Pokaż listęUkryj listę

Pięc Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 15

ROZDZIAŁ DRUGI

 

I stanęła Archontka w stworzenia progu. Przed nią bezmiar wszechświata; jasny i młody. Za nią zaś spokój, ideał symetrii, zgody.

Postąpiła o krok. Wybrała – nie było powrotu… Patrzyła obliczem z tysiąca słońc splecionym, i tak przez eony… Aż pojawiła się myśl, dziecię woli. Myśl na równi okrutna, co niespodziewana.

„Jestem sama”, wyszeptała.

Wieczność i nieskończoność z lęku zadrżały. Boskie troski unicestwiać mogły – gdyby chciały.

„Nie jesteś sama” oświadczył Inny, obecności echo.

Matka spojrzała… na cień głaszczący czule, po stopach, kolanach…

„Ja jestem, i będę… blisko; zawsze obok, zawsze zatroskana… Tylko nie patrz, bo boli, siostro ukochana”.

 

Nowa Ja

 

Podziemne pomieszczenie w kształcie obszernej skalistej kopuły rozświetlał pulsujący blask zielonego światło. Jadeitowe serce biło rytmicznie, wypełniając komnatę dziwnym dudniącym szumem. Uderzenia energii zatykały uszy i zsyłały wizje… Nie… Bardziej uczucia; chęć przetrwania tak silną, że materializowała się w przestrzeni i tłumiła cichy szept wypowiadanych zaklęć.

Crow przerwała inkantację i otworzyła oczy. Tęczówki niczym szmaragdy zatopione w idealnej czerni zapłonęły odbitym światłem

– Gdzie jesteś, siostro? – spytała samej siebie, gdy po raz kolejny nie wyczuła nawet najdrobniejszego śladu obecności Mojry.

Od czasu starcia w komnacie serca kobiety zostały rozdzielone, a podstawiona gosposia czarodzieja Markusa teleportowała się w głąb cesarstwa. Nie zginęła; rozmawiały przez annam, ale teraz… Teraz coś się zmieniło. Po bitwie nad rzeką Mojra zamilkła, i nie chodziło wyłącznie o połączenia przez jadeit. Ona, jej esencja, ślad w unitrze… On zniknął, niemal całkowicie. Niemal, bo cienka wstążka z życia łącząca obie kobiety, nadal drgała na granicy istnienia i niebytu.

Crow zamknęła oczy i jeszcze raz pogłaskała ciepłą kryształową powierzchnię z zamiarem podjęcia kolejnej próby. Ze skupienia wyrwało ją stukanie kostura o kamienną posadzkę. Do komnaty wkroczył mistrz Inahan. Starzec odziany w szorstki ciemny płaszcz z kapturem, nieco zbyt pewnym krokiem – jak na kogoś podpierającego się laską – podszedł do Serca, stanął obok Namiestniczki i zakotwiczył wzrok w bladozielonym świetle nasyconego jadeitu.

– Piękny, nieprawdaż? – nagabnął skupioną Crow.

– Tak… chyba tak – odpowiedziała niepewnie.

– Jak ci się podoba wolność, moja droga? – dociekał, a kobieta zdjęła rękę z annamu i przekierowała uwagę na mężczyznę.

– Jest… inaczej – stwierdziła zdawkowo.

– To na pewno, choć pozostanie w starej formie, przeczy temu stwierdzeniu – skomentował kąśliwie mędrzec. – Ale no cóż, to twój wybór; cały urok polega na tym, że w końcu go masz – dodał z uśmiechem łagodzącym nieco jego okaleczone potężną blizną oblicze.

– Moderatorze…? – rozpoczęła nieśmiało czarownica.

– Tak?

– Czy w twojej głowie też panuje kompletna cisza?

– Chciałbym moja droga, chciałbym… Ale moje marzenie jest bliskie spełnienia, więc daleko mi do spokoju ducha.

Po obojętnym spojrzeniu kobiety można było wywnioskować, iż odpowiedź nie spełniła jej oczekiwań.

– Czyli mam rozumieć, że to normalne uczucie, gdy jest się samotnym w środku? – dopytywała w nadziei, że usłyszy coś, co zaspokoi jej ciekawość i może podsunie wskazówki.

– Ha! – roześmiał się Proditis, ale ten śmiech nie był miły, raczej pogardliwy. Chwycił ją za ramiona. – Całkowicie normalne – oświadczył. – Niebawem przyzwyczaisz się do nowej Siebie, a tymczasem… chodź powitać brata; już wkrótce powinien dotrzeć.

– Zostanę tu jeszcze i poszukam Mojry; od dłuższego czasu nie daje znaku życia – odrzuciła propozycję mistrza trochę nazbyt stanowczo jak na jego gust. Starzec otaksował czarownicę wzrokiem. Po skórzastej bliznowatej runie na jego twarzy przebiegły czerwone iskry. – Jeśli pozwolisz mistrzu, oczywiście… – poprawiła się. Mavis nigdy nie lubiła się płaszczyć, pomyślała, nie wiedząc, dlaczego to zrobiła...

Oblicze mistrza złagodniało.

– Rób, jak chcesz. Teraz jesteś kowalem własnego losu, a siostrą się nie zamartwiaj: czymże jest jedna niekompletna istota wobec tysięcy rodzeństwa, które niebawem stanie na własnych nogach… Zupełnie tak jak ty, dziecko. – Położył dłoń na jej barku; gest niby życzliwy, ale ramię starca było nad wyraz ciężkie… albo takie jej się wydało. – Poza tym Mojra i tak nie była taka jak wy. Prędzej czy później ciało tej kuchty by was odrzuciło – oświadczył i spojrzał na Crow. Milczała. – Dołącz do nas, jak skończysz – nakazał i pośpiesznie ruszył w stronę korytarza wiodącego ku powierzchni.

Namiestniczka zastygła w bezruchu i w kompletnym milczeniu, zupełnie jakby ktoś podmienił ją na woskową podobiznę naturalnych rozmiarów. Po chwili ocknęła się z letargu i układając bladą dłoń na kryształowym Sercu, powróciła do poszukiwań. Wędrowała umysłem pośród szumów i szelestów żywych stworzeń, które znaczyły swoją obecność w astrze. Przypominało to nasłuchiwanie tysiąca dźwięków, będąc głęboko pod wodą. Znalezienie i identyfikacja konkretnej osoby w takim chaosie były niemal niemożliwe, ale w tym przypadku wielka moc zgromadzona w kolosalnym annamie działała niczym wzmacniacz, zaś aura Namiestniczki, skoncentrowana na gosposi, stanowiła swoiste sito oddzielające oznaki obecności kobiety od nic nieznaczących szumów tła.

Jednak nawet przy tak ogromnej mocy nigdzie nie wyczuła śladu po aurze Mojry. Powoli traciła nadzieję i gdy już miała się poddać, poczuła znajomy impuls. Astra wezbrała i zasiliła ten mały błysk pełgający pośród astralnego zgiełku.

Usłyszała głos – ciche skomlenie na pograniczu szumu. Cienka struna wiodąca do Moijry zamigotała i odcięła się od reszty sieci. Ślad, prawie niewidoczny, odcisk pozostawiony w astralnym śniegu, nawoływanie zbyt słabe, żeby odróżnić poszczególne słowa. Crow odbierała tylko urywki myśli pochodzących od gosposi Markusa, a wokół bezmiar magicznej przestrzeni dudnił echem dziejów.

W skupieniu przelała więcej magii, żeby podsycić płomień zmarniałego istnienia. Słowa przedarły się przez nicość:

– Pomocy…

W ciało czarownicy wgryzł się potworny ból, jakby rzędy ostrych jak brzytwy kłów powoli, ale konsekwentnie, szarpały skórę.

Zerwała połączenia.

– Ty umierasz, siostro – konkludowała, ale bez gniewu ani strachu. Kolejna próba, tym razem z całych sił, pomyślała i ułożyła dłoń na jadeitowym kolosie. Jej oczy wypełnił mrok… Mrok głębszy niż w najczarniejszą bezksiężycową noc. Cienie rzucane przez pulsujący annam spływały ze ścian, tworząc smoliste bajoro skondensowanej ciemności.

Zaczerpnęła.

– Aregis Per-sum, Vital– wyrzuciła słowa Pierwszych. Świadomość Crow opuściła ciało, które zastygło w bezruchu. Ludzie, zwierzęta; przeszłość, teraźniejszość; tu i wszędzie indziej, mieszały się ze sobą… Pokonała granice miejsca i czasu narzucone przez fizyczność i zaczęła płynąć w chaosie splecionych istnień. Świat materialny przestał ograniczać zmysły: widziała i czuła aurą. Była aurą. Wolą zamkniętą w lekkim konstrukcie z energii.

Krzyk szarpnął za struny symetrii. Wołanie rozbrzmiewało coraz głośniej pośród niekończących się ścieżek unitranej sieci. Crow zmierzała w kierunku Mojry i gdy dotarła do źródła zawodzenia, stanęła przed bezkształtnym widmem. Smugą z jestestwa tak rozrzedzoną, że prawie niewidoczną.

– Mojra? – spytała obłoku.

– Maaavis… – odpowiedziała zjawa jej dawnym mianem – Siostro, pomóż… Proszę… – głos gosposi wysycał ból tak silny, że wędrował przez astrę falami cierpienia.

– Wytrzymaj jeszcze chwilę, idę, jestem już blisko – szeptała Crow, próbując podtrzymać wątłą wolę życia kobiety.

W komnacie jadeitu, gdzie Namiestniczka pozostawiła fizyczną skorupę, ciemność wezbrała, a zgromadzone cienie wpełzły po nieruchomym ciele niczym stado przerośniętych pijawek po posągu.

Ponownie zaczerpnęła cienia i otworzyła oczy.

Pomieszczenie przypominało komnatę Serca: kamienne mury bez okien i wszechobecna ciemność gdzieniegdzie rozpraszana przez światło magicznych latarenek

– Mavis… – rozbrzmiał drżący głos; echa nie niosło powietrze, a napięte wstęgi magicznego pola.

Źródło dźwięku znajdowało się w głębi komnaty.

Namiestniczka sięgnęła po całą moc i wyłoniła się z plamy cienia w posadzce, stając niczym zjawa z lekko rozmytą, chwiejną sylwetką. Jej zmaterializowana esencja do złudzenia przypominała ciało pozostawione przy Sercu w podziemiach wieży Markusa, zaś kruczoczarne włosy lewitowały w powietrzu, tworząc wrażenie otaczających głowę dymnych wici.

Wytworzenie stabilnej projekcji z czystej astry było wyczynem ponad wszelką miarę niezwykłym: nawet ci obdarzeni najsilniejszym darem aury, co najwyżej potrafili przesyłać myśli na duże odległości. Niewielu magów miało talent, by zbudować choćby kształt przypominający ich sylwetkę w tak oddalonym miejscu. A Crow tego dokonała.

Cienista postać poszybowała w stronę zakamarka, skąd dochodziło wołanie, pozostawiając za sobą smugę parującego mroku. Widziała ciemnością, a światło stało się cieniem. Była istotą z przeciwnej strony symetrii, przybyszem ze świata ciemnego blasku.

Oświetlony mrokiem kryształowy posąg przypominający dzieło artysty okrutnika ukazał swój pełny kształt: kończyny ułożone w nienaturalny sposób, potrójnie wygięty korpus i twarz zastygła w cierpieniu – widok wstrząsnął nawet Crow.

Mara podleciała bliżej i oparła dłoń na tej aberracji istnienia. W jednej chwili ból i cierpienie uderzyły z siłą huraganu, a rozmyte szepty błagające o zakończenie agonii wypełniły przestrzeń kakofonią jęków.

– Kto ci to zrobił, siostro? – spytała, lecz astra nie przyniosła odpowiedzi: posąg milczał. – Jeszcze chwilę i przyjdzie ulga, obiecuję – obwieściła Namiestniczka i przytknęła owiane czarną mgłą palce do wyszczerbionej w krysztale szczeliny.

– Połącz się ze mną – posłała nakaz przez kłębiącą się magię, a z wnętrza karykatury wypłynęła substancja przypominająca płynną sadzę.

– Precz mi stąd!! – Maczuga z impetem runęła na Namiestniczkę, przechodząc przez projekcję jak przez chmurę skondensowanego gazu. – Co jest do licha?! – zdziwiła się Sebil, odruchowo sprawdzając potężnych rozmiarów cep.

– Nie jesteś w stanie mi nic zrobić – oświadczyła spokojnie Crow i skończyła wysysać płyn z rzeźby.

– Kim lub czym jesteś i czego tu chcesz?! – wykrzyczała zdenerwowana mistyczka.

– To nie jest istotne, mam to, po co przyszłam – obwieściła obojętnie czarownica i obróciła się w stronę Brukijki.

W świetle pochodni Sebil dostrzegła, z czym ma do czynienia: od pasa w górę zjawa przypominała kobietę, zaś rozmyte poniżej bioder ciało topiło się, tworząc piedestał z czarnego szlamu, który tracił kontury, rozpraszając się w obłok tuż przy podłodze.

Zaintrygowana mistyczka opuściła broń i z uwagą przyglądała się tworowi z przedziwnej magii.

– Czy to ty mnie kiedyś zaatakowałaś? – spytała, wspominając dzień, gdy wraz z Matką próbowały namierzyć Lejlę.

– Nie – zaprzeczyła zjawa – Pierwszy raz cię widzę. Czy to, co spotkało Mojrę, to twoja sprawka? – Namiestniczka odwdzięczyła się pytaniem za pytanie.

– Więc pohandlujemy informacjami. – Uśmiechnęła się brzydko Sebil i oblizała kocie wąsy. Cały czas przyglądała się projekcji, mrucząc ostrzegawczo, ale i z zaciekawienia. – Dobra niech ci będzie… – rzuciła w końcu. – Pytanie za pytanie, odpowiedź za odpowiedź – dodała, grając na zwłokę. Tak naprawdę cały czas gorączkowo wertowała pamięć w poszukiwaniu odpowiedniego zaklęcia, by zapieczętować zjawę. – Chciałabym, żeby to była moja wina – kontynuowała. – Ta suka zaatakowała mnie w moim własnym sanktuarium! Ale niestety… Taką ją już znalazłam.

Crow milczała, jakby słowa Bruki w ogóle do niej nie dotarły.

– Rozumiem, że teraz ja mam prawo do pytania? – Sebil bardziej stwierdziła, niż zapytała, a zjawa skinęła głową twierdząco. – Czym jesteś i co się stało tej harpi w stroju gosposi?

– To dwa pytania… – upominała ją Namiestniczka. – Wybierz jedno, bo czas się kończy – dodała, przechylając głowę tak sztucznie i nienaturalnie jak marionetka wiedziona palcami niezbyt zręcznego lalkarza.

– Ha! – parsknęła Sebil. – Cwana zjawa… No dobrze. Więc: co się stało skrytobójcy w fartuszku? – wskazała szkaradny monument. Wybór pytania wydawał się dziwny, aczkolwiek krył się za tym głębszy plan: Mistyczka uznała, że ta odpowiedź zajmie upiorzycy więcej czasu. Zaklęcie wiążące okrążało już zjawę, pełzając po ścianach i suficie; potrzebowała dosłownie chwili.

– Nie wiem dokładnie… – odpowiedziała Crow. Lekkie drgania symetrii nie umknęły jej uwadze. – Mogę powiedzieć, że magia, która została do tego użyta, jest starsza niż świat sam w sobie i pochodzi od Pierwszego Archonta, lub Ojca, jak wolisz – wyjaśniła beznamiętnie, a gdy skończyła mówić, na jej twarz wstąpił delikatny półuśmiech. – Nasz czas dobiegł końca, Sena’avil, Dotknięta Przez Wiatr – oznajmiła mara.

– Hola, hola! To jeszcze nie koniec! – Sebil poruszyła astrę, szykując się do ataku, gdy od strony schodów dobiegły dźwięki rozmowy.

– Staraj się iść prosto, bo zaraz obie będziemy połamane!

Brukijka odruchowo odwróciła wzrok w stronę wejścia do kaplicy. Chwila nieuwagi wystarczyła.

Namiestniczka rozproszyła większość projekcji, prześlizgując eteryczne ciało przez lukę w zaklęciu. W Sanktuarium Arkturosa pozostał jedynie lekki obłok rozmywającej się sylwetki. Crow pozyskała esencję Mojry z osuszonej z życia klatki i wycofała awatara. Jej świadomość ponownie porzuciła okowy fizyczności i podążyła za nitką z zieleni: ścieżce pomiędzy nią a powłoką przy sercu.

Wcześniejsza z pozoru niepotrzebna rozmowa z Brukijką skrywała drugie dno: przeniesienie istnienia Mojry za pomocą astry wymagało czasu, a Sebil mogła skutecznie przerwać połączenie i tym samym unicestwić gosposię raz na zawsze.

Na szczęście dla Crow mistyczka łyknęła przynętę, sądząc, że to ona panuje nad sytuacją. Dzięki temu akcja ratunkowa zakończyła się sukcesem i Namiestniczka powróciła do komnaty Serca.

Musiała się śpieszyć: resztki esencji Mojry nie mogły długo pozostać jej częścią. Tak wątła świadomość zostałaby mimowolnie wchłonięta.

– Chodź siostro; musisz dojść do siebie… wśród swoich – orzekła Crow, szepcząc do punktu w przestrzeni i ruszyła w stronę wąskich schodów prowadzących jeszcze głębiej pod ziemię. Krocząc w niemal całkowitych ciemnościach, nieprzerwanie kontynuowała monolog, lecz pomimo iż nikogo nie było w pobliżu, poboczny obserwator uznałby to za ożywiony dialog.

– Mojro, na pewno zauważyłaś… że się zmieniłam; nie jestem już tylko częścią, ale całością – opisała enigmatycznie czarownica.

Zapadła cisza, podczas której Crow kilkukrotnie skinęła twierdząco głową. – Tak, już nie ma jej we mnie – potwierdziła na głos. – Co czuję…? – Przystanęła, dając myślom płynąć swobodnie. – Nic nie czuję… – stwierdziła, westchnąwszy ciężko. – Mistrz Inahan powtarza, że to normalne, że potrzebuję czasu i własnych wspomnień do zapełnienia luki – kontynuowała z coraz większą wiarą w głosie. – Co stało się z człowiekiem, pytasz... Żyje, choć sama nie wiem: dlaczego? – To oświadczenie, a zarazem pytanie, zakończyło dziwaczną rozmowę.

Crow pokonała już wszystkie wyciosane w twardej skale stopnie wiodące w dół wyrytego w granicie korytarza i stanęła w progu wejścia do ogromnej groty. Jej oczy poczerniały, a źrenice zapłonęły szmaragdową iskrą. Mrok oblepiał wszystko, a ona widziała ten mrok: idealnie symetryczne zaprzeczenie światła. Bez tych zdolności nie pokonałaby krętej ścieżki pomiędzy stalagnatami. Schodziła teraz po spirali. Robiło się coraz zimniej, a ciemność zdawała się nabierać wyczuwalnej faktury, zyskiwała namacalną gęstość. Ogromne twory uformowane przez wodę i minerały zdobiące ściany i sklepienie, stanowiły świadectwo czasu, który upłynął od momentu powstania tej prawie bezkresnej pieczary. Natura miała to do siebie, iż obcy był jej pośpiech i w przeciwieństwie do jej ciągle galopujących dzieci, powoli tworzyła swoje największe dzieła.

Po dość długim marszu Crow dotarła na dno komory. Kawerna była tak wysoka, że uwieszone przy sklepieniu, obrośnięte fluorescencyjnym mchem stalagmity, przypominały gwiazdy na bezchmurnym nocnym niebie. Całość zapierała dech w piersiach i majestatem przewyższała nawet ogromną salę tronową w Oruun. Oczywiście ten pokaz cieni i skalnych kształtów, dostrzegały jedynie dostosowane oczy.

Na samym dnie równa tafla jaskiniowego jeziora pozostawała niezmącona i tylko sporadyczne uderzenia kropel o zawiesistą powierzchnię, przedzierały się przez idealną ciszę.

Namiestniczka przystanęła tuż nad brzegiem. W spokojnej wodzie było coś… nienaturalnego: błyskające odwłokami chrząszcze latały ponad taflą, nie dając odbicia na powierzchni.

Crow przyklęknęła ostrożnie.

– Dawno już was nie odwiedzałam – skonstatowała, a echo rozniosło głos po pieczarze. – Przyjmijcie, proszę, naszą siostrę; musi odpocząć.

Z ciemnej toni wyłoniła się ociekająca czarnym błotem poczwara z wieloma wijącymi się kończynami, które naprzemiennie pojawiały się i znikały, mieszając się ze sobą w gęstwinie z ożywionego szlamu. Monstrum wyglądało jakby na raz próbowało naśladować cały leksykon zwierząt i nie mogło się zdecydować, jaką formę przybrać.

Nagle całość szlamowego cielska obrosła szmaragdowymi oczami. Szkarada była iście upiorna, ale Crow tylko lekko się uśmiechnęła i wyciągnęła ramię przed siebie.

Jedna z macek zbliżyła się do Namiestniczki i przysunęła do jej dłoni końcówkę czegoś, co przypominało długi palec. Esencja Mojry opuściła ciało czarownicy, stając się częścią poczwary.

– Odpoczywaj, niebawem staniesz na własnych nogach, obiecuję.

Przyrzekła, a stwór zgasił ślepia i wrócił pod powierzchnię.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Vespera pół roku temu
    Ależ ja lubię te twoje opisy czarowania!
  • MKP pół roku temu
    A ja uwielbiam w nich znikać jak je wymyślam, dlatego cieszę się, że się podobają:) Zawsze chciałem, żeby te czary miały głębię fizyczną emocjonalną i mistyczną. Żeby to nie było tylko "rzuciła kulą ognia i jebło":)
  • Charlotte41 pół roku temu
    Dawno nie czytałam tak dobrej fantastyki! Widać, że masz talent :) Pozdrawiam, 5
  • MKP pół roku temu
    Dziękuję, szlifuję :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania