Pokaż listęUkryj listę

Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 39

ROZDZIAŁ V

Komplikacje

 

Eliot przeczesywał zakamarki groty w poszukiwaniu Widzącej Hewlaski, która pod nieobecność Atmy miała zadbać o jego bezpieczeństwo – i rozrywkę. Gdyby wiedziała, z czym wiąże się opieka nad ośmiolatkiem, prawdopodobnie sama poleciałaby do Telmonton, żeby przekazać treść wizji, tym bardziej że absencja betani Andramon stawała się niepokojąco długa.

Hewlaska nigdy zbytnio nie tłumaczyła pokrętnego języka run i astralnych majaków: po prostu wydawała proste instrukcje. Niemniej jednak całość wyprawy miała zająć kilka dni, a tymczasem Atmy nie było już od ponad tygodnia. Na domiar złego, tuż po odlocie Starszej Andramon, kolejna przepowiednia zstąpiła ze sklepienia i wpełzła w umysł Hewlaski niczym wąż szepczący złowróżbne przestrogi. Tym razem padło na Sylfioran, która niezwłocznie wyruszyła do Oruun.

– Ciociu! Ciociu Hewlasko!? Gdzie jesteś? – Eliot nie odpuszczał i nie było w tym nic dziwnego: chłopiec w jego wieku ma dużo energii i jest ciekawy świata, tylko obecnie ta ciekawość stanowiła mocne zaburzenie kilkuwiekowej dziennej rutyny.

– Na litość Matki, niech któraś już wróci, albo sama go oddam Orunisowi. W ostateczności wystawię przed grotę – wyszeptała Starsza i złapała się za czoło. Nie przywykła do istot wymagających ciągłej uwagi.

– Aa! Tutaj ciocia jest; nie wiedziałem, że bawimy się w chowanego. Berek! – Eliot szturchnął Widzącą w udo. – Teraz ciocia szuka! – krzyknął radośnie i uciekł z kawerny urządzonej na niewielką czytelnię. Mały świetlisty obłoczek wyfrunął tuż za chłopcem.

– Ech… Na co mi przyszło – westchnęła ciężko i dopiła kieliszek Nektaru z Planfert, usiłując sobie przypomnieć, ile czasu ludzie wytrzymują bez jedzenia i picia, a co za tym idzie, kiedy wypada zacząć szukać małego. – O czym ty myślisz, to tylko dziecko! – skarciła się na głos, wstała z trójnoga i opuściwszy spaloną kryjówkę, niechętnie weszła w ciemny korytarz.

Tunel, który z perspektywy małego chłopca mógł wydawać się przeogromny, dla Starszej Ariendy był jak kuty na miarę. Hewlaska prawie szurała lotkami o przeciwległe ściany i minąwszy kolejną wnękę, zajrzała do izby ze złotym posągiem Imaltis: Pierwszej z Pierwszych.

Po małym Ozirze nie było ani śladu.

– Eliot! Eliot, gdzie jesteś, dziecko!? – nawoływała, przechodząc obok wejścia do Astrolabium: ogromnej wysokiej jaskini, gdzie Matka przemawiała poprzez pokrętne wizje, runy i astralne szepty.

Uszu Hewlaski dobiegł cichy chichot i dźwięk szeptanej rozmowy.

Przystanęła i spojrzała do wnętrza przepastnej groty. Migoczące błyski antycznego sklepienia odbijały się od niezmąconej tafli krystalicznej wody. Sadzawka otaczała piedestał ulokowany na końcu kamiennej ścieżki, która niczym pomost wdzierała się w głąb jaskiniowego akwenu. Zza ołtarza z kamiennym pulpitem bił ciepły słoneczny blask, któremu towarzyszył dziecięcy szept. Widząca uśmiechnęła się z satysfakcją.

– Tu jesteś, urwisie – szepnęła i weszła do środka, stawiając miękkie kroki.

Skoro już porzuciła ulubione zajęcia, mogła równie dobrze zagrać w tę grę i wyciągnąć z niej trochę uciechy dla siebie. Światełko migotało w rytm dławionego dziecięcego śmiechu. Widząca podkradła się blisko. – Mam cię! – Oparła się o kamienny blat. – Co…? – Za pulpitem unosił się tylko mały żółtawy ognik, który błyskał i wydawał z wnętrza chichotliwe dźwięki.

– Zaklepany!! – krzyknął Eliot, gdy dopadł do perłowej sukni przeszywanej złotą nicią. Ukrywał się we wnęce przy wejściu, a Etirion Aria-Selfra posłużył za wabik.

– To on tak umie? – spytała widząca, nachylając się badawczo nad rechoczącym płomyczkiem.

– On tylko naśladuje – wyjaśnił Eliot.

– Tak właśnie się uczymy, dziecko – westchnęła.

– Aaa, no to Aria już dużo umie. Pokaż cioci Hewlasce, czego cię nauczyłem.

Światełko zawisło przed zdziwioną twarzą Widzącej, nabrało mocy i wydało głośne beknięcie.

– Umie jeszcze…

Nie skończył.

– Już wystarczy, naprawdę, jestem pod wrażeniem – przerwała pokaz: nie była aż tak ciekawa. – Do tej pory żyłam w przekonaniu, iż po mileniach egzystencji Etirion wie i potrafi już wszystko… Widać byłam w błędzie.

Światełko wydało odgłos pierdnięcia.

– No właśnie jeszcze to umie – dokończył chłopiec, przełykając śmiech. – Chyba chciał się pochwalić.

– Urocze… – Starsza przewróciła oczami. – No, chodź już. – Popchnęła Eliota w stronę wyjścia. Musimy cię przygotować; niedługo spotkasz bardzo ważną osobę.

– A kto to, ciociu?

Hewlaska pochyliła się nad zmartwionym Ozirem i delikatnie poczochrała jego gęste włosy. Sama nie wiedziała skąd ten odruch czułości: w Sefalos dzieci należały do wielkiej rzadkości, a ona nigdy żadnego nie miała i mieć nie zamierzała. Po odejściu moderatora Isaraela, wydanie na świat potomstwa wiązało się to ze zbyt dużym wyrzeczeniem.

Czyżby jakiś dawno zapominany i zdławiony instynkt macierzyński?, zadrżała na samą myśl i odsunęła rękę od Eliota jak oparzona.

– No już, idziemy, zanim do końca zwariuję… – Wzięła chłopca za rączkę. – Nie ociągaj się, trzeba rozczesać te strąki, bo z brudu aż kłują w ręce.

– Dobrze! Chodź Aria. – Przywołany duszek podążył za nimi niczym wierny święcący opar bagiennego gazu.

Opuściwszy Astrolabium, skierowali się do komnaty dla pielgrzymów wykutej u wejścia tuż za wodospadem. Prefekt świętego miasta Sefalos powinien zjawić się lada moment – nigdy nie odmawiał Widzącej audiencji, nawet jeśli na to on musiał przylecieć do suplikantki.

Hewlaska drżała od środka. Właśnie miała oznajmić Orunisowi, iż poprzednio obwieszczony przez niego Sehel jest w gruncie rzeczy zwykłym dzieckiem. No może nie takim zwykłym, bo pierwszym białym Ariendi urodzonym pośród szarych buntowników, ale nie takiej niezwykłości oczekiwał Orunis. Powagę sytuacji wzmagał fakt, iż Eliot to człowiek, a niechęć Prefekta do młodszych asuriańskich ras była powszechnie znana. Według niego to szczególnie ludzie stanowili najbardziej zawistne, zdradzieckie i nieprzewidywalne plemię – pogląd wykreowany przez doznane krzywdy i wypielęgnowany przez wieki izolacji. Tak to już jest z żalem: tuczy nienawiść i jednocześnie zaciera wszystkie dobre wspomnienia.

Mokre kroki u wejścia zapowiedziały Prefekta. Hewlaska pochwyciła ręcznik i podeszła do postaci wyłaniającej się z lodowatego wodospadu. Orunis otrzepał potężne skrzydła, przetarł oczy rękawem i spojrzał na wysoką Ariankę o mocnych rysach i pięknej figurze podkreślonej przez dopasowaną tunikę.

– Orunisie. – Oddała lekki pokłon.

– A ty kim jesteś, orędowniczko? Czy Widząca ma nową pretendentkę?

Do umysłu Hewlaski wdarła się bardzo paskudna i bardzo prawdziwa myśl, iż właśnie stoi przed Prefektem w swojej świetlnej formie; formie, której Orunis nigdy jeszcze nie widział.

Eliot podszedł bliżej.

– Ciociu H…

Widząca zastąpiła chłopcu drogę i zatkała usta, nim zdołał wypowiedzieć jej imię. Całe szczęście, profilaktycznie otoczyła go zaklęciem mamiącym zmysły postronnych. Do Orunisa dotarły jedynie zniekształcone magią dźwięki, a swoje dziwne ruchy Hewlaska zamaskowała chęcią odpalenia solasowej latarenki.

Prefekt rozejrzał się nerwowo po przedsionku Astrolabium, ale nic nie dostrzegł; dociekać też nie miał zamiaru: w tym miejscu anomalie astralne kreowały różne dziwne rzeczy.

– Prefekcie. – Hewlaska pokłoniła się nisko. – Kapłanka Helionte, w zastępstwie pretendentki Sylfioran. Widząca wie o pańskim przybyciu. – Podstawiła Starszemu rytualny ręcznik wyszywany złotymi runami słońca, odczekała, aż Orunis wytrze twarz na znak oczyszczenia, i wskazała mu drogę do głównej groty. – Proszę za mną.

Eliot szedł w milczeniu. Hewlaska wielokrotnie, z wielkim uporem i w mocnym uproszczeniu, przekładała skomplikowane relacje panujące w Sefalos na język ośmiolatka. Opłaciło się. Chłopiec przynajmniej wiedział, że musi być cicho, dopóki ciotka nie da mu znaku. Z raz czy dwa próbował dotknąć nieświadomego Starszego, ale ukradkowe karcące spojrzenie Widzącej wystarczyło, żeby zaniechał dalszych prób. Całe szczęście Aria-Selfra również pozostawała w ukryciu. Etirion nie musiał się objawiać, jeśli tego nie chciał, a ten na szczęście nie chciał wcale.

– Proszę poczekać, Prefekcie. – Wskazała Starszemu miejsce w alkierzu przed Astrolabium. – Widząca za chwilę pana przyjmie. – Pokłoniła się, a Starszy przytaknął i przysiadł na zimnej, wyciosanej z kamienia ławie. Hewlaska wraz z Eliotem zniknęli we wnętrzu wysokiej przepastnej groty ze sklepieniem z mieniących się run. Gdy podeszli do piedestału, Widząca nachyliła się nad chłopcem i spojrzała mu głęboko w oczy.

– Teraz ciocia zmieni się w Babcię, dobrze?

– Nie lubię Babci; Babcia jest straszna! – Wzdrygnął się i skwasił minę na wspomnienie garbatej staruszki o czarnym upierzeniu i obwisłej skórze.

– Tłumaczyłam ci przecież, że to tylko takie przebranie. – Wypowiedziała to z ogromną dozą niepewności, zupełnie jakby coś w głębi duszy krzyczało niczym z dna studni, ale myśli jedynie pohukiwały rozmazanym echem. Chłopiec pokiwał głową. – No właśnie, a teraz zmykaj za ołtarz i nie wychodź, dopóki cię nie zawołam. Iluzja nie iluzja, ale w tych ciemnościach Prefekt może cię wyczuć. – Eliot posłusznie wskoczył za piedestał. Widząca odrzuciła światłość i zaprosiła mrok, choć „wypuściła” byłoby bardziej trafnym określeniem, bo ciemność towarzyszyła Hewlasce zawsze, odkąd Matka powołała ją do życia. Mroczna postać nie stanowiła jedynie przebrania, nie była astralnym majakiem, grą światła i cienia jak ich wiele. Ona była inną wersją, odwrotnością Ariendi, drugą stroną symetrii.

Pióra Starszej poczerniały, skóra zszarzała i obwisła, powieki wyciągnęły się i opadły leniwie, przesłaniając oczy jak ciężkie i o wiele za długie story, lekki zaś ubiór przybrał formę płaszcza z jakby zetlonego, czarnego filcu.

– Wejdź, Prefekcie! – wychrypiała głosem innej wersji siebie; takiej, która teraz wydawała lepsza i pozbawiona słabości, wersji z drugiej strony zwierciadła symetrii.

– Widząca Hewlasko… – Starszy wkroczył do jaskini i pokłonił się nisko do odwróconej plecami milczącej wieszczki, przerywając jej nienawistny potok myśli. – Jak zwykle to niebywały zaszczyt móc cię widzieć. – Pokłonił się. Nastała chwila ciszy, którą Orunis niepewnie zakłócił: – W jakiej to sprawie chciałaś mnie widzieć? Mam pilne obowiązki związane z naszym nowym Sehel.

– Uwierz mi, Prefekcie, że nie ma lepszego miejsca, by zająć się powiernikiem pieczęci niż tu i teraz – oświadczyła papierowym, szeleszczącym głosem.

– Wybacz, ale nie do końca rozumiem; co masz na myśli, bes-Atani? Czy to element kolejnej wizji?

– Wizję są niematerialne, a Sehel jest jak najbardziej prawdziwy, zbudowany z krwi i kości… i żadnych piór niestety – wysyczała i obróciła się w stronę Prefekta. Nawet po tak wielu wizytach Orunis musiał przemóc odruch odwrócenia wzroku. – Znaną ci jest na pewno przepowiednia mojej poprzedniczki, bes-Atani Tanajry, prawda?

Starszy spoważniał, zmarszczył czoło i nerwowo drgnął skrzydłami.

– Tak, jest mi znana… Jest mi znana bardzo dobrze i bardzo boleśnie.

– Niegdyś Starszych wszystkie rody strzegły światła świętej bramy… – wyrecytowała prorokini. – Lecz te czasy przeszłość pożre, młodsi bracia wartę skradną.

– Widząca, ja...

– Dokończ – warknęła.

– Szósty z pięciu się wyłoni, nowy ład swym przyjściem spłodzi. Wtedy z czasem starość przyjdzie, a heroldem jej jest szarość… Doskonale znam te szaleńcze wersy recytowane przez umierających braci skazanych na śmierć przez naszą ambicję i strach. Znam je, choć wolałbym zapomnieć. – Zacisnął pięści i nastroszył pióra na głowie. – Oszczędź mi tych wspomnień i powiedz, o co chodzi. Czemu rozdrapujesz stare rany i posypujesz solą?

– Tanajra nie była szalona – oświadczyła oschle Wieszczka. – Przytłoczył ją obraz nieuchronnego końca, nowego ładu i nadchodzących zmian, tak jak wszystkich nas, dlatego Szarzy mieszkają w Tanagarze, a my tu. Ale masz rację, Orunisie. Dość już rozpamiętywania. To przyszłością trzeba żyć, nią się martwić i o nią zadbać. Eliot, wyjdź, dziecko. – Chłopczyk nieśmiało wychylił się zza piedestału. Prefekt wybałuszył oczy i zamarł. Strach zmroził go, jak zimna północ skuwa morze. Obraz wojny, wygnanie ze stolicy, którą sam pomagał wznosić, śmierć żony i w końcu szaropióre dzieciątko w ramionach siostry. Wszystkie obrazy i myśli eksplodowały w głowie jak od dawna uśpiony, lecz niewygasły wulkan.

– Dzień dobry. Nazywam...

– Wytłumacz się tej chwili!! – Prefekt wrzasnął na wieszczkę, a Ozir pisnął i wlepił ciałko w gruby habit Babci.

– Poznaj nowego powiernika pieczęci – oświadczyła spokojnie widząca i zmemłała coś w ustach.

– Bzdura!! – zagrzmiał, a stare ściany poniosły rezonujące echo uwolnionej mocy.

Białe lotki spowił blask, a runy na sklepieniu zamigotały szarpane przez wzbierającą astrę Matki. Eliot kurczowo trzymał się szorstkiego, materiału: przy tej słonecznej furii Babcia nie wydawała się już tak groźna.

Hewlaska rozpostarła krucze skrzydła. Tatuaże oczu wymalowane na piórach wbiły demoniczne źrenice w skąpanego w blasku Prefekta. Mrok niczym ożywiony twór zaczął pełzać po ścianach, wyzierać ze szczelin, kłębić i gęstnieć w zakamarkach. W grocie zrobiło się duszno – zarówno fizycznie, jak i astralnie.

– Nie unoś się, Orunisie! Nie zapominaj, gdzie jesteś i kim jestem ja! Tu światło i mrok są dwoma obliczami Matki, dwiema stronami tej samej symetrii.

Prefekt ostudził umysł i nieco wygasił magię, dając znak, że czeka na wyjaśnienia, ale długo czekać nie będzie.

Hewlaska złożyła skrzydła i uśpiła ciemność.

– Wyjdź, dziecko, nie bój się. – Wypchnęła chłopca zza habitu.– Przedstaw się jeszcze raz.

– Je-jestem Eliot – zająknął się, ale pomimo strachu wykrzesał uśmiech i spojrzał w oczy Prefekta.

Musiał patrzeć bardzo wysoko, żeby napotkać nieprzyjemny wzrok Orunisa; wzrok tak przesycony pogardą, że natychmiast speszył chłopca i malec zaczął obserwować podłogę.

– Gdzie jest Aria-Selfra? – spytała Widząca.

– Mieliśmy się ukrywać, to się ukrywa – wybuczał Eliot, nadymając rumiane policzki.

– Pokaż Etiriona panu Orunisowi i wszystko stanie się jasne.

Chłopiec potaknął grzecznie, pociągnął nosem i uniósł poły koszuli, spod której wydobył się blask, a tuż za nim mały migoczący obłoczek. Ognik zawisł przed Prefektem. Starszy mógłby przysiąc przed posągiem Imaltis, że świetlik przygląda mu się iluzorycznymi obłoko-ślepkami.

– Co to ma być? – fuknął Starszy.

– To jest Etirion Imaltis, Prefekcie. Zgodnie z rytuałem ujawniony przez otwarcie kasetki. Nie ma wątpliwości co do jego natury – oświadczyła Hewlaska.

Nastała niezręczna cisza, podczas której Orunis obszedł dokoła migoczący opar światła.

– To ma być mityczny herold Imaltis, miecz Nadziei!? – żachnął się donośnie. – Myślę, że jesteś w błędzie, Widząca.

– A ja myślę, że jesteś zaślepiony przez własną pogardę, Orunisie, a prawda, której tak się boisz, jest niepodważalna. Widziałeś znak. Twój siostrzeniec nie jest ostatnim szarym, który przyjdzie tu na świat. – Hewlaska zbliżyła się do Prefekta. Cienie sunęły za nią niczym makabryczny welon. – Zaczęło się, tryby nowego ładu zostały wprawione w ruch. Zegar śmiertelności tyka – ciskała wróżbami jak opętana.

– Wystarczy! Nie zapomnij, do czego wcześniej doprowadziła ta przepowiednia. Nie zaryzykuję kolejnej wojny dla widziadeł i domysłów! Potrzebuję twardych dowodów, że to rzeczywiście jest Aria.

Nastała dźwięczna cisza, którą duszek postanowił wypełnić przeciągłym beknięciem.

Eliot zachichotał.

– Mam dość tych bredni. – Prefekt zerwał się w stronę wyjścia.

– Nie wyprzesz się przeznaczenia! – zawołała za nim Widząca. Przystanął, rozkładając śnieżnobiałe skrzydła owiane błyskami złotych promieni.

– Moim przeznaczeniem jest zapewnić nam przetrwanie… Nie bacząc na środki. Żegnaj, Hewlasko. – Wyszedł z komory Astrolabium.

– Czy zdenerwowałem czymś Pana Orosisa, ciociu Hewlasko?

– Nie, dziecko, czasami, żeby otworzyć zatwardziały łeb, trzeba uderzyć kilkukrotnie, zanim pęknie skorupa z wyparcia… Albo wziąć większy kamień – dopowiedziała pod nosem.

Z przeciwległego kąta groty dobiegł trzask sypiącego się gruzu.

Hewlaska wezwała mrok. Cienie niczym żywe wężowe stwory wpełzły po płaszczu i zaplotły się w kostur. Starsza zacisnęła na nim dłonie.

– Schowaj się, dziecko. Kto tam jest?!

– Poszedł już? – zapytał znajomy kobiecy głos.

– Sylfia?

Z cienia wyłoniła się przygarbiona sylwetka kapłanki Sylfioran. Jej skrzydła oklejały strzępy pokrwawionych opatrunków.

– Ciocia Sylfia!! – Eliot bez namysłu pobiegł w jej stronę i rzucił w ramiona.

– Aaa… – skrzywiła twarz w grymas bólu. – Ostrożnie Eliot, jeszcze nie wszystko się zagoiło.

 

****

Grafika do rozdziału w linku poniżej:

https://www.wattpad.com/1401364278-pi%C4%99%C4%87-domen-tom-ii-wiatry-zmiany-rozdzia%C5%82-v/page/4

Średnia ocena: 4.4  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania