrz obszernego pokoju, na rozległym łożu, podparta o poduchy, siedziała szczupła Arianka. Maew trzymała zawiniątko na rękach, kołysząc je czule. Posklejane igłowate pierza na jej policzkach wytyczały ścieżki niedawno wylanych łez. Tuż obok stał jej mąż, Anak. Nie wydawał z siebie żadnego dźwięk; jedyną oznaką przytomności, jaką przejawiał, był drgający nerwowo podbródek i zaciśnięte pięści. Oboje małżonków miało tak posępne miny, iż cała sytuacja bardziej przypominała pogrzeb niż narodziny. Całe szczęcie dziecko nadal cicho zawodziło.

Ornis wyczuwał, że coś wisi w powietrzu i gęstnieje by runąć na niego z impetem. Dopadł do szwagra.

– Przyleciałem tak szybko jak tylko mogłem. Dlaczego milczysz Anaku? Co tu się dzieje? Coś się stało dziecku?

– To coś nie jest moim synem! – warknął pogardliwie Anak.

– Nie pleć głupot! Rozum ci odjęło! Maew, co mu się stało!?

– Ćśśśśś… dopiero zasnął. Nie krzycz tylko zobacz – arianka uchyliła kocyk odsłaniając główkę noworodka.

– Matko Imaltis! Miej nas w swojej opiece! – Ornis odskoczył od lóżka. Niemowlę zaczęło płakać.

– Ci… Malutki, cichutko… Nie ma się, czego bać. Wujek jest po prostu zaskoczony, tyle – Ćśś.. – Maew zaczęła delikatnie kołysać noworodkiem i po chwili zawodzenie ustało. Anak wybiegł na balkon i odleciał, przewracając pobliskie donice.

– Anaku, gdzie ty…

– Niech idzie – Maew przerwała Prefektowi. – Musi to przetrawić.

– Przetrawić! Mówisz to tak jakby on… – wskazał na noworodka. – Jakby był kulawy, albo nie w pełni opierzony, a przecież on…

– Wiem, widzę bracie. Też mnie to martwi, ale to nadal mój syn – upomniała Ornisa łagodnym, ale stanowczym tonem.

– Nikt nie może się o tym dowiedzieć! Słyszysz! Absolutnie nikt! Prefekt zaczął nerwowo chodzić po pokoju mówiąc naprzemiennie sam do siebie i do bliżej nieokreślonego bytu w ścianie.

– Całe szczęście mamy nowego Sehel. To efekt jego długiej nieobecności – złapał się obiema rękoma za głowę – Tak! To musi być to.

– Bracie, może poproś Atmę o pomoc? – spytała półszeptem Maew przerywając paniczny monolog Ornisa – Ona będzie wiedziała, co robić.

– Nie Siostro – zaprzeczył stanowczo. – Ona zmaga się z własnymi demonami, zresztą jutro opuszcza miasto.

– Atma odchodzi z Sefalos? Muszę się z nią pożegnać… – osunęła nogi z krawędzi łóżka. Prefekt dostąpił do niej z prędkością błyskawicy.

– Nie pokazuj się publicznie do czasu, aż znajdę przyczynę tego stanu rzeczy! – nakazał a Maew, dostrzegłszy, prawdziwie przerażenie w jego oczach, odpuściła i wróciła na pościel.

– Polecę do Astrolabium, a ty zostań w domu, Maew. Znajdziemy rozwiązanie, obiecuję – uściskał ją i wybiegł na zewnątrz.

Nadal cały dygotał, o czym świadczyły drgające skrzydła. Zatrzasnął za sobą drzwi i złapał kilka wdechów prosząc emocje o chwilę przerwy. Wysłuchały.

Naprężył mięśnie na grzbiecie, rozruszał zesztywniałe lotki i wzbił się w powietrze. Musiał poznać odpowiedź i musiał to zrobić szybko, a w całym Artem nie było do tego lepszego miejsca niż Astrolabium: potężny starożytny artefakt, dzieło inżynierii i magii jednocześnie; zegar dziejów wybudowany na początku istnienia, który pełnił rolę przewodnika dla Ariendi po odejściu Imaltis do Astry.

Tak, dokładnie tam muszę się udać, pomyślał i smagnął powietrze potężnymi skrzydłami.

Wejście do groty przysłaniał wodospad. Obyczaj nakazywał obmyć twarz w lodowatym strumieniu na znak oczyszczenia. To też uczynił. Zimno otrzeźwiło mu umysł na tyle by mógł spokojnie wkroczyć do groty.

– Witaj prefekcie – oczekująca go orędowniczka otarła mu twarz przygotowanym ręcznikiem. Miała na sobie tradycyjne szaty Pretendentki: smukłą togę przeplataną złotym i czarnym haftem. – Widząca czeka na ciebie – dodała. Nie był zdziwiony. Widząca Hewlaska umiała czytać pokrętne szepty matki z chirurgiczną precyzją.

Razem wkroczyli do obszernej jaskini. Na sklepieniu pieczary widniały poskręcane, starożytne glify, na których czas odbił swoje piętno w postaci erozyjnych ubytków. Symbolizowały przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, zataczającą idealny okrąg.

W centrum groty, przy piedestale, modliła się skrzydlata postać, której wygląd znacząco odbiegał od wizerunku reszty starszych Ariendi: czarne krucze skrzydła pokryte licznymi tatuażami w kształcie oczu, rzucały nieprzenikniony cień na wilgotną posadzkę. Stała tyłem, ubrana w czarne postrzępione szaty. Doskonale zdawała sobie sprawę z obecności rządcy Sefalos.

– Dawno cię tu nie było Prefekcie. – Jej głos charczał nieprzyjemnie jak głos staruszki, która przez całe życie nie stroniła od palonych używek.

– Jako widząca już na pewno wiesz, co mnie tu sprowadza. Ornis podszedł bliżej i oddał pokłon – Witaj Hewlasko.

– W rzeczy samej; w wizjach widziałam już twojego siostrzeńca…

– Możesz mi, zatem powiedzieć, co to oznacza!? – Pomimo starań,

nie potrafił zapanować nad emocjami. Widząca mlasnęła kilkukrotnie.

– Wszystko w swoim czasie. Podejdź proszę – wystawiła kościstą rękę z długimi pazurami osadzonymi na koniuszkach długich palców. Gdy Ornis zbliżył się jeszcze bardziej, Hewlaska obróciła się w jego stronę.

Nie był to przyjemny widok.

Stara pomarszczona twarz z zarośniętymi skórą oczodołami i zwisającym podbródkiem. Stała niczym senna mara zmaterializowana na jawie.

– Tak jak pytanie poprzedza odpowiedź, tak widzenie poprzedza ofiara. Podaj mi dłoń – Ornis wykonał polecenie, a wieszczka zrobiła w jego skórze, płytkie nacięcie pazurem.

– Pytaj – wskazała piedestał.

Nie musiała, prefekt doskonale wiedział, co ma robić. Nie był to pierwszy raz, kiedy korzysta z astrolabium.

Przycisnął ranę do niewielkiego pulpitu. Po kamiennym cokole spłynęła mała strużka krwi. Gdy dotarła do fasady, za ścianami groty rozległ się trzask poruszających się trybów i dźwigni. Artefakt zareagował na ofiarę. Symbole na sklepieniu zaczęły się obracać i mieszać w nieskoordynowany sposób. Jeden po drugim piktogramy zmieniały kształt i podświetlały, gasząc naprzemiennie. Z tego chaosu powoli wyłaniał się napis, a raczej szyfr, bowiem nikt oprócz widzącej nie znał jego znaczenia.

W końcu ruch ustał, a kopułę zwieńczyła przepowiednia.

– Mów Hewlasko. Co odpowiedziała matka? – spytał zniecierpliwiony Ornis.

Starsza Arianka rozłożyła swoje czarne jak noc skrzydła, które pochłaniały szczątkowe światło ze sklepienia. Uniosła ręce. Przypominała samą śmierć proszącą o wybaczenie, za to że w ogóle istnieje.

– Imaltis stworzycielko świata! Matko wszystkich żywych i opiekunko martwych! Bądź nam drogowskazem! – Runy ze sklepienia odbiły się wzmożonym blaskiem na wodzie, a wnętrze groty wypełniło echo nieznanego głosu. Ornis nie był w stanie zrozumieć słów, ale widząca słuchała uważnie. Po kilku minutach światła zgasły, a głosy umilkły. Hewlaska opuściła ramiona i zwróciła się do mężczyzny.

– Nie mam dobrych wieści Prefekcie – oznajmiła. – Zbliża się czas, kiedy los nieśmiertelnych zawiśnie na włosku; Ojciec wije się w swych okowach, a w jego wzburzonej duszy, tli się nadzieja na wolność.

– Niemożliwe! – wtrącił Ornis.

– Moc pieczęci osłabła, czego sam byłeś świadkiem. Jego dzieci szykują się na powrót na powierzchnię.

– Czy Imaltis nie wspominała jak można to powstrzymać?

– Matka wyjawiła, iż nasze życie tkwi w rękach powierników pieczęci. To od ich woli zależy jak silne są łańcuchy Ultisa. Pierwszy raz od stworzenia Sehel, cała piątka jest tak młoda. Minie trochę czasu nim nauczą się trzymać Ojca w ryzach.

– Teraz już wiem, co muszę zrobić. Dziękuję – Ornis przyklęknął i ucałował jej odpychające, kostropate dłonie. – Nie mów nikomu o przepowiedni, proszę. Nie chcę wzbudzać paniki. Niebiosom, dzięki że Sehel się odnalazł! – powstał i zawrócił w stronę wyjścia z groty.

– Ekhm…. – chrząknęła głośno wyrocznia.

– A prawda, byłbym zapominał. Przyślę kogoś z całą skrzynką twojego ulubionego wina.

– Dziękuję. W moim wieku i z takim wyglądem pozostaje już niewiele uciech – westchnęła Hewlaska, odwróciła się, wzniosła ręce i rozpostarła skrzydła rozpoczynając modły. Z cienia, wszystkiemu przysłuchiwała się Sylfia, młoda orędowniczka, która przywitała prefekta przy wejściu.

– Odleciał? – spytała jej Hewlaska, w przerwie pomiędzy świątobliwym zawodzeniem.

– Tak – potwierdziła Sylfia.

– To dobrze, bo już mnie wszystko swędzi – Widząca opuściła skrzydła i zaczęła drapać ciało z opętańczym zawzięciem.

– O niebo lepiej…! – odetchnęła z ulgą.

– Nie wiem, po co ta cała maskarada Hewlasko? – skomentowała pretendentka Sylfia.

Widząca uśmiechnęła się paskudnie i wpadła drgawki. Czarne pióra i skóra, zaczęły opadać jak jesienne liście. Poczynając od głowy jej ciało zmieniało kształt: zniknęły starcze zwisy i bruzdy, namalowane oczy zbielały podobnie jak reszta skrzydeł. Z oszpeconej starej wiedźmy przeistoczyła się w dojrzałą Ariankę, której figury nie powstydziła się nawet młoda podfruwajka.

– Gdyby nie to… – podjęła wieszczka w nowej formie – …to, co dzień, pod wodospadem, miałabym tłum interesantów, a tak – przyłażą jak już naprawdę muszą. – Głos widzącej również przeszedł w bardziej gładki i przyjemniejszy dla ucha. Uniosła togę by jej nie zamoczyć i ruszyła w stronę Sylfi jak gdyby nigdy nic się nie stało.

– Kiedyś wypiłam za dużo wina – kontynuowała. – I zapominałam się przemienić przed jednym takim, co porady miłosnej szukał. Uznał to za znak od Imaltis i sto lat tu przyłaził, listy pisał, jęczał pod wodospadem. Za stara już jestem na takie miłosne brednie. Jedyny z tego pożytek, że sprzedawałam jego zwoje na targu w Girzel: ludzie są w stanie zapłacić kolosalne sumy za cokolwiek z Artem.

– Gdyby Prefekt wiedział, że się wymykasz poza bramę, to by cię zamknął w tej grocie pod kluczem – umoralniała ją pretendentka Sylfioran.

– Niech mnie pocałuje tam gdzie pióra nie rosną, ot co! – O matko muszę się napić – Hewlaska złapała się za głowę, a Sylfia okryła ją płaszczem.

– Dlaczego nie powiedziałaś mu całej treści przepowiedni?

– Nie potrzeba nam teraz paniki… Atma wyrusza jutro do Watenfel. Bądź tak łaskawa i poproś ją do mnie: matka wyznaczyła jej zadanie najwyższej wagi.

– Dobrze – Sylfia oddała pokłon i odeszła.

– Aaa, i jeszcze jedno! – Hewlaska zatrzymała ją tuż przed wyjściem z groty – Powiedz temu uroczemu strażnikowi przy świątyni, żeby odwiedził moją komnatę, jak zwykle, tuż po północy. Imaltis nie lubi jak jej kapłanki zarastają pajęczyną hi, hi, hi ¬– zaśmiała się perliście.

– Na światło matki… – westchnęła Sylfia uderzając się w czoło z zażenowania. – Czy ja też będę taka, jak zostanę widzącą? – spytała samej siebie i wzdrygnęła odpędzając kształtującą się wizje przyszłości.

– Raz, raz! – wieszczka przyklasnęła rozochocona. – Trzeba wypełniać wolę matki.

Gdy Sylfioran zniknęła za wodospadem, Hewlaska wzięła pochodnię i pokonała kilka metrów w głąb groty. Zatrzymała się na końcu wąskiego korytarza przy niewielkiej izbie, lekko oświetlonej solasami. Samo pomieszczenie widząca zwykła nazywać „Pokojem Kontemplacji”, to tu rozmyślała nad słowami przepowiedni, które nie raz bywały bardzo zawiłe.

– Winiarnia! W końcu! Tęskniłam za tobą… – przyklasnęła ucieszona, potarła ręce i przysiadła, napełniając kieliszek swoim ulubionym „Nektarem z Planfert”.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • krajew34 2 miesiące temu
    Powoli coś zaczynam rozumieć, ale nadal umysł odmawia działania.
  • MKP 2 miesiące temu
    Służę wsparciem :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania