Pokaż listęUkryj listę

Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 46

*****Historia i Mitologia ludów Młodszych*****

 

Kraina Walonu była niegdyś kolebką pierwszej Asurjańskiej (młodszej) cywilizacji zwanej Bak-Ha, co we wspólnej mowie Starszych, oznaczało „Owłosieni”. Ich społeczeństwo w głównej mierze tworzyli Bruki o charakterystycznym, ciemno-granatowym umaszczeniu, którzy samych siebie nazywali Bakharami od imienia ich głównej bogini, Bakharaki .

Według legend ówczesną stolicą tych ziem było mityczne Munpares opisywane w zwojach, jako monumentalna rzeźba, wykuta bezpośrednio w stromych, oblodzonych zboczach Chamankadaru. Architektura miasta ponoć wykorzystywała naturalne wodospady, jako źródło krystalicznej wody, a wyciosane w granitowych ścianach, skalne półki, stanowiły podpory pod egzotyczne, wiszące ogrody. Nic, więc dziwnego, że na przełomie setek lat nie brakowało śmiałków, którzy w poszukiwaniu tej zagubionej metropolii, przedzierali się przez dzikie ostępy pierwotnego lasu Amuen.

Niestety, jak do tej pory, pomimo wielu wypraw nie odnaleziono żadnego śladu po Munpares, jedynie pomniejsze miasta-świątynie takie jak Ehlat; aczkolwiek ogromny most na rzece Baskir ciągle przypominał o wielkości jego twórców.

Nikt, łączne ze spokrewnionymi z Bak-ha, Bruków z gór Tanagaru , nie posiadał wiedzy o tym, co stało się z tym pierwotnym ludem, a przez wieki wyobraźnia zrodziła mnóstwo legend i mitów, które szczelnie uzupełniły luki w faktach.

Jedna z tych legend, głosiła iż Nocni Bakharaci zbuntowali się przeciwko opresyjnym Rządcom z Munpares i doprowadzili do wyniszczającej wojny domowej. Kiedy przegrana Rządców stała się kwestią czasu, magowie Skalnego Miasta, zwarli szyki w ostatnim zaklęciu, które zawaliło stolicę zabijając większość buntowników, lecz nim Munpares runęło, Rządcy teleportowali się na Koralowe Wyspy jednocząc ze Starszymi z plemienia Eufmerów.

Jak każda legenda również i ta miała w sobie ziarno prawdy, a pewnikiem było, iż zatrważająca większość Bakharów zniknęła bez śladu wraz z ich stolicą.

 

**********

 

JEJ SEN

 

Na farmie Ozirów – a raczej tym, co z niej zostało po pożodze – wszyscy szykowali się do podróży: Eliota i Atmę czekał lot do Sefalos, Safonka i Arkanistka próbowały wpakować Blezera na kulbakę z zamiarem późniejszego przesłuchania w wieży Markusa, a Emir ładował powóz resztką zachowanego dobytku. Ozirowie stwierdzili, że nie są tu bezpieczni, więc postanowili wyruszyć do Dannanhal, odwiedzić brata Otmar, Rufusa, który prowadził tam gospodę.

Otmar w dalszym ciągu ciężko przeżywała nadchodzącą rozłąkę z synem. Ku przerażeniu Atmy, tobołek chłopca ustawicznie zwiększał swoją objętość, pomimo zapewnień Starszej, iż na miejscu nie zabraknie mu świeżej odzieży.

– Weźmiesz jeszcze ciepłe skarpetki… W górach może być zimno. O! I jeszcze rękawiczki, i może jakąś czapkę i…

– Mamo…? – odezwał się Eliot obserwując nerwowe zachowanie Matki. – Czy na pewno wszystko z tobą w porządku? – dodał z niepokojem.

– Tak! – warknęła nawet nie patrząc w jego stronę – Jeszcze drugi sweterek; jeden to za mało. Poczekajcie zaraz przyniosę – Otmar ruszyła na strych, ale nim weszła na pierwszy szczebel drabiny, poczuła dużą, lecz delikatną dłoń na ramieniu.

Atma nie musiała nic mówić. Otmar zatrzymała się w miejscu i zaczęła dygotać.

– Wiem! – wycedziła przez zęby, po czym odwróciła się i z wymuszonym uśmiechem na ustach, przykucnęła na przeciw Eliota.

– Bądź grzeczny! – pogroziła mu palcem. – Żebym nie musiała się za ciebie wstydzić! Zrozumiano! – Uszczypnęła go w policzek.

– Oj mamo, weź! – zawstydził się i zarumienił, ale po chwili rzucił się matce na szyję. – Uważajcie na siebie z tatą. Bardzo was kocham. – Dał jej całusa w policzek i podszedł do Orędowniczki.

– Jestem gotowy Pani Atmo – oznajmił bez cienia strachu.

– Zatem w drogę – odpowiedziała Starsza i wyszli na podwórze. –Do zobaczenia wkrótce – zapewniła przerażoną Otmar i rozłożyła strzeliste skrzydła. Słońce prześwitywało pomiędzy jej ogromnymi, białymi lotkami, rzucając na ziemię mozaikę z pasiastych cieni. Światło zdawało się tańczyć na krawędziach piór załamywane przez ozdobne klejnoty i koraliki osadzone na stosinach.

Atma wzięła Eliota w ramiona wraz z jego tobołkiem i chwilę później wznieśli się ponad chatę. Załamana Matka patrzyła w niebo na malejący kształt i z mocno zaciśniętą szczęką, wymuszała krzywy uśmiech.

– Nie rycz, nie rycz, nie rycz… – powtarzała sobie pod nosem niczym mantrę, ale gdy zniknęli w obłokach, emocje eksplodowały. Upadła na kolana, a łzy lunęły potokiem. Pozostała w tej pozycji przez chwilę, po czym wstała i z grobową miną weszła do chaty.

Po drugiej stronie domu, Emir dołączył do zmagań z niedoszłym zabójcą, który szarpał się i miotał przy każdej próbie wpakowania go na konia.

– Nie utrudniaj gnido! – Safonka brutalnie szarpnęła Blezerem. – Skoro nie chcesz po dobroci… – rąbnęła go w brzuch, ale zabójca tylko spojrzał na nią z politowaniem, co jeszcze bardziej ją rozgniewało. Emir cały czas przytrzymywał zamachowca, zapierając się nogami o pobliski kamień. Selekta wzięła mocny zamach, szykując do kolejnego ciosu. Na szczęście Lejla złapała jej ramię i powstrzymała w ostatniej chwili.

– Nie mów, że ci go nagle szkoda!? – spytała zdziwiona Selekta.

– Nie… ale są inne sposoby, żeby kogoś nakłonić do współpracy, niż zatłuc na śmierć – oznajmiła z przekąsem Arkanistka i wyciągnęła z torby znajomo wyglądającą fiokę. – Poznajesz? – uśmiechnęła się do Trybady.

– Tia… To samo roztrzaskałam na gębie strażnika w więzieniu. W sumie to dobry pomysł, bo już mnie bolą ręce od tłuczenia tego śmiecia.

– Przytrzymaj mu głowę Emirze – poprosiła czarodziejka i przełożyła dłoń fragmentem peleryny wysypując nań rdzawy proszek.

– Dobrze – potwierdził farmer i pewnie pochwycił czerep, szamoczącego się zabójcy.

– Odwróć się i wstrzymaj oddech – Ozir posłuchał, a Czarodziejka dmuchnęła proszkiem w twarz Blejzera. Postawny mężczyzna wpierw zwiotczał by po chwili całkowicie ulec truciźnie. Spoczął bezwładnie w rękach Emira i wraz z Selektą wsadzili go na konia, obwiązując liną, aby nie spadł podczas jazdy.

W progu chaty stanęła Otmar. Miała bladą twarz, a oczy sine od płaczu. W rękach niosła dwie pokaźne torby. Emir domyślił się, że syn już odleciał razem ze starszą. Chciał przytulic żonę, ale ona tylko przeszła obok niego obojętnie, wrzuciła klamoty na powóz i wgramoliła się do środka.

– Muszę się przespać – burknęła zasłaniając wejście i ułożyła na skromnym posłaniu pośród niewielkiego dobytku, który przygotowali na drogę. Lejla patrzyła na to z bólem serca. Chciała dodać kobiecie otuchy, ale zbrakło jej słów.

– Proszę się nie martwić panienko. To twarda sztuka nic jej nie będzie – oznajmił Emir widząc jak Arkanistka idzie w jego stronę.

– Ehh.. – Westchnęła Lejla i przysiadła tuż przy miejscu dla woźnicy – A co będzie z farmą i zwierzętami, które ocalały? – spytała Emira, który właśnie zajął miejsce obok niej.

– Sąsiedzi będą doglądać. Sporo stracili w czasie plagi, więc dodatkowe jaja i mleko bardzo im się przydadzą.

– To dobrze. Jedźmy już. Im dalej stąd, tym bezpieczniej – oznajmiła Lejla. Czym prędzej chciała dotrzeć do wieży Markusa i przekazać wieści: o buncie, o zamachu, o wszystkim, czego tu doświadczyli, jednak najsilniejszym pragnieniem była chęć ostrzeżenia Wilfreda: fakt, że zostanie pojmany, a może nawet zabity mroził jej krew w żyłach.

Emir pognał konie i powóz ruszył.

Do Dannanhal było kilka dni drogi: postój był nieunikniony. Po nieprzespanej nocy wszyscy słaniali się na nogach, a Lejla szturchała Emira, kiedy zdarzało mu się na dłużej przymknąć oczy, podczas jazdy.

Im dalej na północ się kierowali tym zniszczenia dokonane przez szerzącą się plagę, były bardziej widoczne: opustoszałe farmy, okrążone przez puste pola i ogołocone z liści, spróchniałe drzewa, przypominały miasta duchów. Nawet śpiew ptaków należał do rzadkości.

Gdy słońce chyliło się ku zachodowi, zatrzymali się na polanie, z dala od drogi aby rozbić obóz. Ze względów bezpieczeństwa gospoda nie wchodziła w grę. Konieczna była też warta, więc cała trójka – nie wliczając Otmar – podjęła decyzję by spać na zmiany. Selekta widziała jak Lejla i Emir podpierają się nawzajem walcząc z opadającymi powiekami, więc zgłosiła się na ochotnika do pierwszej straży. Otmar nadal twardo spała na tyłach powozu, co chwila roniąc łzy i bełkocząc coś bez sensu. Podczas drogi budziła się tylko na toaletę i posiłek, i nic nie mówiła. Nikt zresztą o nic nie pytał w obawie, że zburzy jej chwilową równowagę emocjonalną.

Po rozpaleniu ogniska czarodziejka podała bandycie kolejna dawkę sproszkowanej nindry, jednak wpierw Safonka eskortowała go na stronę, żeby podczas wymuszonego snu nie zapaskudził Ozirom narzuty.

Jak Blejzer na dobre odpłynął w nieświadomość, Lejla przysiadła się do zapatrzonej w ogień przyjaciółki.

– Zdrzemnę się chwile i przejmę wartę – oznajmiła i ziewnęła pociągle. – Ty też musisz być zmęczona tym wszystkim – dodała i spojrzała na Trybadę przez wąską szparę między powiekami.

– Nic mi nie jest mała, idź spać, obudzę cię za kilka go… – Nim Selekta zdążyła dokończyć zdanie, poczuła lekkie uderzenie o bark. Głowa Arkanistki opadła bezwładnie, gdy ta pogrążyła się w błogim snie. Safonka wzięła ją w ramiona i z rumieńcem na twarzy przeniosła do szałasu gdzie, wtuleni w siebie, jak para zakochanych nastolatków, leżeli Emir wraz z żoną. Selekta spojrzała na nich, a potem na Lejlę.

– Ehhh…. Szkoda, że ten świat jest taki spierdolony – westchnęła ciężko, ułożyła czarodziejkę na prowizorycznym posłaniu, pogłaskała po głowie i wyszła. Arkanistka przekręciła się na bok, a z spod gorsetu wypadł jej naszyjnik z połową jadeitu. Kryształ mienił się bladym, zielonym światłem.

Po uważnym przyjrzeniu, można było dostrzec ciemną plamę, w jego wnętrzu rozrastającą się ku krawędzi kamienia. W miarę jak cień robił się większy, sen Arkanistki stawał się coraz bardziej niespokojny.

Jej podświadomość zalał mrok: zimny i cichy…

Nie widziała nic prócz bladych przebłysków światła przechodzących przez coś na kształt rzadkiego materiału przesłaniającego jej oczy. Poczuła strach… przeraźliwy, paraliżujący lęk przed czymś, czego nie znała.

Z otoczenia wychwyciła niewyraźne dźwięki: głos był bardzo przytłumiony, jakby zanurzyła się w wodzie. Nie potrafiła zrozumieć słów, aczkolwiek sama forma języka brzmiała znajomo. Wszystko wydawało się bardzo dziwne. Czuła, że idzie, ale nie panowała nad nogami. Powietrze było zimne i wilgotne, a podłoże śliskie. Zatrzymała się, a z jej ust mimowolnie wyszły słowa:

– Dokąd mnie prowadzicie? Gdzie jest mama i braciszek? Ja nie chce iść! – nie usłyszała żadnej odpowiedzi tylko poczuła mocne uderzenie w plecy nakazujące marsz przed siebie.

– Stój! – Rozbrzmiał ciężki, ochrypły głos. Ciało stanęło nie chcąc być ponownie uderzonym. Lejla to wyczuła. Cudze myśli i emocję otaczały ją i przenikały niosąc ze sobą fale: strachu, odrazy, gniewu i nienawiści; wszystko wymieszane i obce.

– Uklęknij! – nakazał nienawistnie jakiś mężczyzna.

– Nie chce! Tu jest mokro?! – padły słowa, których czarodziejka nie miała zamiaru wypowiedzieć. Głos również był inny: bardziej dziewczęcy.

– Klękaj powiedziałem! – Mocny chwyt za kark przycisnął ją do ziemi. Kolana ugięły się same. Upadła, a z głowy zdjęto jej worek.

Lejla przejrzała na oczy, poruszały się niezależnie od jej woli. Przypominało to patrzenie przez dziurkę od klucza lub przez lunetę. Obraz zmieniał się bardzo dynamicznie: raz widziała ściany jaskini porośnięte mchem z niebieską poświatą; za chwilę postać młodego mężczyzny klęczącego obok, z zasłonięta głową.

– Bracie!... Braciszku! Mezmir czy to ty?! – Lejla tym razem poczuła nadzieję i miłość wypełniającą jej serce, ale wkrótce strach powrócił.

Uderzył mocno, panicznie.

Za plecami klęczącego chłopaka stał ktoś jeszcze. Jego jaskrawo-zielone tęczówki przecinały ciemność jak szmaragdowe żyletki. Patrzyły wprost na nią. Czarodziejka nie znała istoty o podobnych przymiotach. W tym momencie coś szarpnęło ją za włosy i chwyciło za głowę.

Czuła wszystko, ale nie miała władzy nad tym, co się dzieje. Obraz ponownie się zmienił. Teraz widziała rozległą przestrzeń z ogromnym, podziemnym jeziorem. Pomimo iż sklepienie ponad nim rozświetlały porosty a w powietrzu błyskały świetliki, nic z tego nie odbijało się w upiornie spokojnej tafli wody. Kolejne pchnięcie, zniżyło jej twarz bardzo blisko ziemi. Czarna ciecz przy brzegu, zabulgotała i zalała skały przed nią.

Z bliska nie przypominała już wody: była gęsta, i bardziej pełzała niż płynęła, przypominając ogromnego, bez-muszlowego ślimaka. Arkanistka wyczuła szybkie bicie serca. Panika rządziła teraz ciałem, w którym zamknięto jej świadomość. Szlam zbliżył się i zaczął kipieć, wznosząc się coraz wyżej i wyżej: ku „jej” twarzy. Czuła, że ciało próbuje się odchylić, ale ręka cały czas mocno przytrzymywała je w pochylonej pozycji.

W pewnym momencie słup cieczy zatrzymał się. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, iż to coś żyję i bacznie się jej przygląda. Nagle oślizgły płyn oblepił jej usta. Arkanistka poczuła przeszywający ból. Starała się wyrwać, ale bezskutecznie.

Ciemność przyszła nagle i przesłoniła jej oczy. Próbowała krzyknąć, ale krzyk był niemy. Wtedy usłyszała znajomy glos…

– Nie lękaj się. To, co było nie zrobi ci krzywdy. Nie walcz, zrozum. Zrozumienie przyniesie wyzwolenie – Jej serce spowolniło, a oddech wyrównał. Unosiła się teraz bezwładnie w przestrzeni, jakby płynęła. W mroku dostrzegła malutkie światełka pulsujące na horyzoncie.

 

Tylko, gdy serce, mrok spowije,

dostrzeżesz światło: błądzące, niczyje.

To nadziei zalążek, błyskiem swawoli.

Zarzewiem ogniska… jeśli ktoś mu pozwoli – wyszeptał głos.

 

Znajomy rym pozwolił jej rozpoznać właściciela tego kojącego tonu: w końcu już dwukrotnie odwiedzał ją w snach.

– Wstawaj – usłyszała nagle, a echo powtórzyło to jeszcze kilkukrotnie, za każdym razem nieco zmieniając barwę głosu. Brzmienie coraz bardziej przypominało Selektę.

– Mała, wstawaj! – Arkanistka obudziła z otwartymi ustami, łapiąc głęboki oddech.

– Co się stało? Gdzie ja jestem?! – pytała błądząc świadomością pomiędzy snem a jawą.

– Uspokój się. Miałaś koszmar – oświadczyła Trybada. Lejla skupiła wzrok i rozpoznała twarz przyjaciółki. Odetchnęła.

Kolejne, dwie postacie wyłoniły się z rozmytej rzeczywistości: Ozirowie siedzieli zaniepokojeni, wpatrując się w czarodziejkę.

– To nie był sen – zaprzeczyła Lejla – Widziałam czyjeś życie, wspomnienie. Byłam gdzieś, kiedyś, byłam – kimś… kimś innym, ciężko to opisać. Nie wiem jak to jest możliwe.

– Panienko… – Otmar podeszła bliżej – Nie wiem czy to ma znaczenie, ale gdy zaczęłaś się miotać, wstałam zobaczyć, co się dzieje. Ten klejnot, który masz na szyi. – Pani Ozir wskazała na połówkę jadeitu. – Wyglądał inaczej niż teraz: był prawie cały czarny – opisała, a czarodziejka wpierw spojrzała na kryształ, a potem na Selektę.

– Gdzie masz swoja połowę?

– Zgubiłam uciekając z miasta.

Arkanistka pośpiesznie zdjęła wisiorek z Okiem, zawinęła w chusteczkę i włożyła do sakiewki.

– No to ktoś go znalazł i próbuje się skontaktować.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania