Pokaż listęUkryj listę

Pięc Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz.1

Od Autora

Dzisiejszym prologiem rozpoczynam dalszą wędrówkę przez świat Pięciu Domen. Tom drugi jest bezpośrednią kontynuacją pierwszej części, aczkolwiek będą pojawiać się przypominacze wplecione w fabułę, dlatego zapraszam serdecznie:)

 

Prolog - "Celesta"

 

Jak każdego jesiennego popołudnia wody na zachód od skalistego wybrzeża Jokivaru stawały się kapryśne, a fale uderzały zaczepnie o burty nielicznych statków, kołysząc nimi w rytm jakiejś morskiej zabawy w berka.

Zanosiło się na kolejny zwykły dzień na morzu, taki, jakich wiele już widziała leciwa Nemres, łajba kapitana Lucjana Zarekina. Jej wysłużony kadłub trzeszczał niepokojąco, lecz dzielnie stawiał opór napierającym nań słonym wydmom, które zamiast uspokajać się wraz z nadchodzącym wieczorem, przybierały na sile.

To był znak; zakodowana wiadomość od Morskiej Panny, iż gdzieś w oddali formuje się sztorm i najwyższa pora podebrać ostatnią z sieci i wracać do portu nim pogoda drastycznie się pogorszy, a załodze przyjdzie walczyć z żywiołem z dala od lądu.

Dla każdego kto wychował się na statku trzeszczenie naprężonych desek i pękających włókien drewna niosło ze sobą coś więcej niż tylko odciśnięte piętno upływającego czasu. Rytmiczny trzask stanowił swego rodzaju język, którym okręt komunikował się ze swoim Kapitanem, a Zarekin, jak i większość jemu podobnych wodniaków, wierzył, iż łodzie mają duszę i tylko po latach słuchania można wprawnie odszyfrować, co mają do powiedzenia.

Nemres nie była w tym wypadku wyjątkiem: od momentu wodowania czterdzieści lat temu, należała do jednego człowieka, o którym mawiano, iż nigdy nie wychodzi na stały ląd na dłużej, niż potrzeba, aby skorzystać z wychodka.

Oczywiście to tylko jedna z wielu morskich legend zainspirowana wyobraźnią i pokaźną ilością grogu; niemniej jednak Lucjan spędził większość życia, żeglując po otwartym morzu i sądził, iż niewiele może go już zaskoczyć.

Mylił się.

Nie mógł przewidzieć, że z pozoru zwykły rejs przerodzi się w przygodę rodem z pirackich legend.

Owego wyjątkowego dnia kapitan jak zawsze, tuż przed nawróceniem do portu, przysiadł przy mapach z nakreślonymi miejscami łowisk i studiował zapiski, szukając odpowiedniej trasy na następną wyprawę. Ciszę pogrążonej w półmroku kajuty mącił jedynie dźwięk wciąganych sieci i towarzyszące mu stłumione nawoływania – to był znak, iż dotarli do ostatniego łowiska.

Zarekin przetarł monokl i pochylił się niżej nad skórzaną ryciną południowego wybrzeża.

Kilka krzyków nadleciało z pokładu, poprzedziwszy głuche uderzenie czegoś ciężkiego o natłuszczone deski – tak głośne, że skupiony Lucjan aż wzdrygnął się i zaklął pod nosem. Po tym łupnięciu ponownie zapanowała względna cisza. Kapitan odetchnął i opił udaną wyprawę szklanką ulubionego koniaku. Głęboka woda bywała zdradziecka, a każde kolejne wypłynięcie mogło być tym ostatnim, dlatego starym żeglarskim zwyczajem wychylił kolejkę za zdrowie morskich duchów i patronki żeglarzy, Morskiej Pani, Celesty.

Na szczęście ten połów był spokojny i obfity.

Nawet jeśli w ostatnim łowisku sieci byłyby puste, to i tak złapaliśmy więcej ryb i skorupiaków, niż zakładaliśmy, pomyślał i polał sobie więcej wykwintnego trunku. Ciecz o bogatym bukiecie smakowym powoli rozpłynęła się po przełyku, wywołując uczucie spełnienia.

– Kapitanie…! – Do kajuty pod pokładem wbiegł jeden z marynarzy.

– Na Solną Panienkę, czy tu, kurwa, chwili spokoju nie można mieć! – sarknął Zarekin, uderzając szklanicą z resztką koniaku o blat biurka.

– Kapitanie… – Mężczyzna odziany w lniane znoszone szaty wziął głęboki wdech. – Musi pan to zobaczyć! – Był blady jak ściana, a jego wybałuszone rybie oczy przesycał strach wymieszany ze zdziwieniem.

– Co zobaczyć?

– Coś zaplątało się w sieci. Myślelim, że są pełne, bo wszyscyśmy musieli wyciągać. Ale to nie ryby…! – wyksztusił z siebie zziajany.

– Dobra chodźmy. – Zarekin z niechęcią wstał z fotela, nałożył kapitański kapelusz i podążył za majtkiem.

Statkiem bujało coraz mocniej, a powietrze wysycała słona wilgoć. Prawie wszyscy z załogi porzucili pracę, by przyjrzeć się dziwnemu znalezisku wyłowionemu z błękitnej toni.

– Jak myślicie, co to jest? – spytał nawigator reszty załogantów, otaczających podłużny obiekt kształtem zbliżony do trumny z kryształu lub lodu.

– Jak dla mnie to jakaś kobita – odpowiedział drugi z wachty i podrapał się po łysinie.

– Kobita z sierścią? Oszalałeś, Marcel!

– No co?! U mnie we wsi, to była taka jedna, co sporo futerka miała. – Marcel uśmiechnął się lubieżnie.

– Chyba twoja stara!!! – krzyknął, któryś z pozostałych mężczyzn stojący na tyle zbiegowiska. Gromki śmiech przetoczył się po pokładzie.

– Mówię ci Marcel, ja to nie chcę w twoje strony zawitać, skoro tam takie baby biegają – oznajmił kolejny z kamratów biednego pomywacza Marcela Dwingo i poklepał go po plecach.

– Znaleźli się, kurwa, znawcy! – żachnął się Dwingo i splunął obficie. – Cyce ma, kuśki nie ma: kobita jak nic – wybąkał.

– Odsunąć się! Co tu się dzieje u licha? – Kapitan przedarł się przez stłoczonych załogantów i stanął przed obiektem, który wywołał to niebywałe poruszenie.

– A niech mnie munstrong dybie… – Zarekin zdjął czapkę i przetarł oczy, niedowierzając w to, co widzi. Przed nim leżała ogromna krystaliczna bryła a w niej, zamknięta, spoczywała dziwna istota. Jej ciało pokrywało śnieżnobiałe futro, zaś figurą i wzrostem przypominała zwykłą kobietę.

Kapitan zbliżył się ostrożnie. Twarz z kształtu miała ludzką – pomijając wyściółkę z bieluśkiej szczeciny – tylko uszy szpiczaste i również porośnięte sierścią. Spod bioder wystawała kita jak u tundrowego lisa, tylko większa. Stworzenie wyglądało jakby spało spokojnym smacznym snem. Zarekin nachylił głowę bliżej lodowej powierzchni; z ust poszła mu para. Statkiem znowu szarpnęło. Oparł ręce na zimnym bloku, który nie topniał pod ciepłym ciałem.

Spojrzał istocie prosto w twarz.

Nagle otworzyła oczy.

Z głębi niebieskich tęczówek trysnęło światło.

– O żeż ty…! – Lucjan odskoczył, unikając rażącego rozbłysku, który wybił z wnętrza kryształowej klatki.

– Miejcie broń w pogotowiu! – rozkazał załodze. – Nie wiadomo, co to za diabelstwo!

Brzęk dobytej stali zapowiedział gotowość do obrony. Lodowa skorupa topiła się intensywnie i niknęła w obłokach gęstej pary, w których tańczyły turkusowe rozbłyski. Mglista przesłona spowiła rufę. Powietrze pachniało jak po burzy.

Ostatni błysk przeciął mleczną kurtynę, a powiew wiatru rozrzedził opar. Delikatna istota uwolniona z sarkofagu leżała w bezruchu otoczona kałużą czystej wody. Zarekin wystawił szablę i zrobił kilka kroków ku kobiecie z białym lisim ogonem.

Stworzenie gwałtownie poderwało tors, złapało pierwszy desperacki oddech, a następnie wyksztusiła resztki wody.

Załoga wymierzyła w nią szable i kordy.

– Gadaj, kim lub czym jesteś!? – krzyknął Lucjan. Rozbitek złapał kilka spokojniejszych wdechów i rozejrzał się mętnym spojrzeniem. – Mów, bo zaraz znowu do morza trafisz! – zagroził kapitan, licząc na rychłe wyjaśnienia.

Istota – ledwo żywa – skierowała wzrok w jego stronę. W oczach nie miała gniewu, lecz nieme błaganie o pomoc. Zarekin nieświadomie opuścił sztych, a ona przemówiła językiem Cesarstwa:

– Pomóż, proszę… – wyszeptała, wyciągając rękę w stronę starego wilka morskiego. W spojrzeniu tej kobiety nieznanej rasy było coś magnetycznego, coś co krzyczało: ona jest wyjątkowa!

Na szczęście dobre serce wygrało z zahartowanym umysłem i podyktowało właściwą drogę.

– Opuścić broń! – nakazał.

Marynarze popatrzyli po sobie.

– Opuścić, powiedziałem! – Na dźwięk tych słów lisica straciła przytomność, zupełnie jakby poczucie bezpieczeństwa odcięło wymuszoną świadomość. – Elon…! Grizbal! – wywołał dwóch z załogi. – Zanieście ją do mojej kajuty.

– Ale kapitanie, a co jak się obudzi? Może jest groźna? – protestował pierwszy Elon zdziwiony nagłą zmianą zachowania Lucjana.

– Nie gadać, tylko wykonać! A reszta wraca do pracy; przed nami długa droga do portu! – rozkazał, używając kapitańskiego przywileju do pominięcia tłumaczeń.

Marynarze zabrali się do pracy. Większość z nich stanowiła stała załoga Nemres, a ci wiedzieli, że stary Zarekin wyczuwa zagrożenie lepiej niż surykatka ze stepów Rana-Medanamarh, przyczajona na warcie przed norą: jeśli mówi, że jest bezpiecznie, to jest bezpiecznie. Tylko pierwszy Elon i wachtowy Grizbal powątpiewali w słuszność polecenia, jakie otrzymali. Ale rozkaz to rozkaz.

Obaj delikatnie unieśli dziwnego rozbitka, a Grizbal zastygł w miejscu, gapiąc się na smukłą sylwetkę pokrytą włosiem w różnych odcieniach bieli.

– Powiem ci, Elon, że gdyby nie sierść i ogon, to niezła by z niej laska była.

– Kurwa, Grizbal! Strzep sobie wiosło, bo niedługo to za nami będziesz biegał!

– Jak się nie pośpieszycie, to obaj będziecie mi szable szorować!!! – ponaglił ich kapitan, przerywając bezsensowną dyskusję.

Mężczyźni ostrożnie znieśli rozbitka pod pokład i ułożyli na pryczy w kapitańskiej kajucie. Lucjan wyciągnął dwa nieużywane koce, pierwszym delikatnie wytarł sierść z wilgoci, a drugim otulił wyziębioną kobietę. Lisica – nadal we śnie – wygięła usta w wyraźny uśmiech, w ten sposób dziękując mu za pomoc. Ustały też dreszcze, które targały jej ciałem.

– Nie stójcie jak beczki bimbru! – Zarekin krzykną na marynarzy, którzy przyglądali się twarzy nietypowego gościa, częściowo przesłoniętej przez grzywkę w kolorze białego srebra. – Elon, idź do mesy po trochę ciepłej zupy. A ty, Grizbal, wracaj na pokład!

– Aj, kapitanie! – krzyknęli równocześnie.

Wychodząc, niemal zderzyli się w drzwiach: żaden nie chciał oderwać wzroku od dziewczyny. Lucjan pogonił ich ostrym spojrzeniem i przysiadł naprzeciwko śpiącej. Nic nie zapowiadało jej rychłej pobudki, więc przypalił fajkę nabitą aromatyzowanym wiśniową korą tytoniem i dokończył resztkę brandy.

Spokojny sen kobiety nagle przeszedł w majaki, którym towarzyszyły szybkie ruchy gałek ocznych widoczne pod cienką skórą powiek. Lisica zaczęła wzdrygać rękoma i składać mamrotanie w słowa. Jedno było pewne: nie śniła o niczym przyjemnym. Wiercąc się, zrzuciła koc, a gdy Lucjan wstał, żeby ją przykryć, poderwała się gwałtownie. Duże niebieskie oczy omiotły otoczenie. Z palców wysunęły się szpony.

Kapitan odsunął się na tyle spokojnie, na ile zaskoczenie mu na to pozwoliło. Wiedziona instynktem zdezorientowana Lisica mogła zaatakować. Wycofał się jeszcze dalej, za biurko, żeby dać jej przestrzeń: co jak co, ale pokaźne pazury wzbudzały respekt i rozsądek nakazywał ostrożność.

– Gdzie ja jestem? – spytała, zdając sobie sprawę z jego obecności.

– Jesteś na statku rybackim Nemres pod banderą Jokivaru.

– Statek? Morze? Co ja tu robię…?

– Wyłowiliśmy cię z morskiej toni podczas połowu… Panienko? – wyjaśnił Kapitan, ryzykując stwierdzenie „panienko”. Pomimo widoku wyraźnie zarysowanych piersi nadal nie był pewien, jakiej płci był rozbitek: nigdy nie spotkał kogoś takiej rasy. – Miałem nadzieję, że to panienka wyjawi więcej szczegółów na swój temat – otaksował ją badawczym spojrzeniem, na co zareagowała, przykrywając się kocem.

Zarekin odwrócił wzrok i skarcił się w myślach.

– Na razie odpoczywaj – dodał bardzo spokojnym głosem. Chciał sprawić, aby poczuła się bezpiecznie – co zdawało się przynosić efekt: szpony skryły się w opuszkach.

Niestety do kajuty wszedł – a raczej wpadł – Elon. Potknął się o próg, niosąc miskę z gorącą kartoflanką i lekko czerstwą bułkę. Kończyli już rejs, więc zapasy nie były pierwszej świeżości.

Lisica zaalarmowana obecnością nieznajomego naprężyła smukłe ciało i zjeżyła sierść na grzbiecie, szykując się do obrony.

– Spokojnie, panienko. – Zareagował Lucjan, a marynarz stanął tuż za felernym progiem i łypał nerwowo na kapitana. – To tylko mój Pierwszy Elon, przyniósł ci ciepłą strawę – wyjaśnił Zarekin.

Kobieta opuściła gardę, ale nadal bacznie przyglądała się młodemu mężczyźnie o pociągłej twarzy i chudych ramionach. Elon zbliżył się ostrożnie i podał jej talerz zupy.

– Proszę; nic wykwintnego, ale nasz kucharz nawet z ziemianka i rzepy wyczaruje dobre danie.

– Dziękuję – odpowiedziała delikatnym głosem i zaczęła jeść. Pierwsza porcja powędrowała do ust z widoczną niechęcią, ale smak cebuli, czosnku i tymianku pobudził apetyt. Resztę spałaszowała w mgnieniu oka.

– No i proszę! – skomentował Lucjan

– To ja przyniosę jeszcze – zaproponował Elon.

– Nie, nie trzeba. Bardzo dziękuję – odrzekła i oddała mu miskę, serwując delikatny uśmiech.

Zarumienił się.

– Zostaw nas samych – nakazał kapitan. – Może z pełnym żołądkiem panienka powie nam coś więcej o sobie.

Elon z niechęcią usłuchał i wrócił na pokład, zahaczając o mesę wypełnioną zgrają ciekawskich kamratów. Zarekin podpalił przygasłą fajkę, roztaczając wokół aromat gatunkowego tytoniu przeplatanego dymnym zapachem palonej kory.

– To zacznijmy jeszcze raz… – zagabnął i usiadł w fotelu naprzeciw swojego futrzanego gościa. – Ja nazywam się Lucjan Zarekin i jestem kapitanem statku rybackiego Nemres.

– Miło mi kapitanie. Ja… – przerwała. Zdała sobie sprawę, iż nie pamięta niczego sprzed przebudzenia na rufie. Gdy sięgała głębiej we wspomnienia, myśli przemieszały się w bezkształtny splot niemający ani sensu, ani umiejscowienia w czasie.

– Au! – syknęła, zaciskając powieki. Kłujący ból wwiercił się jej w czaszkę i przeszył potylicę.

Lucjan poderwał się z siedziska.

– Coś się dzieje, panienko?

– Jakaś potworna migrena. – Złapała się za głowę, wykrzywiając usta w grymas cierpienia. Dźganie eterycznym ostrzem ustało, gdy tylko przestała grzebać pamięcią w przeszłości.

Zabrała dłoń zza głowy i zatrzymała ją przed oczami.

– Czym ja jestem...? – wyszeptała, skupiwszy wzrok na śnieżnobiałym, delikatnym futrze wyściełającym nawet koniuszki palców.

– Niestety nie potrafię na to odpowiedzieć, panienko. Z racji wieku i zawodu widziałem już wiele ras, ale nigdy nikogo podobnego do panienki.

– Mam straszny zamęt w głowie, wszystko jest takie… rozmyte, niewyraźne. Słyszę głosy, ale nie rozpoznaję słów. We wspomnieniach widzę mgliste sylwetki, ale nie wiem, kim są. – Zakryła rękoma twarz. Śnieżny puch pomiędzy palcami zwilżył się lekko.

– Jeśli mogę coś zaproponować… – wtrącił się Zarekin. – To na razie radziłbym zostawić przeszłość w spokoju; proszę mi wierzyć, panienko… Ta zawsze nas znajdzie czy tego chcemy, czy nie. Jest pani tu i teraz, bezpieczna, i to jest najważniejsze.

Kobieta uniosła głowę, odsłaniając piękną twarz, otarła oczy i przytaknęła. Najwyraźniej słowa otuchy odniosły skutek.

– No i tak już lepiej! – wykrzyczał entuzjastycznie Lucjan ucieszony z iskierki nadziei, którą zaszczepił w rozbitku. Pomimo iż dla załogi był szorstki, to prywatnie uchodził za dobrego człowieka; sam zawsze mawiał: „Z marynarzami nie można się cackać, bo na łeb wejdą i do kapelusza nasrają”.

– Jedyne, czego teraz potrzebujemy, aby lepiej się poznać – kontynuował zachęcony jej pozytywną reakcją – to imię, a skoro panienka go nie pamięta, to możemy wymyśleć jakieś tymczasowe. – Zaproponował. – Coś przychodzi panience do głowy?

– Anax – wypowiedziała bez namysłu. – Tyle rozumiem ze słów, które rozbrzmiewają echem w mojej głowie; może jak będziemy to powtarzać, to przypomnę sobie resztę.

– I to się nazywa dobre nastawienie! Zatem, panienko Anax, miło mi panienkę poznać. – Wstał zza biurka i wyciągnął do niej rękę w geście powitalnym, a białowłosa pasażerka podała mu miękką dłoń, zdobiąc twarz przepięknym uśmiechem. Wtedy statkiem porządnie rzuciło, aż z komody pospadały mapy.

– Co u licha!? – skomentował kapitan.

Nemres znowu szarpnęło. Tak gwałtownie, że Lucjan ledwie utrzymał się na nogach.

– Proszę tu zostać i wypocząć, a ja w tym czasie sprawdzę, co tam się dzieje – poprosił Anax, po czym pochwycił lampę uwieszoną na haku i opuścił kajutę.

Lisica siedziała przez moment w ciszy, rozmyślając nad swoją sytuacją. Za każdym razem, gdy próbowała wyklarować któryś z obrazów nawiedzających umysł, kończyło się to atakiem kłującego bólu głowy. W tym czasie łodzią kołysało coraz mocniej – i coraz częściej. Z pokładu ponad nią dochodziły przytłumione krzyki. Ciężko było się skupić przy tym zamieszaniu, nie mówiąc już o śnie, więc postanowiła nieco się rozejrzeć. Wysunęła nogi spod przykrycia i stanęła na łapach. Lisi ogon uwolniony od narzuty omiótł jej uda. Pochwyciwszy go, pogłaskała grube mleczne włosy – były miękkie i niezwykle miłe w dotyku.

Po kilku podskokach testujących sprawność nóg i rozciągnięciu mięśni, podeszła do lustra i przyjrzała się odbiciu. Delikatna dziewczęca buzia porośnięta króciutką sierścią, długie srebrzyste pukle opadające na pokryte włosiem ramiona oraz wystające spiczaste uszy zwieńczone kępką czarnego futerka. Wszystko to tworzyło wyjątkowe połączenie, które wydało się jej niezwykle urocze.

– Kim ty jesteś, Anax? – spytała samej siebie, chwytając za policzki.

Nemres rzuciło na lewo, a w pomieszczeniu rozbrzmiał basowy dźwięk niczym dudnienie ogromnego bębna. Spłoszona Anax owinęła się kocem i ostrożnie uchyliła drzwi od kajuty. Na korytarzu krzyki dochodzące z pokładu były bardziej wyraźne. Wyszła z pokoju mimo zakazu Lucjana i wspięła się po stromych schodach. Gdy z trudem otworzyła drewnianą klapę, porywisty wiatr poderwał ją razem ze skrzydłem. Na zewnątrz szalał sztorm. Wiatr wył złowieszczo. Upadła na deski, a koc, którym okryła ciało, uleciał gdzieś w objęcia żywiołu. Uniosła głowę. O kadłub uderzały wysokie fale. Marynarze walczyli z chaosem, uwijając się przy takielunku, zaś kapitan sam stanął za sterem, podejmując próbę ucieczki przed nadciągającym żywiołem.

– Panienko Anax…! Proszę się schować! – krzyczał, gdy dostrzegł pasażerkę, wczepioną pazurami w poręcz przy rozwartej klapie. Sam z ledwością utrzymywał ster, podczas gdy potężne uderzenia powietrza próbowały zepchnąć go za burtę.

Anax słyszała jego wołanie, ale coś innego krzyczało znacznie głośniej, dusząc inne odgłosy. Za każdym padającym grzmotem podążało echo gniewnego wrzasku. Nie słowa, lecz czysta żądza; gniew, który rozchodził się w powietrzu… Nie… w czymś innym. Słowa uderzały mocą niezależnie od kierunku atakującego wichru. Intensywne emocje szarpały jej ciałem, zalewając umysł obrazami zniszczenia.

Spojrzała w stronę centrum nadchodzącej nawałnicy.

To stamtąd, pomyślała; stamtąd płynie ta furia i wypełnia całą przestrzeń.

Właśnie tam, w centrum szalejącego żywiołu rodził się ten hałas, ten ryk opatrzony czerwonym pioruem. Puściła drewnianą poręcz, a uderzenie większej fali w połączeniu z wiatrem zepchnęły ją na reling przy lewej burcie.

– Panienko!! Proszę wracać!! Tu jest niebezpiecznie!! – Zarekin mógł tylko krzyczeć. Puszczenie steru oznaczałoby upadek w głodną toń.

Anax nie słyszała pogrążona w transie.

Ruszyła w stronę bukszprytu. Marynarze przywiązywali linami wszystko, co cenne – łącznie ze sobą – szykując się na uderzenie serca nawałnicy. Grotmaszt trzeszczał pod naporem zawiei. Spieniona woda chłostała pokład i tylko kapitan, stojąc na podwyższeniu, ogarniał wzrokiem wszystko, co się działo.

Anax wspinała się w poziome, pod wiatr, podciągając na relingu. Minęła Lucjana, stanęła nad podniszczonym aflastonem i skierowała wzrok ku rozświetlonym błyskawicami chmurom. Czerwone szramy rozcinały granatowe wodniste chmury.

Jej oczy zapłonęły błękitem.

– Usłysz mnie czerwieni splocie! Gniewny śpiewie, krwi pomiocie! – Wiedziona odruchem zaczęła kształtować mantrę. Pokład poprzecinały bruzdy szronu, a oddechy marynarzy ścięły się w parę. Symetria magicznego pola napięła się jak struna.

Słowa przychodziły same, wyciągane z umysłu niczym nić ładu z kotłowiska myśli.

– Jam jest błękit, ładu bastion, usłysz mój siostrzany spokój: Amare, Inua-nar, Te-el – dokończyła mową Pierwszych i uniosła rękę. Z białej dłoni wybuchło światło tak mocne, iż marynarze uznali to za piorun uderzający maszt okrętu. Niektórzy odruchowo padli na deski, zakrywając głowy. Gejzer rozdartej symetrii wystrzelił magiczną mocą.

Wiatr przestał świszczeć. Okręt osłonił klosz ładu, strefa wygaszonej burzy. Zatopiona w lśnieniu kobieta ponownie splotła słowa w zaklęcie.

– Amare, Inua-nar, bracie…

Fale przestały uderzać o burtę z siłą sztormu. Grzmoty pohukiwały coraz dalej i dalej. Kapitan zdjął przemoczony kapelusz. Nie dowierzał w to, czego był świadkiem. Nawałnica, żywioł nie do okiełznania, zguba wielu jego druhów, pokornie zmieniła kierunek.

– Dzięki Celeście. – Odetchnął z ulgą, gdy jego twarz pogłaskała fala chłodnego, kojącego powietrza.

Światło wokół Anax wygasło i lisica osunęła się na deski. Marynarze – z kapitanem włącznie – mogli się tylko domyślać, co zaszło, ale jedno stało się pewne: nietypowy wygląd wyłowionego rozbitka to tylko czubek góry lodowej zbudowanej z tajemnic.

 

***********

Okładkę można sobie zobaczyć pod adresem poniżej:)

https://www.wattpad.com/story/348880591-pi%C4%99%C4%87-domen-tom-ii-wiatry-zmiany

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • Vespera rok temu
    Dobry początek! I lisica jaka śliczna magiczna...
  • MKP rok temu
    Tak, jest przepiękna w moich wizjach:)
  • Sufjen 10 miesięcy temu
    Dobre to i wciągające. Cieszę się, że trafiłem pod Twój adres. Choć widzę, że to tom 2 - muszę wszystko nadrobić. Pozdrawiam! :)
  • MKP 10 miesięcy temu
    A dziękuję:) Polecam zacząć od tomu pierwszego, a potem przejść przez opowiadanie Przyjaciel. To pierwszy wymaga nieco korekty, więc apeluję o wyrozumiałość na interpunkcję i literówki😁😁
  • Sufjen 10 miesięcy temu
    MKP Bardzo chętnie się zapoznam :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania