Pokaż listęUkryj listę

Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 42

Skąd? Jak? Dlaczego?

 

Późnym wieczorem, kiedy ostatnie promienie słońca uciekły już za horyzont, miasto-świątynia Girzel powoli traciło swój majestat. Splendor złoconych iglic ustępował miejsca mistycznej otoczce splecionej z sakralnych obrzędów, woni kadzideł i ochronnych modlitw szeptach na rytualne pożegnanie dnia. Nic w tym dziwnego, nie tu; nie w miejscu, gdzie światło postrzegano jako manifestację najwyższego bóstwa, symbol nadziei płynącej ze stworzenia. W takim miejscu mrok nocy to napastnik, cichy skrytobójca, który czyha za każdym węgłem, żeby rzucić się na ofiarę i odrzeć ze świętości.

Gdyby tak wznieść się ponad zabudowę i z lotu ptaka spojrzeć na ciasno upakowane mieszczańskie domy dzielnic pozaświątynnych, to miasto przypominałyby kamienne ciasto posypane kruszonką z gontów: pokrojone, ale pozostawione w formie.

Wąskie uliczki prowadziły własny nocny żywot i tylko główny brukowany szlak, który rozcinał Girzel na dwa identyczne skrzydła, mienił się ciężkim magicznym blaskiem solasowych lamp wymieszanym z lekkimi, płochymi płomieniami oliwnych zniczy w rękach pielgrzymów. Brukowany trakt sam w sobie był świątynią, drogą do oczyszczenia, znakiem pielgrzymki wiodącym od głównej bramy miejskiej aż do świętych wrót wysoko w górach – a na upartego można by rzec, że zaczynał się już w Oruun.

Selekta uznała, iż z małym chłopcem powinna trzymać się najbezpieczniejszej drogi tak długo, jak to możliwe i tylko pod koniec trasy skręcić we wskazane przez chłopca miejsce. Miała chęć wypytać młodego o przyczyny pobytu w Girzel – w końcu Atma miała go zabrać do bastionu Starszych – ale zbyt dużo nieznajomych i ciekawskich uszu wokół stłamsiło jej zapędy.

Po dość żmudnym przeciskaniu się pomiędzy pielgrzymami, Eliot wskazał odnogę obok kramu z dewocjonaliami. W końcu mogli zboczyć z deptaka i skręcić w jedną z bocznych uliczek stanowiących odgałęzienie traktu. W Girzel wszystko zdawało się architektonicznie przemyślane – wszytko prócz obrzeżnej dzielnicy poza murem; tam kwitła samowolka, bo miasto formalnie nie przyznawało się do tej narośli z biedoty i niezbawionych pielgrzymów.

Selekta przystanęła na chwilę. Tutaj mogli złapać oddech i porozmawiać swobodnie. Jeszcze raz omiotła wzrokiem okolicę. Coś ruszyło się za beczkami. Safonka przesunęła malca za plecy i kopnęła w pękatą baryłę. Spłoszony pies czmychnął w ciemność z cichym piskiem.

– Dobra, dosyć paranoi. – Przykucnęła naprzeciw malca. – Jak długo jesteście w Girzel?

– Kilka tygodni, pani Selekto, nie wiem dokładnie. – Eliot wzruszył ramionami.

– A dotarliście do Sefalos?

– Tak! – ożywił się widocznie. – Poznałem ciotkę Hewlaskę, ciotkę Sylfię i takiego wysokiego skrzydlatego pana… Ale straszny gbur był z niego.

– Myślę, że ciotka Atma będzie miała więcej do powiedzenia.

Selekta poczochrała Eliota po włosach, złapała za rączkę i razem skręcili w nieco szerszą alejkę wiodącą do wskazanego przez Eliota domu. Głęboka, nocna cisza, tak typowa dla peryferii miasta, niosła pogłos nerwowej rozmowy, która zakrawała na awanturę.

– Mówię po raz ostatni: nie wiem, gdzie jest mój bratanek!

– Jeśli pani go ukrywa, to poniesie pani konsekwencje. Rodziny przeklętych dzieci muszą zostać przeniesione do Zaułka.

– Przeklętych! Czy ty, człowieku, sam siebie słyszysz! – Atma w iluzji korpulentnej kobiety podeszła do zalęknionego kapłana Imaltis. Orędownik Matki przyszedł pod kamienicę w towarzystwie strażnika oraz dwóch chłopców. To oni wskazali dom Eliota i teraz stali z minami zbitych psów. – Eliot to normalne dziecko, które w dodatku zaginęło i od kilku godzin samo błąka się po mieście, a pan, dziesiętniku Sander – rzuciła w stronę Girzelskiego gwardzisty, podkreślając oburzenie palcem wycelowanym w rozcięcie w hełmie – pan powinien szukać mojego chłopca, a nie sprowadzać fanatyków pod dom samotnej kobiety.

– Pani Ataro, ci chłopcy twierdzą…

– Ci chłopcy mają smarki pod nosem i bujną wyobraźnię! Nie będę tego dłużej wysłuchiwała! Jeżeli straż miejska nie chce zająć się szukaniem mojego siostrzeńca, to sama go poszukam. A panu, kapłanie, panu życzę długiej nocy! – syknęła i obróciła się w stronę wejścia do smukłej kamienicy.

Życzenie kapłanowi Matki Światła długiej nocy było jedną z tych bardziej wyrafinowanych obelg, których zastosowanie można porównać do dobrze wbitego ceremonialnego krisu. Atma domyśliła się, że Eliot użył mocy lub wypuścił Arię, więc przyjęła najlepszą strategię obronną: atak – w dodatku wymieszany z udawaniem ofiary. Wszystko po to, żeby odwrócić bieg rozmowy na własną korzyść.

Kapłan pokraśniał i rozdziawił usta – po części z oburzenia, a po części ze zdziwienia – i był gotów walczyć o swoje, ale…

– Ciociu! – krzyknął Eliot i wystrzelił w stronę obejścia kamieniczki jak bełt z solasowym grotem.

– Na litościwą Imaltis… – Atma wykreśliła znak słońca na czole. – Eliot! – Chłopiec wpadł jej w ramiona i utonął w troskliwym uścisku. – Nigdy mi tego nie rób, dziecko. Już i tak za dużo przeze mnie wycierpiałeś.

– W niezłą kabałę się urwis wplątał – skomentowała Selekta, obrzuciwszy srogim spojrzeniem grupkę za plecami Atmy.

– Mistrzyni Selekta? – Po tęczówkach starszej kobiety przebiegły poblaski złota.

– At…?

– … tak, to ja, Atara – przerwała jej Starsza i weszła w światło pobliskiej latarni. Po przejściach ze świątynią w Watenfel, brutalnym przesłuchaniu okraszonym wyimaginowanymi oskarżeniami i ciemnym karcerem na deser, bes-Atani wolała nie używać prawdziwego imienia, a tym bardziej postaci, przy czym ludzka forma musiała zostać nieco… zmodyfikowana. – Mistrzyni, miło spotkać znajomą twarz w tym – obróciła się do strażnika – WROGIM mieście.

– Pani Ataro – wychrypiał bramogłowy gwardzista. – Świątynia ma prawo sprawdzić każdy trop i każdego podejrzanego o używanie magii. To dekret burmistrza.

– Mam większe uprawnienia – rzuciła Selekta i pokazała karwasz z cesarskim glejtem.

Girzelski strażnik oświetlił symbol trzymaną latarnią, obrzucił Safonkę podejrzliwym spojrzeniem i pocmokał kilkukrotnie zza barbuty.

– Glejt prawdziwy – oświadczył i nawrócił do kapłana. – Nic tu nie poradzę, ojczulku… Wyższa instancja – wzruszył ramionami.

Kapłan obruszył się, przeklął i rozsierdzony poczłapał w stronę świątynnej drogi. Niedoszli koledzy Eliota podarowali mu kilka badawczych spojrzeń i dali susa do ciemnej uliczki. Strażnik zaś pokłonił się czołobitnie i ruszył do posterunku, gdzie czekały kości i młode wino.

– Dziękuję, lady Weil; odkąd do miasta przybył ten oruński hierarcha, sytuacja robi się coraz bardziej napięta. Ale o tym w środku… Wejdź, proszę. – Zaprosiła Safonkę do środka. – Zaparzę herbaty; te późnojesienne wieczory potrafią wyziębić człowiek na ogryzek.

Eliot złapał Selektę za rękę i wprowadził do domu, a Atma omiotła jeszcze wzrokiem ciemność przyczajoną przed gankiem i zatrzasnęła drzwi.

 

***

 

Wnętrze kamieniczki było skromne, ale schludne. Lampy oliwne rozwieszone w dwóch izbach nadawały pomieszczeniu ciepły charakter, a masa przypraw i suszonych ziół przesycała powietrze feerią cudnych zapachów.

Selekta spoczęła na zydlu przy stole ze sfatygowanych desek i zerknęła w mały kąt, gdzie rozstawiono sporo słoików opisanych inicjałami, pełnymi imionami lub – jak się domyślała – nazwami specyfików.

Atma rozstawiła dwa kubki na tacy i uzupełniła paterę o talerz z nieco podeschłym ciastem oraz imbryk ciepłej herbaty. Z całością ruszyła do stołu, ale skupienie Selekty na prywatnym laboratorium alchemicznym nie uszło uwadze Starszej.

– Z tego nas utrzymuję – uprzedziła pytanie, które kołatało się na ustach Safonki. – Ciężko tu o składniki, ale nawet to, co uda mi się zdobyć, wystarcza na wiele prostych mikstur, o których ludzie już zapomieli.

– Już zapomnieli?

– Już, bo znali je od nas, a nas już tu nie ma od tysięcy lat. Wiedza ma to do siebie, że wymiera wraz z jej nosicielami, jeśli nie zostanie spisana. – Atma podniosła mały słoiczek i potrząsała nim przed Trybadą. – Jeżeli dorzuci się do tego trochę starej magii, to można zdziałać cuda – dokończyła z uśmiechem i usiadła naprzeciw Selekty.

– Dlaczego tu jesteście? Bo przyznam szczerze, że was to tu się nie spodziewałam, choć… – Trybada siorbnęła herbatę tak brutalnie, że Eliot ukradkiem zatkał uszy – to miasto ma więcej tajemnic niż kuweta Sebil.

– Lepiej trzymać się z dala od wielkomiejskiego życia, dlatego ta ciemna nora tymczasowo służy nam za lokum.

Atma popiła kawałek ciasta: gładko i niemal bezszelestnie, ale wyłapywanie subtelnych sugestii, nie należało do mocnych stron Safonki. Łyk wzięty jakby w odwecie miał siłę kruszyć skały.

– To, że nie paradujesz po ulicach, trzepocząc piórami, to akurat rozumiem… Nie rozumiem, dlaczego nie jesteście w Sefalos? – spytała nieco podejrzliwie Selekta.

Eliot wskoczył Atmie na kolana.

– Ciocia mówi, że musimy poczekać, aż ten duży, biały pan trochę ochłonie.

Selekta założyła ręce na siebie.

– Czyli rozumiem, że pierzasta rodzina nie przyjęła dobrze, że tym… jak to było… Sucharem…

– Sehelem.

– Jeden rejwer! Nie wyszło za dobrze z tym Sehurem, tak?

– Tak, wystąpiły pewne… komplikacje i uznałam, że na razie bezpieczniej będzie przeczekać z Eliotem tu, u podnóża Girazel On Sefalos… Niestety okazało się, że to również niezbyt dobre rozwiązanie. – Atma popiła herbaty. Uznała, że przemilczy sprawę Hewlaski dopóty, dopóki sama jej nie rozgryzie.

– Ktoś uprzykrza wam życie? Bo ja z chęcią pomogę… Nudzi mi się tu jak jasny piorun! – Selekta opróżniła kubek i zapchała się ciastem. Oczywiście sztućce pozostały nietknięte.

– W cesarstwie nigdy nie ceniono różnorodności, ale odkąd ostatni raz tu byłam, sporo się zmieniło – westchnęła Atma. Dotarło do niej, że przez kilkaset lat u ludzi zmieni się więcej niż u nieśmiertelnych. – Na pewno kiedyś było spokojniej niż obecnie, ale ostatnio zrobiło się wyjątkowo podle. Odkąd ten oruński hierarcha zagnieździł się w strukturach lokalnej świątyni, orędownicy są bardziej zdeterminowani w wyszukiwaniu magicznie uzdolnionych i podejrzliwi co do cudzoziemców.

– Każdy z nich ma więcej na sumieniu niż niejeden bandyta! – Selekta splunęła na podłogę.

Atma wymierzyła jej karcące spojrzenie.

– Przepraszam. Taki odruch stresowy. – Safonka roztarła plwocinę butem. – I co z tym w sutannie?

– Większość Białych jest przeciętna… Eliot zmykaj, bo ciotkę boli kolano. – Delikatnie zepchnęła chłopca z odrętwiałej nogi. – Bo większość orędowników Matki to zwykli ludzie z pospólstwa i biedniejsi mieszczanie: jedni lepsi, drudzy gorsi, ale ten hierarcha… on jest inny. Ma dziwną twarz, od której widoku aż ciarki przechodzą po plecach. Mam wrażenie, że po tym, jak ukazałam mu się w Watenfel, to mnie właśnie szuka…

– Zaraz, zaraz… – Selekta uderzyła dłońmi o blat… – Chyba mi nie powiesz, że to ten sam typ, co cię przesłuchiwał!

– Ten sam, ale jakby odmieniony. – Starsza zapatrzyła się w okno i próbowała coś dopić z niemal pustego kubka. – Ale ten człowiek to tylko kropla w rwącym nurcie problemów – zmieniła temat. – Rozgadałam się, teraz twoja kolej. Mów proszę: co ciebie sprowadza do Girzel, lady Weil? Miasta pełnego bram, za którymi jest jeszcze więcej bram, które prowadzą do bram.

– Przestań! Taka ze mnie „lady” jak z ciebie mieszczanka. Wystarczy Selekta – żachnęła się Trybada i dopiła napar.

Wyczuła w nim tę samą ziołową nutę, co w nalewce Matki Karevis, tylko w tym wypadku alkohol nie wypalał przełyku – i tego jej brakowało.

– Zatem, Selekto? Opowiadaj. Czy Telmonton…?

– Stoi w przeciwieństwie do mostu nad Baskirem. – Safonka posmutniała i zaczęła kręcić palcem po krawędzi kubka.

– A arkanistka… lady Winter, jeśli dobrze pamiętam, jest tu z tobą?

– No właśnie, ona… Zawzięła się, że zawali ten przeklęty most i… Ona przeceniła własne siły, magia coś jej zrobiła. Nie wiem, co dokładnie, ale nie jest w swojej postaci. Odkąd tu jesteśmy, cały czas próbujemy jej szukać, ale… Ech, długo by gadać.

– To ja przygotuję więcej naparu. – Atma delikatnie poklepała Selektę po dłoni i wstała z trzeszczącego zydla. – Chyba, że chcesz czegoś mocniejszego? Zawsze trzymam trochę alkoholu, do leków oczywiście.

– Nie chcę, nie piję alko...holu. – To stwierdzenie nadal więzło Selekcie w gardle. – Wystarczy herbata i przyszykuj się na sporo dziwacznych wieści.

– Nic mnie już nie zaskoczy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania