Pokaż listęUkryj listę

Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 51

Koncert zmysłów

 

Korytarz, którym teraz kroczyli, urzekał estetycznym pięknem. Luksusowe tkaniny rozwieszone na surowych ścianach niczym okienne story, kunsztowne skórzane obicia na nielicznych meblach i liczne olejne pejzaże osadzone w zdobionych ramach, całość dawała poczucie wyrafinowanego gustu dekoratora. W porównaniu z barwną, choć bardzo chaotyczną i ciasną zabudową na powierzchni tu czuło się plan, chęć pokazania przybyszom, że Zaułek to nie jest dzielnica ciasnoty, ubóstwa i szemranych praktyk magicznych. Choć Sebil szczerze wątpiła w to, czy na pewno są jeszcze Girzel. Co prawda portal nie emanował zbyt wielką mocą, ale nigdy nic nie wiadomo.

Szary przygarbiony Bruk obwiązany tradycyjnymi stepowymi pasami z barwionej bydlencej skóry podprowadził ich aż do wyjścia przesłoniętego zwisającymi plecionkami z przeróżnych amuletów, po czym nakazał przejść na drugą stronę. Natychmiast stało się jasne, że korytarz to tylko zapowiedź czegoś o wiele większego, przekąska przed głównym daniem.

Wysokie kolumny rozstawione w czterech rzędach podpierały olbrzymie kamienne łuki, które wspierały ciężkie, ciemne sklepienie. Pod tą masą ze skał i wyciosanych bloków, skapani w blasku lampionów, niczym mrówki, tłoczyli się kupcy różnych ras i nacji, a kolorowe kramy świeciły żywymi barwami i nęciły towarami wszelkiej maści.

Alangras zdjął gogle. Wychował się w podobnym miejscu i mógł bez trudu rozpoznać elementy lemachiańskiej architektury. Aczkolwiek komora musiała być stara, bo obecnie budowało się już bardziej praktycznie, żeby sprostać potrzebom rozrastającej się populacji. Góry na południu i wschodzie były obszerne, ale nie nieskończone.

– Mam wrażenie, że to sprawka twoich rodaków – zagaiła Sebil. Strzelała, nie miała pojęcia, jak wyglądają wydrążone komnaty w Rdzawych Szczytach, czy wzmocnione przepastne korytarze kresowe w Gua-Kidol. Wiedziała natomiast, że lemachowie budują miasta, drążąc góry.

– Tak, nie myli się pani, panno Sebil i choć sama konstrukcja nie jest niczym unikatowym, to jej umiejscowienie już tak; nic mi nie wiadomo o Lemachiańskich koloniach w tych stronach.

– Weź pod uwagę, że weszliśmy w portal…

– Tak, ale niezbyt potężny. Nie mogliśmy się daleko przenieść.

Arq powarkiwał nerwowo: nienawidził zamkniętych przestrzeni prawie tak, jak portali i łamania obietnic.

– Co jest, kotku?

– W kroku mnie swędzi – warknął. – Chcesz podrapać?

– Arq, odpuść na razie z tą dziecinadą – zbeształ go Alngras. – Musimy znaleźć aulę koncertową. Greplinka poinstruowała mnie, żeby szukać wykutego w skale przejścia z namazanym symbolem z kartki.

Rozejrzeli się wokoło. Ledwie można było dostrzec przeciwległą ścianę groty. Ludzie poruszali się nieśpiesznie, trzepocząc wachlarzami z prędkością kolibrzych skrzydeł. Zaduch… Inaczej nie można było nazwać wilgotnej atmosfery podgrzewanej przez setki targujących się ciał.

– Spójrzcie tam – warknął Arq i wskazał na młodego bruka w kubraku z poszukiwanym symbolem wyszytym na plecach. Młodzik mniejszy od dorosłego samca Bruki zaczepiał przechodniów.

– Tak, myślę, że on będzie wiedział, gdzie się udać – wysyczała Sebil.

– Ty! – Arq spłoszył młodzika o szarym, pasiastym umaszczeniu.

– Ja? – spytał chłopak, łypiąc jednocześnie za najlepszą drogą ucieczki.

– Nie zgrywaj idioty! – Arq strzelił z knykci metalowej dłoni. – Jak się wabisz?

– Fus, sir.

– Gdzie jest ten koncert, na który naganiasz?

– Mogę wpierw zobaczyć przepustki do podmiasta? – spytał nerwowym głosem i przymknął oko, szykując umysł na nadchodzący ból.

Arq tylko prychną i skinął na Sebil i Lemacha, żeby podeszli.

– Prosi o przepustki.

– Ładnie proszę – wyszczerzył się Fus.

– Proszę bardzo… To za mnie i tego narwanego młodzieńca, a pani?

Sebil machnęła zwitkiem przed nosem młodzika.

– Wszystko się zgadza. Wstęp na koncert wspaniałej lady Orijany, kosztuje zaledwie trzydzieści remów od miejsca, ale występ jest wart każdej sztuki srebra – oświadczył i pokłonił się nisko.

Alagras dobył sakiewki i odliczył sześćdziesiąt.

– Panienka ma jakieś… fundusze?

Sebil uśmiechnęła się, a ten uśmiech można by zasłużenie nazwać złowieszczo-upiornym.

– Oczywiście. – Wyciągnęła grubą sakiewkę spod opończy i wygrzebała z niej złotego rega. – Proszę, reszty nie trzeba. – Wręczyła naganiaczowi, który wlepił w nią wielkie kocie oczy.

Czarni Bruki należeli do egzotycznych przedstawicieli tego gatunku i raczej spotykało ich się w leśnych ostępach Centralnej Puszczy, a ona… Ona nie była czarna, była granatowa i poznaczona czarnymi pasami. Była piękna, unikatowa.

– Dziękuję, panienka jest nazbyt hojna. – Obejrzał monetę, spróbowała zgiąć i schował do kieszeni.

– Teraz, gadaj, gdzie wyje ta kotka? – wypalił Arq, a Alangras skupił się na poprawianiu wcale nie zsuniętego wizjera, demonstrując zażenowanie.

– Oczywiście, dwie wejściówki dla panów i jedna dla niezwykle pięknej damy.

Chłopak wyciągnął jakieś drewniane krążki z grawerką i przekazał każdemu po jednej, zatrzymując się dłużej przy Sebil. Mistyczka poczuła się dobrze w roli adorowanej. Już zapomniała, że wśród swoich uchodziła za piękność w cudowny sposób naznaczoną przez magię.

– Dziękuję, Fusss – końcówkę imienia przeciągnęła w sposób tak namiętny, że chłopak przełknął nerwowo ślinę i rozdziawił usta.

– To może, byś pokazał, gdzie iść! – oburzył się Arq. – Ta tutaj wisi mi ruchanie, a nie lubię być tym drugim…

Chłopak zmieszał się i łypnął na Sebil, taksującą Arqa morderczym spojrzeniem.

– Raczej pięćdziesiątym drugim – syknęła mistyczka, ale tak, żeby usłyszał.

Arq warknął nerwowo i zacisnął pięści.

– Tam też prowadzi jakiś portal? – Wskazał okolicę między udami Sebil.

– Gdzie mamy iść, młodzieńcze? – interweniował Lemach.

– Kierujcie się cały czas prosto pomiędzy filary oznaczone tak – Fus wskazał na symbole niedbale wymazane na kolumnach – potem skręćcie w prawo, w korytarz oznaczony jak na amulecie. Teatr jest na końcu ścieżki.

– Dziękuję, Fusss. – Puściła mu oko i mrucząc zalotnie, ruszyła przodem.

Arq, zrównał się z nią w marszu.

– Pamiętaj, że dopóki nie spłacisz długu, jesteś moja – wywarczał.

– Nic ci nie obiecałam, a twoja będę, jak najdzie mnie ochota. – Popchnęła go lekko do przodu. – A teraz przyśpiesz kroku, zanim złoto, które dostał młody, zmieni się w piasek.

 

***

 

Podziemna sieć korytarzy i komór przytłaczała duchotą i klaustrofobiczną ciasnotą, a gwar z mieszczan, kupców i ich ciągle ujadających naganiaczy jeszcze potęgował to uczucie. Nawet wielki plac targowy w Telmonton wydawał się wyjątkowo cichy przy tym mrowisku. Całe szczęście Arq swoją tężyzną i morderczym spojrzeniem odstraszał większość ulicznych sprzedawców i kuglarzy, a tych bardziej zawziętych Sebil obdarowywała srebrnymi i złotymi monetami, żeby się odczepili. Nim któryś zauważył wąską strużkę piasku wypełzającą z sakwy, mistyczka była już za daleko.

Skręcili w przejście oznaczone symbolem z drewnianej przepustki. Sebil i Alangras szli za Arqiem, który niczym taran zmuszał ludzi do ustąpienia. Właśnie… większość klientów stanowili ludzie. Sebil domyśliła się, że w Girzel musi być więcej portali, a wtajemniczeni wiedzą, gdzie ich szukać.

– To raczej tu – oświadczył Alangras, spojrzawszy nad okute wrota opatrzone w znaki lemachiańskiego pisma kołowego.

Przed drzwiami nie było nikogo za to po drugiej stronie, czekał osobnik niemniejszy od Arqa i z jeszcze podlejszą aparycją. Stał z założonymi rękoma, taksując ich pogardliwym wzrokiem. Jego czarne umaszczenie połyskiwało w światle pochodni, zupełnie jakby naoliwił sobie sierść.

– Zaraz się zaczyna! Albo wchodzicie, albo wypad!

Mistyczka wyczuła falę błękitnej astry. Badał ich. Arq już się zacietrzewił, ale jedna z czterech rąk Ferkota spoczęła na jego ramieniu.

– Obejdzie się bez przedstawienia – upominał Bruka.

– Szkoda – rzuciła mistyczka. – Walka mogłoby być ciekawsza niż jakieś rzępolenie na lutni czy innym drewnianym kuble ze strunami.

Pokazali bilety i weszli do przyciemnianej auli. Potężne kandelabry rozwieszone wokół półkolistej sceny roztaczały zimne, stabilne światło.

– Robi się ciekawie – mruknęła Sebil.

Kamienne kaskady w kształcie szerokiego półkręgu schodziły w dół pomieszczenia niczym stopnie w ogromnym westybulu. Całość szczelnie obsiadała widownia i próżno było szukać miejsc blisko skene ulokowanej na drewnianym podwyższeniu w centrum kamiennej niecki.

W końcu znaleźli miejsca gdzieś w najwyższym łuku. Szarawe światło rzucane przez latarnie przygasło, a na scenę wkroczył młody Bruk. Ten sam, który wskazał im ten przybytek.

Cichy gwar zlanych szeptów wygasł zupełnie.

– Panowie, panie, lejduki… – pozdrowił wszystkich, uwzględniając nawet lemachiańskich obojnaków.

Podziemni stanowili sporą część widowni, co nie było zaskoczeniem: „Tam, gdzie pieniądze i handel, tam i sudagar się lęgnie”, mawiano. Fus odczekał chwilę, aż ostatnie szepty ucichną zduszone przez ciekawość, po czym kontynuował donośnym głosem:

– Przed wami!... Klejnot pustyni!... – Sebil zakleszczyła zaciekawiony wzrok na scenie. – Dotknięta przez wiatr i morze… sena’mavil, lady Oriana! – Pokłonił się nisko i usunął w cień. Kandelabry zgasły całkowicie. Fala szarej astry przetoczyła się po auli. Znicze, otaczające scenę niczym sakralna lamówka zapłonęły błękitnym mistycznym ogniem.

Smukła postać skryta w jedwabnej burce zdobionej świecącymi runami pojawiła się na skene.

– Zapowiada się nieźle – szepnęła mistyczka.

Arq zawtórował jej prychnięciem aprobaty. Magia uderzyła kolejną falą, tym razem błękitną. Znicze wystrzeliły strumieniami światła niczym fajerwerki na święto Trzech Słodów. Odzienie tajemniczej postaci spłonęło w magicznym blasku, ujawniając skąpe odzienie. Werble posłały serię dudnień. Ciemnowłosa Bruka z długą białą grzywą spojrzała mieniącymi się ślepiami w ogarnięty mrokiem tłum. Rozrzuciła ramiona, dłońmi nakazując ciszę. Fus niczym dobrze wyćwiczony serwi podstawił przed nią stolik nakryty płachtą i serią giętkich ruchów wtopił się ponownie w mrok.

Artystka delikatnie, nieco ostentacyjnie zdjęła zdobioną złotą nicią narzutkę, odsłaniając metalową piramidę poznaczoną runami.

Sebil zazgrzytała zębami i zacisnęła dłoń na przedramieniu Arqa.

– Co jest?

– Nie twój interes – warknęła, ale nie puściła. Gniew jarzył jej oczy magią.

Runa czerwieni zapłonęła na dziwnym urządzeniu. Wzdrygnięcie symetrii wytrąciło nieco szkarłatnej astry. Gniew wsączył się w ciała zgromadzonych – niedużo; tyle, żeby pobudzić zmysły.

Piramidka zaczęła lewitować nad stolikiem i obracać każdym z wierzchołków niezależnie: chaotycznie i stabilnie zarazem. Białogrzywa Bruka posłała w przedmiot porcję magii. Urządzenie wyrzuciło fale czerwieni, a potem błękitu. Powtarzała to raz za razem, zmieniając rytm. Kolory niewidoczne dla oczu, ale odczuwalne w inrze widzów przetoczyły się po grocie. Tłum na przemian smagany gniewem i ładem podrygiwał w rytm niesłyszalnej muzyki. Gwałtowna ekscytacja, a potem nagły spokój. Fale astry tańczyły po widowni. Z sali dochodziły odgłosy zachwytu, ulgi i płaczu przełamywanego spastycznym śmiechem. Artystka niczym dyrygent kierowała artefaktem, machając rękoma coraz szybciej i szybciej. Fale przybierały na sile. Zmieniały kolor z większą częstotliwością. Wrażliwi zasiadający na scenie, czuli więcej, mocniej. Gniew uderzał jak młot, rozpalał inrę, a ład głaskał i koił zmysły. Magiczna pieśń doprowadzała do płaczu i euforii.

Nagle Bruka przestała, dając widowni wytchnienie – ale to nie był koniec, tylko zapowiedź finału. Piramidka zapłonęła zielenią. Czas popłynął wolniej, zgęstniał. Zgromadzeni oniemieli, doświadczając rąbka wieczności, wyciągnięcia egzystencji. Ludzie, Lemachowie, Greplini i Bruki, wszyscy patrzyli po sobie. Mówili, ale słowa gęstniały w powietrzu. Sebil skrzywiła twarz w grymas bólu. Zieleń gryzła się z jej silną szarą aurą.

Na znak artystki Fus zwolnił liny przywiązane za sceną. Na widownię spadł deszcz kwiatowych płatków. Runa zmiany zapłonęła na każdej ze ścian artefaktu. Wybuch szarej astry zakończył spektakl barwnym finałem. Dryfujące w resztach magicznej zielni płatki zmieniały kształty i kolory ku uciesze hipnotycznie milczącej widowni. Las rąk wyciągniętych w górę chwytał mieniące się tęczowe obiekty.

Białogrzywa Brukijka pokłoniła się w pas i zniknęła wraz ze światłem przygasających wiecznych zniczy.

Widownia milczała.

Odosobniony oklask zburzył ciszę. Zadziałał niczym zapalnik. Tłum wybuchł wiwatem. Jedni klaskali, inni płakali ze szczęścia, jeszcze inni osłupieli z zachwytu, ale nikt nie pozostawał obojętny; nawet Ferkot bił brawa wszystkimi rękoma, jakby jutra miało nie być.

Futro pod oczami Sebil zwilżyło się. Serce załkało, pamięć torturowała obrazami z przeszłości.

Arq obrócił się, żeby zaproponować szybki numerek, póki ludzie są zajęci, ale zdecydował zewrzeć pysk, gdy dostrzegł szklisty blask w oczach Brukijki.

– Co się gapisz? – rzuciła na odczepnego i otarła oczy.

– Nie wiedziałem, że jesteś taka wrażliwa.

– Nie jestem, a ty gówno o mnie wiesz. – Zerwała się i narzuciła kaptur. – Muszę z nią pomówić. – Skinęła na pustą scenę i ruszyła w dół obijana przez poruszony tłum.

– Idź z nią Arq – oznajmił klucznik Alangras. Cała jego egzaltacja jakby wyparowała.

Bruk przytaknął i zaczął się rozpychać, a Lemach wyciągnął jakieś ustrojstwo z sakwy i otworzył metalowe wieko. Wewnątrz błyszczał jadeit osadzony w srebrnym amulecie, mienił się zielonkawą łuną. W metal wtopiono również bursztyn z łuską uwięzioną w środku.

Wyglądała, jakby ociekała błękitem.

– Jesteś blisko, Sehelu Lejdy – szepnął Ferkot, zamknął ustrojstwo i schował do kieszeni, po czym wrócił do energicznego klaskania.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania