Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz 16

GRA POZORÓW

 

**** Kapka geografii ****

Batismanur to miasto na zachodniej granicy pomiędzy Belantres a Cesarstwem Sungardu. Zaliczało się do czterech miast strażniczych tego królestwa, otaczających stolicę w Taledark. Pozostałe trzy to: Maraduman na południowym zachodzie; Anub-Ghar położone w jaskiniach na północnym wschodzie oraz Dor-Gazar przy granicy ze stepami Brukich – niegdyś istniało jeszcze Kalintosz, ale zniszczyła je erupcja pobliskiego wulkanu.

*****

 

Jak w niemal każdy dzień, Telmiańskie targowisko tętniło życiem. Ludzie krzątali się pomiędzy stoiskami, poszukując najlepszych towarów w okazyjnych cenach. Można tu było znaleźć produkty z całego cesarstwa, aczkolwiek dało się też odczuć klęskę nieurodzaju: miejscowi narzekali na ceny żywności, a i jej jakość pozostawiała wiele do życzenia.

Na szczęście Lejla poszukiwała czegoś zupełnie innego.

Bez zainteresowania mijała stoiska z rybami, mięsem i płodami rolnymi, nie zwracając również uwagi na amulety, figurki i całą resztę pseudo-magicznych bibelotów. Jako osoba obdarzona darem aury czuła, iż to wszystko to tylko wabik na pieniądze naiwnych ludzi szukających otuchy w mistycznych sztukach. Wiedziała też, że jedyne przedmioty posiadające jakąkolwiek wartość dla maga, znajdzie na uboczu: w sektorze gdzie swoje kramy prowadzili Lemachowie. Te istoty, zamieszkujące górskie groty, od tysięcy lat wydobywały rzadkie minerały i klejnoty, zatem znały się na wszystkim, co tkwiło głęboko w ziemi i posiadało jakąkolwiek wartość.

Będąc jedną z młodszych ras, Lemachowie lub Podziemni – jak ich tu nazywano – żyli stosunkowo krótko podobnie jak ludzie , ale na tym podobieństwo się kończyło: ich bezwłosa skóra, przez wieki pozbawiona kontaktu ze słońcem, przybrała blado-szarą barwę; wielkie oczy osadzone głęboko w pociągłej czaszce wychwytywały nawet bardzo słabe światło; do tego krótki, mocno zadarty nos z wielkimi nozdrzami oraz wysokie, rozłożyste uszy. Wszystkie te atrybuty dawały przewagę w ciemnych jaskiniach, niestety bardzo utrudniały życie na powierzchni.

W dziennym świetle Lemachowie osłaniali oczy ciemnymi goglami, żeby nie oślepnąć, a wielkomiejski hałas przepuszczony przez czułe bębenki, brzmiał jak ciągłe walenie młotem o miedzianą misę.

Jedyną cechą fizyczną, która pomagała w życiu zarówno pod, jak i nad ziemią, były cztery smukłe ręce osadzone parami w wąskim, ale zbitym tułowiu – dodatkowa para rąk do pracy jeszcze nikomu nie zaszkodziła, a ta była darmowa.

Ktoś, kto po raz pierwszy ujrzał Lemacha, zawsze brał go za jakiegoś potwora. Nic bardziej mylnego. Te z natury łagodne stworzenia, ponad wszystko kultywowały pokój i rozwój intelektualny. Lejla niejednokrotnie spotykała ich w Taledark, więc ten widok nie wzbudzał w niej lęku, a raczej podsycał ekscytację.

Ich kramy posiadały liczne cechy charakterystyczne i aby do nich trafić, należało wypatrywać okrągłego namiotu z rozłożystą markizą i nadrukowanym herbem danej frakcji. Podziemni z Rdzawych Szczytów Mor-Galen, oznaczali swoje stoiska dwoma trójkątami, jeden pod drugim, w lustrzanym odbiciu, zaś klan z Gua-Kidul stosował symbol drzewa z długimi korzeniami formującymi trójkąt: na znak związania z centralną puszczą.

Na uboczu targowiska, w cieniu murów, Lejla dostrzegła kilka takich przybytków i nie tracąc czasu podeszła do pierwszego z nich.

Przed wejściem do namiotu, młody człowiek wykładał towary na jarmarczne wystawy. Na jej widok przerwał pracę i uśmiechnął się wdzięcznie.

– Dzień dobry, nazywam się Malwin i praktykuje u starszego Sudagar , Trigorjasa. Przepraszam za rozgardiasz, ale nie spodziewałem się klienta tak wcześnie nad ranem; nie wszystko jeszcze wyłożone. Czego panienka szuka? Eliksirów miłosnych, amuletów na szczęście, a może jakiś specyficznych ziół? – Chłopak miał gadane i był nad wyraz zaangażowany w swoją pracę.

– Dzień dobry Malwinie – obdarzyła go przenikliwym spojrzeniem. – Czy naprawdę uważasz, że potrzebuję eliksirów i ziół, żeby kogoś w sobie rozkochać? – chłopak spąsowiał a cała jego pewność siebie uleciała, jak obłok z wypalonego tytoniu.

– Nie Pani… Skądże; nie to miałem na myśli… Ja tylko... – tłumaczył się, zestresowany nieporozumieniem.

– Już, już, żartowałam, nie przejmuj się – uspokoiła go. – Nie mam za dużo czasu, więc przekaż swojemu mistrzowi, że Arkijana chce z nim rozmawiać.

– Tak Pani. – Malwin zniknął w namiocie by po chwili pojawić się ponownie.

– Mistrz Trigorjas zaprasza do środka. – Uchylił kurtynę zakrywającą wejście. Wewnątrz panował półmrok gdzieniegdzie rozświetlany przez ogniki schwytane w kandelabry. Powietrze było gęste i wypełnione kadzidłem oraz oparami dobrej jakości tytoniu. Na środku sali stało niskie, dębowe biurko, a wokoło rozlokowano gabloty z przedmiotami i minerałami wszelkiego rodzaju. Leja przystanęła i pozwoliła swojej aurze na rozproszenie. Sondująca fala wzbudzonego astralnego pola, uderzyła o słoje i szkatuły tylko po to, by odbić się od zaklętych barier.

– Nic z tego Arkijano – oznajmił basowy głos, dochodzący z zacienionego kąta. – Te regały są odporne na takie sztuczki.

Kilka metrów od Arkanistki, poruszyła się niewielka sylwetka. Lejla skupiła i zespalając aurę i spojrzała w tamtą stronę. Stworzenie krzątało się przy jednej z półek i mrucząc coś do siebie, przekładało artefakty z miejsca na miejsce.

– Widzę, że dobrze trafiłam – oznajmiła. – Pierwszy namiot i specjalista w swoim fachu – skomentowała pochlebnie i podeszła bliżej.

– Dziękuję Panienko – odrzekł Lemach i odstawił szkatułkę z kolczykami do przeszklonej komody.

– Tak się zastanawiam, cóż robi czarodziejka tak daleko od domu w Oruun?

– Jest pan zaskakująco dobrze poinformowany sudagar Trigorjasie.

– Wiedza jest moim źródłem utrzymania panno Winter – przerwał pracę i odwrócił w jej stronę unosząc wszystkie cztery ręce w geście pozdrowienia. Skóra po wewnętrznej stronie jego trójpalczastych dłoni, układała się w formę membrany. W podziemiu pełniła funkcję przyssawki podczas wspinaczek po ścianach wilgotnych jaskiń.

– Przejdźmy, zatem do interesów – zarządziła Lejla i przysiadła na fotelu na przeciw niego. Wyczuła, że siedzisko obito bardzo przyjemną i z pewnością nie tanią, skórą. Trzeba będzie się targować, pomyślała.

– Pierwszą rzeczą, jakiej poszukuję Mistrzu, to nowe jadeitowe oko z żyły w Mor-Galen. Kryształ ma być czysty, nieskażony przez inna świadomość. Posiada pan taki skarb, Trigorjasie?

– Widzę, że wiesz, czego chcesz moja droga, a zatem przedstawię ofertę z najwyższej półki. – Odwrócił się i dosłownie sięgnął na najwyższą półkę, wyciągając niewielkie puzderko zdobione runami pochłaniającymi.

– Oto fragment żyły, o którą pytasz. Żaden mag nie miał jej w rękach, więc jest czysty jak łza. – Otworzył pojemnik i pokazał Lejli zawartość, utrzymując szkatułkę nieco na dystans. Arkanistka nie mogła dotknąć jadeitu, bowiem część jej aury zakodowałaby się w strukturze oka, a ono automatycznie straciłoby na wartości.

– W rzeczy samej Mistrzu, towar z najwyżej półki, ale cena za pewne też? – odparła z lekkim przekąsem. Dobrze wiedziała, że nie stać jej na zakup takiego cudeńka.

– Na pewno doskonale rozumiesz łaskawa Arkijano, iż wartość tego szlachetnego klejnotu nie bierze się z chciwości, lecz tylko i wyłącznie z trudu, jaki musiałem sobie zadać by wejść w jego posiadanie.

– Doskonale rozumiem, że fach sprzedawcy to nie robótki ręczne mistrzu: trzeba ryzykować – sprytnie połechtała jego ego, ale z umiarem, bez przesadnej sztuczności.

– Ile? – spytała niecierpliwie Lejla świadoma, iż tak długi wstęp pociągnie za sobą równie długą ilość zer.

– Pięć tysięcy srebrnych remów, pani.

– Mistrzu Sudagar, z cały szacunkiem, ale za tyle to można kupić trzy takie. Mogę dać dwa tysiące – oznajmiła.

– Ha! – Roześmiał się w głos – Cała przyjemność z handlu to targowanie. Cztery i pół; niech stracę część wynagrodzenia. Ciężkie czasy nastały… Zaiste ciężkie – zrobił minę zbitego psa , starając się wzbudzić współczucie w młodej kobiecie, ale czarodziejka nie była naiwną mieszczanką i pewne chwyty psychologiczne były jej dobrze znane.

– Mistrzu trzy tysiące remów, więcej nie mam. Możesz mi sprzedać ten kryształ lub poczekać na innego czarodzieja, których rzecz jasna mnóstwo w tym mieście.

– Daruj sobie sarkazm dziecko. Pałam się tym zawodem od lat i wiem, że prędzej czy później na wszystko znajdzie się kupiec. Trzy i pół tysiąca! Jak nie, to mam jeszcze inne towary w bardziej przystępnej cenie. Na pewno panienka coś dla siebie, znajdzie.

– Trzy i poł tysiąca, zatem. Rabujesz mistrzu młodą, ubogą, kobietę… – tym razem to Lejla chciała wpłynąć na starego wygę.

– Za prawdę, robić z panienką interesy to sama przyjemność. Mogę opuścić jeszcze sto remów, jak panienka raczy zdjąć kaptur. O urodzie nadwornej czarodziejki krążą legendy: nawet w Mor-Galen – wypowiadając to sięgnął po świetlik i przysunął bliżej twarzy Arkanistki.

– Za pochlebstwa to ja powinnam płacić a nie mistrz, ale zgoda – zsunęła okrycie głowy. Jej błękitne oczy zalśniły w świetle latarenki, a długie popielate włosy opadły na ramiona, jak śnieżna lawina po górskim zboczu

– Na uszy starego Gorgasa! – krzyknął Lemach. – To ty! Miał rację… – upuścił pudełko z jadeitem na podłogę. Kryształ poturlał się pod nogi Lejli, która poderwała się z fotela.

Usłyszawszy krzyki, do namiotu wparował Malwin.

– Co się dzieje Mistrzu! – uchylił pochwę od miecza.

– Nic! Spokojnie. Poniosły mnie emocje, usiądźmy proszę, zaraz wszystko wytłumaczę.

Lodowe bruzdy skuły witraże pobliskich regałów.

– Nie chcę słuchać żadnych tłumaczeń! – zagrzmiała Arkanistka. – Nie wiem, co tu się dzieje, ale poszukam jadeitu gdzie indziej. Żegnam! – nałożyła kaptur i ruszyła do wyjścia.

– Panienko poczekaj, proszę! – Trigorjas chwycił ją za rękę. – Pozwól mi wyjaśnić.

– Lejla przystanęła, choć sama nie wiedziała, czemu.

– Dobrze, ale jeden podejrzany ruch i zamarzniecie razem z tym złomem! – Jej oczy żarzyły morskim błękitem, a oddech smużył.

– Spokojna głowa panienko – Malwin! Schowaj że ten miecz na litość boską i przynieś nam herbaty! – Usiądź proszę, panienko – Oboje ponownie przysiedli przy biurku. Atmosfera była napięta, aczkolwiek stabilna.

– Mistrzu wytłumacz, proszę swoje zachowanie – poprosiła spokojnie, ale z wyczuwalnym naciskiem.

– Oczywiście – Kilka miesięcy temu byliśmy razem z Malwinem na targach w Batismanur . Późnym wieczorem, kiedy skończyliśmy rozbijać namiot, u progu kramu, stanął zakapturzony mężczyzna. Pomimo zmroku moje oczy umożliwiły mi dostrzeżenie zarysu jego twarzy. Człowiek odmówił wejścia do namiotu twierdząc, iż chce rozmawiać na osobności. Muszę przyznać, że trochę mnie to przeraziło, ale gdyby chciał mojej krzywdy to zaatakowałby z zaskoczenia…

– Do sedna mistrzu: mój czas i tak jest mocno uszczuplony.

– Już kończę – oznajmił Trigorjas.

– Przybysz nie podał swojego imienia, ale wspominał, że w Telmonton spotkam kobietę o śnieżnobiałych włosach i niebieskich oczach, która nie będzie wiedziała, że mnie szuka. Myślę sobie: jakiś bełkot obłąkanego, ale wysłucham go do końca.

– Poprosił o przekazanie napotkanej dziewczynie, małej paczki. Nie chciał nic w zamian tylko wręczył mi srebrne pudełeczko. Wiedziony zawodową ciekawością przyjąłem pakunek i nim zdążyłem o coś spytać, mężczyzna zniknął w okowach nocy.

– I gdzie jest to tajemnicze pudełko, którego nie szukam, a znajdę? Spytała czarodziejka przewracając oczami. Była pewna, iż to bardzo wymyślny sposób na sprzedanie jej jakiegoś bibelotu.

– Tutaj – oświadczył Trigorjas i wyciągnął spod blatu srebrną kasetkę. Skrzyneczka wyglądała bardzo niepozornie i nie miała zamka. Lemach położył ją delikatnie na blacie i przesunął w stronę Arkanistki.

– Mistrzu, nie możesz go sam otworzyć? – spytała podejrzliwie.

– Nie mogę; próbowałem nie raz.

– Ha! Nie wierzę! A to dobre! – Arkanistka buchnęła śmiechem aż nie mogła złapać tchu. Lemach rozwarł szeroko swoje ogromne oczy.

– Już rozumiem! Wszystko jasne… – kontynuowała próbując się opamiętać. – Tajemnicze pudełko, od tajemniczego mężczyzny, tylko dla mnie. Ile za to chcesz, mistrzu? – wypaliła prosto z mostu.

– Nie obrażaj mnie dziewczyno! – Trigorjas grzmotnął czterema pięściami o biurko. – Od lat mam renomę Utama w swoim fachu; nie zniżyłbym się do używania tak marnych sztuczek! Wracaj skąd przyszłaś: stoisko zamknięte! – Malwin odprowadź panią do wyjścia. Życzę miłego dnia! – wyprosił ją oschle. Czarodziejka mocno go rozjuszyła. Dla Sudagar nie istniała większa obraza niż zarzut oszustwa w interesach.

Podziemny wrócił do nerwowej grzebaniny w jednej z gablot, ignorując obecność arkanistki. Lejla czuła się zażenowana z powodu swojego zachowaniem i chciała przeprosić, niestety... słusznie wyczuła, iż w takim gniewie Trigorjas nie będzie chciał z nią rozmawiać, więc czym prędzej wyszła z namiotu

Na zewnątrz, poranna bryza ostudziła emocje i przypominała czarodziejce, o konieczności zakupu kilku drobnych rzeczy na podróż do Walonu.

Po plecach przeszły jej ciarki na myśl o tym, jaki wykład o dyscyplinie ją czeka po powrocie do zakonu. W głowie układała już chytry plan jak zmiękczyć rozgniewaną Selektę – w końcu już nie raz jej się to udawało.

Po nabyciu niezbędnego ekwipunku, szybkim marszem ruszyła do klasztoru i gdy już prawie pokonała kładkę przykrywająca mulistą pozostałość fosy za centralnym murem, usłyszała zasapany głos za plecami.

– Pa…o Lej… Panno… Le… Lejlo! – Malwin walczył o każdy oddech. Pomimo braku czasu czarodziejka przystanęła w obawie o jego zdrowie.

Dzięki bogini! W końcu panienkę dogoniłem – chłopak przykucnął próbując uspokoić serce.

– A cóż takiego strasznego się stało, że mnie szukasz, Malwinie?

– Nic strasznego… – wziął kilka wdechów. – Mistrz mnie posłał żebym panienkę znalazł. Kazał przekazać te dwa pudełka i przeprosić za swoje zachowanie. – Lejla od razu rozpoznała obie paczki: jedną z nich było jadeitowe oko, drugą natomiast, ta tajemnicza przesyłka, o którą rozpętała się cała kłótnia.

– Przekaż proszę Trigorjasowi, że to ja go przepraszam. Nie powinnam była go posądzać o takie sztuczki – chwyciła za sakiewkę – Weź proszę te trzy i pół tysiąca remów: na taj kwocie stanęły nasze rozmowy.

– Nie panienko. To prezent od mistrza, żeby nie wątpiła panienka w nasze szczere intencje – posłał jej chłopięcy uśmiech i wystawił obie skrzyneczki przed siebie. Lejla poczuła ekscytację, ale powstrzymała wybuch radości i odpowiedziała Malwinowi w stonowany sposób.

– Powiedz mistrzowi, że nasza kłótnia nie miała miejsca, a jego kram będę polecać gdziekolwiek się znajdę.

– Bardzo dziękuję i szczęśliwej drogi, panienko – odpowiedział jej uradowany: lemach zabronił mu wracać dopóki Arkijana nie przyjmie przeprosin.

Po rozstaniu, chłopak zawrócił w stronę targowiska i kiedy znalazł się wewnątrz namiotu, zastał Trigorjasa przy swoim biurku, pociągającego z fajki. Kupiec, aż wyskoczył z fotela, a jego ręce drgały z nerw.

– Dogoniłeś ją?

– Tak mistrzu, przyjęła paczki i przesyła podziękowania.

– Wspaniale! – Klasnął jedną parą rąk, drugą nabijając fajkę.

– Dobrze się spisałeś mój chłopcze, a teraz zwijaj kram.

– Jak to!? Dopiero, co go rozstawiłem? – Malwin załamał głos. Zawsze wkładał dużo serca w wystawę przed namiotem tak, aby żadne oczy nie potrafiły oprzeć się, ciekawości.

– Nie narzekaj tylko bierz się do pracy! – nakazał podekscytowany lemach. – Wracamy do Batismanur zameldować, że misja zakończyła się sukcesem.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • krajew34 tydzień temu
    Tam, gdzie religia tam zawsze się znajdzie ktoś próbujący na niej zarobić.
    Gdyby twój opis, co się dzieje z istotami w podziemiach dotarł do Amazona, może spojrzeliby logicznie i wybielili księżniczkę macdonalda.
    Ciekawy opis tych "potworów", ukazujący że nie warto działać pochopnie i kierować się pierwszym osądem. Gorzej jak trafi się już do żołądka.
    Misja musiała się opłacać, skoro tak szybko zwinęli interes. Chociaż ja na miejscu zleceniodawcy zabiłbym durnia. Niewinny ktoś nie odjeżdża po przekazaniu paczki, jakby oczekując reakcji. Powinien poczekać jakiś czas.
  • MKP tydzień temu
    Nie potwora a cztero-rękiego intelektualisty:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania