Pokaż listęUkryj listę

Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz 40

UCIECZKA

 

Wilfred czekał cierpliwie na przybycie księcia pożytkując czas na rozmowy z kapitanami poszczególnych oddziałów.

Podstawową jednostką Oruńskiej armii, była lekka piechota, potocznie zwana Skrzydlatymi lub Cesarskimi. W skład ich uzbrojenia wchodził zakrzywiony jatagan z charakterystycznie zdobioną rękojeścią, puklerz z wytłoczonymi na umbie skrzydłami oraz skórzana zbroja wzmocniona siatką z lekkiego, lemachiańskiego stopu; jednak tym, co najbardziej wyróżniało Oruńskich piechurów, był otwarty kask, osłaniający podbródek parą pozłacanych skrzydeł.

Cały ten rynsztunek do najtańszych nie należał, ale kreował wrażenie siły, zarówno gospodarczej jak i militarnej, co dla kraju spajanego przez silne wojsko, było kluczowym aspektem.

Obok jednostek piechoty, niemniejszą sławą cieszyła się elitarna, opancerzona kawaleria, na wyposażeniu, której, prócz koni, znajdowały się potężne pasiaste niedźwiedzie zwane Wulfirami. Nie były one tak szybkie jak rumaki, ale za to stanowiły śmiercionośną broń w zwarciu.

Na grzbiecie każdej z tych bestii zasiadał Wulkir: rycerz szkolony zarówno w walce ciężkim dwuręcznym mieczem, jak i do strzelania z kuszy. Taka wszechstronność czyniła z bestii i jej jeźdźca idealne maszyny do zabijania i kruszenia morale wrogów.

Najbardziej znanym, żyjącym Wulkirem, był sam kapitan straży pałacowej, Hektor Eldenfist, który wraz ze swoją niedźwiedzicą Mirandą poprowadził oddział Wulfirskiej kawalerii, do zwycięstwa nad wojskami króla Lemachów, Marangora w bitwie pod Srebrną Pieczarą.

Oprócz wymienionych jednostek, w szeregach cesarskich wojsk na stałe stacjonowały oddziały zakonów rycerskich. Jedynym wyjątkiem były Siostry Miłosierdzia, które zostały zdemilitaryzowane po podbiciu Telmonton, a Matka Karevis postanowiła utrzymać ich, z goła, cywilny charakter, nawet po przyznaniu statusu Zakonu Rycerskiego.

Poprzedni cesarz nie nalegał, na formowanie oddziałów przez Siostry: nie widział w kobietach zbyt dużego potencjału bojowego.

Oczywiście nie widział żadnej z kilku wyszkolonych mistrzyń w akcji.

Każdy z pozostałych zakonów delegował tu znamienitych przedstawicieli swojej frakcji: Zakon Tarczy utrzymywał w stolicy oddział ciężko opancerzonych i niezwykle wytrzymałych Tytanów; Zwycięska Pieśń zwinnych łuczników nazwanych Trębaczami Śmierci zaś Żelazna Kuźnia miała tu swoich Kowali. Ci ostatni byli szczególnie zabójczy dla jednostek wroga wyposażonych w ciężką zbroję, bowiem każdy Kowal dzierżył dwa lub jeden pokaźnych rozmiarów młot, pokryty magicznymi runami. Symbole aktywowały się w zderzeniu z metalem i rozgrzewały go do czerwoności. Wrogowie dosłownie gotowali się w swoich pancerzach.

Wszyscy wspominani wojownicy czekali teraz na błogosławieństwo swojego cesarza, a on z kolei czekał na księcia, który w ostatniej chwili zjawił się zdyszany.

– Prze-prze-przepraszam – skulił się opierając ręce o kolana i desperacko łapał każdy oddech. – Coś mnie zatrzymało – dodał.

– Później to obgadamy, a teraz chodź i prezentuj się dumie. – Wilfred niemal wepchnął go na mównicę, pod którą zgromadziło się liczne wojsko. Na miejsce przybył również Mistrz Diasir reprezentujący gildię magów oraz arcykapłan Imaltis piastujący to stanowisko podczas absencji hierarchy, Sareda Maltona.

Obecność maga była nowym obyczajem wprowadzonym przez Wilfreda na znak pojednania i tolerancji. Jednak fakt, że czarodziej został wyniesiony do tak wysokiej rangi i stał na równi z hierarchą bogini matki, nie podobał się większości zakonów, mocno zakorzenionych w tradycji.

Gdy wszyscy zajęli swoje miejsca, Wilfred rozpoczął przemowę:

– Cześć i chwała obrońcom światła! – pozdrowił wzniośle zgromadzonych.

– CHWAŁA CESARZOWI!!! – wykrzyczeli tłumnie

– Wszyscy wiemy, że ostatnich kilka lat było dla nas wszystkich bardzo ciężkie. Jedność naszego wspaniałego kraju poddawana była licznym próbom przetrwania… i nadal tak jest! – Wilfried nawiązywał do kryzysu spowodowanego plagą i nieurodzajem.

– Nasz kraj jest wielki i jest miedzy nami wiele różnic, ale to właśnie nasza różnorodność jest siłą! Ona pozwala nam się od siebie uczyć, adaptować i przetrwać, jako jedno państwo! – wziął głęboki oddech i oparł ręce o mur ambony, jak gdyby coś ciężkiego spoczęło mu na barkach.

– Mój ojciec twierdził, że szacunek zdobywa się siłą i tylko silna, absolutna władza jest w stanie utrzymać ten kraj w ryzach! – ponownie zrobił krótką pauzę układając w głowie kolejne zdania.

– Niestety dopiero jego śmierć obnażyła, jak bardzo się mylił, gdy każdy, wyzwolony spod jarzma tyranii lud, zaczął podążać swoją własną ścieżką. Wtedy to państwa ościenne, kuszone naszą słabością, zaczęły zacierać ręce i z apetytem patrzeć na nasze ziemie! – Wyprostował plecy i wypiął dumnie pierś osłoniętą srebrzysto złotą zbroją.

– Ja, wybrałem inną drogę. Ja wziąłem na siebie odpowiedzialność za brutalne czyny mojego ojca. Ja przeprosiłem żony poległych! Ja pogodziłem zwaśnionych i to ja nadałem głos cesarstwu!! Głos, nienależący do jednego człowieka, lecz tysięcy obywateli!!!

– Żołnierze zaczęli skandować „IM-PE-RA-TOR!” Wilfred dał im chwile, po czym wykonał gest dłońmi sygnalizując, iż chce ponownie przemówić.

– To właśnie ten silny zjednoczony głos krzyknął: precz od naszych ZIEM! Nie damy się ZASTRASZYĆ! Nie damy się KUPIĆ! Nie damy się ZDOBYĆ!! – akcentował a wypowiadane słowa dźwięczały w przejętych sercach i umysłach jego słuchaczy.

– Wilfred! Wilfred!! – krzyczeli. Cesarz dał znak, prosząc o posłuch.

– Zapamiętajcie, że każdy kraj to nie jest miejsce. To są ludzie, którzy go tworzą, więc walcząc w jego obronie, nie giniecie za skrawek ziemi czy w imię cudzych ambicji! Nie… Walczycie o waszą wolność i o bezpieczeństwo waszych rodzin! Walczycie o to, żeby wasz głos nie był ignorowany! To wy przelewacie krew na pierwszej linii frontu! Zatem to wam dziś mówię… DZIĘKUJĘ! – Zakończył przemowę lekkim ukłonem, a tłum na placu skandował jego imię z niewiarygodną siłą i pasją.

Cesarz zszedł z mównicy w towarzystwie niemal ekstatycznych wrzasków.

– No brawo – pochwalił go Felix klaszcząc w dłonie – Kolejny raz dałeś pokaz swoich umiejętności oratorskich: bardziej pompatycznie i pretensjonalnie już się nie dało. Wilfred złapał go za barki i z pół-uśmiechem spojrzał prosto w oczy.

– Ojciec zawsze mawiał: „Prostych ludzi kupisz gadką, inteligentnych złotem i prestiżem, a wrogich idealistów... wygnaj” – poklepał przyjaciela po ramieniu,

– Ja jednak ostatnią zasadę ograniczę do minimum – dodał.

Mag stojący na uboczu zbliżył się do nich.

– Zaiste, piękna przemowa Cesarzu; cudownie jest być ponownie, dumnym ze swojego władcy i kraju – skomplementował go Diasir, choć bardziej wzruszył się samym faktem, że może uczestniczyć w tak ważnym, państwowym święcie. Nie sądził, że jeszcze dożyje chwili, w której Mag stanie u boku władcy z nadzieją na lepsze jutro.

– Dziękuję mistrzu. Zostań na dworze, muszę z tobą omówić sprawę Bąbla: Holi przyznała się, że nie dostała go od ciotki.

– Czyli jednak może nie być taki zwykły? – Diasir pogłaskał wydęty brzuch wypychający luźne kimono. – Oczywiście Panie. Poczekam na twoje przyjście w pałacowym holu.

Wilfred odprawił czarodzieja i wrócił do rozmowy z Kuzynem.

– Pomimo spóźnienia jestem ci wdzięczny. Prezentowałeś się nadzwyczaj dumnie. Jasny przekaz, iż Jokivar popiera moje rządy jest niezmiernie ważny w tych niespokojnych czasach. – Zrobił bardzo poważną minę patrząc Samunderowi głęboko w oczy, a ten milczał onieśmielony sytuacją. Zrobiło mu się po stokroć, bardziej głupio na myśl, iż o mały włos a byłby zapominał o całym wydarzeniu.

– A teraz powiedz mi, cóż było powodem twojego spóźnienia? – spytał Wilfred i wrócił do swojego typowego pogodnego oblicza.

– Umilałem czas temu rycerzowi; tak jak rozkazałeś panie – pokłonił się teatralnie.

– Ach tak, rozumiem – Will uśmiechnął się i uznał, że nie chce wchodzić w szczegóły.

– Chodź; pocieszymy jeszcze jednego druha – oznajmił tajemniczo i poprowadził księcia na tyły koszar, od których droga prowadziła wprost do wojskowej stajni. Felix zachodził w głowę, o kogo może mu chodzić.

Przeszli spory kawałek w towarzystwie strażników, którzy chodzili za Wilfredem jak cienie, jednak arystokraci wyminęli budynek dla wojskowych koni, obchodząc również jego szeroki wybieg.

Za stajniami rozciągał się długi kompleks zagród z wyższym i bardziej opancerzonym ogrodzeniem. Tutaj trzymano Wulfiry, które – z wiadomych przyczyn – musiały być odizolowane od koni.

Warczenie, parskanie i uderzenia o kraty tworzyły tu atmosferę jak z koszmaru a porozrzucane, w połowie zjedzone szczątki zwierzęce jeszcze potęgowały niepokój. Nic tutaj nie zachęcało do zwiedzania.

– Możesz mi powiedzieć, do kogo tu przyszliśmy? Zaczynam się martwić? – Książę spojrzał do wnętrza jednego z boksów. Na ziemi leżał ogryziony krowi łeb. Ciarki pogalopowały mu po plecach.

– Zobaczysz – odparł Will, z głupawym uśmieszkiem, nie zdradziwszy żadnego szczegółu. Po chwili znaleźli się przy wyizolowanej zagrodzie, o wiele większej niż reszta. Człowiek stojący przy taczce z odciętą, krowią golenią, naciągał na siebie gruby, skórzany kombinezon przyobleczony grubą kolczugą: szykował się do wejścia.

– Jak sytuacja? – spytał go Cesarz

– Nie chce nic jeść panie; nic odkąd sir Hektor wyjechał. Siedzi tylko w kącie i warczy. Pomyślałem, że może podrzucę mięso bliżej, to się skusi.

– Tęskni – skomentował Wilfred i zaczął zdejmować galowy pancerz.

– Otwórz kratę – polecił stojąc w samej koszuli i spodniach – Trzeba ją pocieszyć.

– Ty chyba tam nie wejdziesz?! – spytał Felix zdziwiony zachowaniem przyjaciela. On miał dreszcze od samego przebywania w tym miejscu, a kraty wydawały mu się niepokojąco cienkie i łamliwe.

– Książe rozumiem emocje, ale zapominasz się – upominał go Wilfred i łypnął okiem na stajennego.

– No tak przepraszam, panie, ale stanowczo odradzam wejście do klatki tego… tego czegoś.

– Spokojnie, znamy się odkąd była mała – oświadczył Wilfred i ściągnąwszy koszulę wszedł do zagrody.

Stąpał ostrożnie poruszając się w głąb wybiegu. Cały czas machał materiałem, przesyconym jego zapachem. Coś ogromnego poruszyło się w ocienionym kącie boksu. Kształt był niewyraźny, ale wielki. Głośne parsknięcie i mlaskanie zjeżyło Felixowi włosy na karku.

– Cześć Mira. To ja, wujek Wilfred! – Cesarz pomachał koszulą w stronę jarzących się ślepiów. Na dźwięk jego głosu, z cienia wyłoniła się samica Wulfira. Największa, jaką Książę kiedykolwiek widział.

– Will… Cesarzu, co to za potwór? – spytał drżącym głosem odruchowo oddalając się od krat.

– Poznaj Mirandę Eldenfist, córcię Hektora! – odpowiedział i rozłożył ręce w geście powitalnym.

– No chodź malutka! – zawołał jak do dziecka. Niedźwiedzica pociągnęła kilka razy nosem badając jego woń i nagle wstąpiło w nią życie. Z całym impetem ruszyła w stronę Władcy i powaliła go na ziemię.

Felix zasłonił oczy. Stajenny opierał się o ogrodzenie kompletnie niewzruszony całym zajściem; albo nie był to pierwszy raz kiedy widział taką scenę, albo nie był zwolennikiem obecnego Cesarza.

– Ja nie patrzę na tą masakrę – skomentował Felix i zasłonił oczy. Zwierzę dopadło do Wilfreda i powaliło na ziemię. Książe ośmielony brakiem rozpaczliwych wrzasków spojrzał przez palce.

Bestia stała nad Cesarzem, liżąc go po całej twarzy, a on zanosił się ze śmiechu.

– No już Mira… już… też się cieszę – wstał i chwycił ją za owłosione poliki. – Słyszałem, że nie chcesz jeść. – Wulfiria fukneła obruszona.

– Musisz jeść, bo jak tatuś wróci to będzie zły, zobaczysz – Tarmosił jej futro zwracając się, jak do mocno przerośniętego bobasa.

– Rzuć mi to mięso! – krzyknął do stajennego. Chłopak z ledwością przerzucił goleń przez ogrodzenie. Wilfred podniósł i podstawił ją Mirze pod pysk. Ta tylko parsknęła i odwróciła łeb w drugą stronę.

– Mirando… – podsunął jej mięso. – Zrób to dla wujka Willa. Zobacz, jakie dobre – udał, że odgryza kawałki i przeżuwa ze smakiem. Wulfiria niechętnie złapała smakołyk w zęby; wtedy głód wziął górę. Niedźwiedzica zaczęła ochoczo pałaszować swój posiłek, a Cesarz pogłaskał ją po głowie i opuścił zagrodę.

– Wymień jej wodę – nakazał stajennemu, który, mocno obciążony kombinezonem, przetoczył się przez wybieg.

Felix stał z rozdziawionymi ustami i wybałuszonymi oczami, ale po chwili wykrztusił z siebie potok słów:

– To była: najgłupsza, najbardziej lekkomyślna, najsłodsza i najseksowniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem! – Wilfred założył ubranie i podszedł do księcia.

– Teraz pora zmierzyć się z prawdziwym wyzwaniem – Odrzekł i spojrzał w stronę pałacu.

– Normalnie pomyślałbym, że idziesz rozmawiać z moim ojcem, ale wiem, że go nie ma. O co chodzi?

– Pokłóciliśmy się z Holi: rano, przy śniadaniu. Wyznała, że ten dziwny kuc w rzeczywistości nie jest prezentem od twojej Macochy.

– I co jest w tym strasznego? Przecież to dziecko. Polubiła zwierzaka i chciała, żeby został. – Felix zbagatelizował sprawę.

– To jest właśnie powód, dlaczego Diasir czeka na mnie w pałacu.

Odkąd tylko zobaczył Bąbla mówił, że to nie jest zwykły koń.

– Muszę przyznać, że taki przeciętny to on faktycznie nie jest, ale pomyślałem, że to jakaś egzotyczna rasa – książę wzruszył ramionami.

– Mistrz przyznał, że jego czułe na magię urządzenie reaguje na obecność tego… czegoś. Dzięki temu znaleźliśmy Holi i Brenę w ogrodzie. A teraz jeszcze siostra bredzi ze koń zabrał ją do Tiji – Cesarz posmutniał – Zrozum, po prostu boję się, że to coś miesza jej w głowie.

– Wiem, aż za dobrze, co oznacza obłęd i trzeba dmuchać na zimne. – Książę przypominał sobie dzieciństwo i epizody swojej matki. Nie chciał, aby to samo spotkało kogokolwiek mu bliskiego.

– Chodźmy! – wziął Wilfreda pod ramię. – Im szybciej koń stąd zniknie, tym lepiej – dodał.

Tymczasem księżniczka, nadal wściekła na starszego brata, szybkim krokiem zmierzała do pałacowej stajni, co i raz spoglądając za siebie w obawie czy nikt jej nie śledzi.

Gdy doszła na miejsce zastała Bąbla opychającego się sianem. Obok niego, Taren, wpatrywał się ze zdumieniem i zachodził w głowę jak taki mały zwierzak pochłonął zapas paszy dla minimum trzech dorosłych ogierów.

Holi podeszła i upozorowała swój zwyczajny, radosny nastrój.

– Witaj Tarenie.

– Wasza wysokość – stajenny oprzytomniał i pokłonił księżniczce.

– Zabiorę Bąbelka na spacer – Ichti wzięła uprząż i założyła konikowi.

– Oczywiście księżniczko. Jest napojony i najedzony – a przynajmniej powinien już być. – Dziewczynka podziękowała i ruszyli razem z kucem w stronę ogrodu.

Wyszli na polanę skrytą w gęstym brzozowym zagajniku.

Holi jeszcze raz, kontrolnie, omiotła okolicę spojrzeniem i będąc już pewną, że nikogo nie ma w pobliżu, mocno przytuliła swojego zwierzęcego przyjaciela.

– Nigdy nie pozwolę cię nigdzie oddać! Nigdy!! – spojrzała mu prosto w oczy. – Nawet gdybyśmy mieli razem uciec, słyszysz!? – wybuchła płaczem, a łzy spłynęły po, dopiero co osuszonych, policzkach.

Ślepia Bąbla zapłonęły czerwienią. Holi odstąpiła od niego.

Po białej grzywie kuca popłynęły purpurowe płomienie.

– Spokojnie bąbelku. Coś wymyślimy… Nie denerwuj się – próbowała go uspokoić i podejść bliżej, ale koń parsknął, dając znak, iż ma się zatrzymać.

Kilkukrotne uderzenie kopytem, uwolniło falę gniewnej energii. Wokół nich rozgorzał krąg szkarłatnego ogania zamykając oboje w gorejącej klatce. Płomienie zaczęły wirować i zacieśniać piekielną pułapkę.

Księżniczkę ogarnął strach. Wiedziona odruchem, złapała kuca za szyję: tym razem zwierzę nie protestowało. Wir płomieni gwałtownie zapadł się do środka i oboje zniknęli pozostawiając po sobie jedynie poletko wypalonej ziemi.

 

*************************************

– Czułeś to Szkarłat?

– Ta – burknął rogaty wielkolud. – Przebudziła się.

– Musimy, czym prędzej opuścić Narakam zanim… – potężny ryk zagrzmiał w powietrzu.

– I tak nas znajdzie; nie odpuści. Idź do niej Sikher. Ten przerośnięty gekon, nie wie o jej istnieniu.

– Chyba cię rogi cisną Szkarłat! – wrzasnął Etirion. Kolejny wściekły ryk zadudnił wysoko nad nimi.

– Musisz! Ja go zatrzymam.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania