Pokaż listęUkryj listę

Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz 44

HEKTOR cz. 1

 

Hektor, po rozstaniu z Selektą, na tyłach siedziby namiestnika, pozbywszy się kruczego pancerza, postanowił zabrać ledwie żywego kapitana Kristoffa do świątyni w wewnętrznym kręgu: wierny koronie weteran, był w tak złym stanie, że długa podróż z pewnością by go dobiła.

Strażnicy rozstawieni, tu i ówdzie, na terenie wokół pałacu, na widok cesarskiego glejtu, przepuszczali Wulkira bez kontroli, a oświadczenie, iż eskortuje dotkniętego plagą służącego, tym bardziej zniechęcało do wnikliwej inspekcji. Hektor miał jednak świadomość, że to się może zmienić w każdej chwili: w więzieniu zostawili przecież kilku nieprzytomnych strażników.

Z duszą na ramieniu, ruszył w stronę siedziby kultu Imaltis. Musiał, czym prędzej opuścić miasto, ale na przeszkodzie stały mu dwa strzeżone mury i przysięga na honor, iż sprowadzi Arcykapłana Sareda do Oruun w jednym kawałku. Weteran nie chciał sprzeciwiać się rozkazom a ponad wszystko, nie chciał łamać rycerskiego słowa; postanowił, że jeszcze raz spróbuje przemówić kapłanowi do rozsądku.

Będąc już blisko sanktuarium Matki, uwiązał konie przy jednym z licznych poideł rozlokowanych na obrzeżach Starego Miasta i, wpierw sam, boczną ścieżką, zbliżył do budynku. Przed tylnymi drzwiami ani wokoło, nie dostrzegł Kruków. Wrócił po Kristoffa i pomógł mu wejść do środka. W progu dobył kruczego gladiusa przytroczonego u pasa i ostrożnie wszedł do środka.

Wewnątrz nie zastał nikogo prócz chorych i kilku mnichów, którzy ich doglądali. Schował ostrze by nie wzbudzać paniki, ale miał się na baczności.

Przekazał kapitana w ręce jednego z pełniących posługę, dodając pokaźną dotację na kościół w zamian za opiekę i milczenie. Grubej sakiewce towarzyszyła również obietnica jeszcze większej ofiary, jeśli Weissmanowi włos z głowy nie spadnie do czasu jego powrotu.

Sam nie wiedział, kiedy to będzie i czy w ogóle się stanie, ale tu kapitan miał największe szanse przeczekać bunt Walończyków.

Pozostał jeszcze hierarcha Sared.

Wulkir szedł powoli, przyparty do ściany i trzymał się z dala od wysokich okiennic, choć przy jego rozmiarach ciężko było nie rzucać się w oczy. Na miejscu ostrożnie uchylił drzwi do celi Sareda i zajrzał do środka. Arcykapłan leżał na łóżku majacząc coś przez sen. Wewnątrz nie było nikogo oprócz niego. Zbliżywszy się, Hektor chwycił go za ramię.

– Ojcze Saredzie – szepnął. – Eminencjo. Musimy stąd uciekać – potrząsnął nim nieco mocniej a arcykapłan otworzył podkrążone oczy i popatrzył na niego błędnym spojrzeniem.

– Nie mogę stąd odejść – zadeklarował leniwym głosem – Muszę czekać na powrót matki; muszę przeprosić za to, co uczyniłem – dodał, bełkocząc bez sensu.

– Przeprosisz w Oruun. Chodźmy już! – Wulkir szarpnął go za rękę, ale kapłan wyrwał się gwałtownie.

– Zostaw mnie! – krzyknął. – Hektor odskoczył i rozejrzał się nerwowo.

– Muszę pokutować – dodał po chwili Sared.

Do pokoju, przez wąskie okno, wpadały promienie zachodzącego słońca, a z zewnątrz dobiegał odgłos rozmowy. Wulkir wyjrzał przez świetlik. Przy wejściu stał włócznik kruków i rozmawiał z czterema innymi, ciężko uzbrojonymi piechurami. Imię Hektor padło bardzo wyraźnie. Kapitan odsunął się od szyby. Zaczęło się, pomyślał i wrócił do Kapłana.

– Musisz tu zostać. Teraz całe cesarstwo jest w niebezpieczeństwie, a ty robisz za dużo hałasu – Hierarcha nic nie odpowiedział tylko wrócił do recytowania modlitwy w pół-śnie.

Hektor czół się fatalnie, ze złamaniem rycerskiego słowa, ale zdawał sobie sprawę, co jest priorytetem: dostarczyć wieści do stolicy. Zabrał swój dwuręczny miecza spod ściany i przekroczył próg celi.

Oczywistym było, iż nie może wyjść frontem a od strony tylnych drzwi doszedł go brzęk metalicznych kroków. Adrenalina buzowała mu krew i zaciskała dłonie na rękojeści. Szykował się do walki.

Wtedy przypomniał sobie szeroki wlot od zsypu, który rzucił mu się w oczy podczas rozmowy z Selektą w piwnicy. Lady Selekta… zatrzymał myśli dłużej na wspomnieniu o niej – dłużej niż by się tego spodziewał.

Po chwili otrząsnął się i skoncentrował na ucieczce.

Szyb był jedyną szansą, aby wydostać się ze świątyni bez wszczynania krwawej jatki. Zszedł ostrożnie do podziemia. Za plecami usłyszał lament kapłanów, a odgłosy marszu rozbrzmiewały coraz bliżej.

Nie było już odwrotu.

Całe szczęście pamięć go nie zawiodła i w rogu spiżarni, nad hałdą ziemniaków, dostrzegł szeroki otwór w ścianie. Podszedł bliżej. Od zewnątrz wyjście zakrywała drewniana klapa, najprawdopodobniej zaryglowana. Przez szpary w deskach nieprzerwanie przebijało naturalne światło. Po drugiej stronie nie było nikogo, ale wąskie – jak na niego – przejście mogło stanowić problem.

Ledwie wspiął na wysokość wylotu: ziemianki uciekały mu spod nóg lub zmieniały w miazgę. W końcu, na czworaka, dotarł szybu i przecisnął do klapy.

Niestety przypuszczenia okazały się słuszne. Drewniane drzwiczki zaryglowano. Nie mógł wyłamać zamka, żeby nie zwabić nikogo po drugiej stronie. Dobył miecz, wsunął sztych pomiędzy deski i ostrożnie uniósł skobel, uwalniając spróchniałe skrzydła.

W samą porę.

Szybki marsz rozbrzmiał na schodach do piwnicy. Hektor, z trudem, przecisnął się przez wlot i wyszedł na zacieniony zaułek pomiędzy dwoma budynkami. Udało się, westchnął; jednak pomimo chwilowego triumfu nadal nie był bezpieczny. Musiał przedostać się do rycerzy, z którymi przybyła Mistrzyni Weil, i opuścić Watenfel, a ci stacjonowali w karczmie przy zewnętrznym murze.

Całe szczęście wewnętrzny krąg miał ciasną zabudowę, więc bez trudu trzymał się zakamarków i ciemnych uliczek, skutecznie omijając liczne patrole, które teraz z pewnością szukały i jego i Trybady. W maskowaniu pomogła mu skradziona z suszarki narzuta, której użył, jako płaszcza.

Bramę w pierwszym murze pokonał w tłumie kupców kłębiących się przy bronie. Coś spowodowało nie lada panikę wśród miejscowych. Skorzystał z zamieszania i schował pod jednym wozów. W końcu dotarł na podwórko gospody, którą wskazała Selekta, ale było już za późno. Przed wejściem kilku Kruczych włóczników dyskutowało z Pieśniarzem z oruńskiej eskorty.

Skrył się za beczkami z piwem. Walońscy piechurzy stali zwróceni do niego plecami, ale stojący naprzeciw nich rycerz zauważył go w oddali. Hektor dał sygnał, aby go nie ujawnił. Po chwili włócznicy odeszli, a mężczyźni spotkali się na tyłach karczmy.

– Co oni chcieli? – spytał Kapitan, zdziwionego rycerza.

– Pytali o pana Sir i Lady Selektę. Podobno namiestnik wydał całkowity zakaz opuszczania miasta ze względu na zarazę.

– Łżą psy! – Stary Wulkir zacisnął pięść ze wściekłości, ale po chwili się uspokoił.

– To znaczy, że jej nie dorwali – oznajmił. – Gdyby wiedzieli, że nikt z nas nie opuścił miasta, zamiast rozmawiać wyrżnęli by was, co do jednego. Musimy siłą przedrzeć się przez bramę, choćby jeden.

– Kapitanie, o co tu chodzi? Gdzie jest lady Weil? – Pytał zdezorientowany kawalerzysta, a Hektor złapał go za ramiona.

– Wojna synu! To miejsce nie należy już do cesarstwa. Lady Selekta została porwana, ale pomogłem jej uciec. My też musimy iść w jej ślady. Szykuj wszystkich! To będzie krwawa noc, ale przynajmniej jeden musi się wydostać i zawiadomić Stolicę. – Pieśniarz zrobił wielkie oczy, ale nie oponował. Znał Hektora z bitew pod Rdzawymi Szczytami.

– Zrozumiano kapitanie.

– Wróć do karczmy i zbierz wszystkich, tylko bez nerwowych ruchów. Spotkamy się na piętrze.

– Rozkaz kapitanie Eldenfist – Rycerz odmaszerował, aby zaalarmować resztę eskorty. Nie było ich wielu, ale mieli efekt zaskoczenia po swojej stronie. Czas nie był ich sprzymierzeńcem. Fakt, że Walon nie chciał jeszcze otwartej wojny nie oznaczał, że nie chce jej za wszelką cenę. Sytuacja mogła się zmienić w każdej chwili.

– Gdybyś tu tylko była Mirando – westchnął Wulkir i bocznymi drzwiami wszedł do karczmy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania