Pokaż listęUkryj listę

Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 56

ODWIEDZINY

 

Wszyscy ze zdumieniem obserwowali, z jaką lekkością Karevis niesie dorosłego mężczyznę; wszyscy za wyjątkiem Brukijki, która traktowała ten przejaw nadludzkiej siły, jak coś zupełnie naturalnego.

Po przekroczeniu piaskowego portalu, Matka ostrożnie ułożyła rannego na kozetce, przykryła go kocem i przeszła do swojej izby gdzie stał mały drewniany stolik oraz kilka krzeseł.

– Usiądźcie proszę – Selekta pierwsza chwyciła za taboret gotowa się rozsiąść.

– Za nim spoczniesz córciu… – Matka udaremniła jej misterny plan.

– No tak! Ledwie mnie zobaczyłaś i już przynieś, podaj… –marudziła. Milena spokojnie odczekała aż Safonka wyleje z siebie pretensje i kontynuowała:

– Bądź łaskawa poprosić którąś z dziewczyn, żeby pobiegła po medyka i przynieś nam ciepłej herbaty – A! I weź jeszcze butelkę nalewki ze spiżarki – Na ustach Selekty wykwitł uśmiech satysfakcji: Milena wiedziała jak ją zachęcić.

– Oczywiście mamciu – odrzekła potulnie i prawie poszybowała w stronę kuchni. Milena usiadła za stołem i przeniosła uwagę na czarodziejkę.

– Mamy sporo czasu, zanim moja kochana Selcia opróżni pół butelki, znajdzie kubki i wróci się po herbatę – o której oczywiście zapomni – oznajmiła Karevis. Po czym spojrzała na ubabraną we krwi czarodziejkę po czym wstała bez słowa, napełniła małą misę wodą z wazy i postawiła na stole, żeby Lejla mogła obmyć ręce i twarz. Arkanistka odetchnęła z ulgą, gdy krew zabarwiła wodę odsłaniając czystą skórę na dłoniach.

– Jesteś dziecko w stanie opowiedzieć, co tu zaszło i dlaczego ten człowiek prawie wyzionął ducha? – Lejla uspokoiła się na tyle, aby móc streścić historię od dotarcia do Watenfel aż po moment, kiedy znalazły się w kaplicy Arkturosa.

– Więc powiadasz, że zaatakowała was jakaś wiedźma, która broniła ogromnego jadeitu, a na dodatek Cesarstwu grozi wojna domowa. To brzmi jak bardzo zły sen – podsumowała Milena.

– Też bym chciała, żeby to był zły sen Matko, choć i te miewam ostatnio bardzo pokręcone – wyznała Lejla zerkając z troską na kozetkę w sąsiednim pokoju.

– Dlaczego przyszyło mi znowu dożyć takich czasów – westchnęła Karevis, masując poprzecinane bruzdami czoło.

– Magia, którą się posługiwała ta kobieta… ta krucza wiedźma… nie przypominała niczego, co do tej pory widziałam, Matko – dodała Lejla. – I jeszcze te runy… mam wrażenie, że one nasycały Jadeit tym, czymś.

– Mojro…? – Arkanistka nagabnęła milczącą gosposię, siedzącą na uboczu – Wiem, że to wszystko było dal ciebie traumatyczne, ale czy nie zauważyliście z Mistrzem nic dziwnego podczas pobytu w tej wieży? – Mojra jakby ocknęła się z transu i zaczęła panować nad mimiką twarzy.

– Praca z profesorem nigdy nie należała do normalnych. Działo się tam dużo dziwnych rzeczy, ale to podłe babsko w przebraniu kruka… Ją widziałam po raz pierwszy. Kryształ też bym raczej zapamiętała – odpowiedziała Mojra.

– A mi to się kojarzy z magią istoty, która mnie zaatakowała, gdy chciałyśmy was wytropić – wtrąciła się Sebil, podpierając ścianę w kącie izby.

– Chciałyście nas wytropić? Po co? – spytała zdziwiona Lejla. Od początku, zakon wydał jej się niepokojąco dziwny i zaczynała rozumieć, czemu intuicja dawała jej takie sygnały.

– Martwiłyśmy się o Selektę – wybrnęła sprytnie Milena spoglądając kantem oka na Brukę.

Na szczęście dla Matki Trybada przekroczyła próg celi wybawiając ją od niezręcznych tłumaczeń. Selekta uśmiechała się „rozkosznie”, a na jej twarzy zagościł alkoholowy rumieniec. Podeszła do stołu i postawiła napoczętą butelkę z nalewką.

– Możemy zaczynać – obwieściła zacierając ręce.

– A herbata? – spytała Matka

– Kurwa!

– Wyrażaj się! Nie jesteś w jakiejś podmiejskiej melinie! – zrugała ją Milena.

– Zaraz przyniosę tę cholerną herbatę – sarknęła pod nosem Selekta.

– Dziękuję. Wracając do naszej rozmowy, muszę przyznać, iż to wszystko jest bardzo niepokojące, ale najbardziej martwi mnie bunt tych samozwańczych wyzwolicieli Walonu: gdy ci ludzie raz zaczną zabijać, nie poprzestaną na jednym mieście… – Matka przerwała monolog dźwięczną pauzą, w skupieniu polała gęstej nalewki do literatek i kontynuowała:

– Rządza mordu podsycana nienawiścią rzadko, kiedy bywa zaspokojona: zawsze musi istnieć wróg do pokonania, inaczej rewolucja traci sens, a dzieci pierwotnej idei, stają się zbędne – wypiła ziołowy trunek nie popijając. Lejla załapała za swój kieliszek, ale przypominała sobie, jak bardzo zwodnicza jest ta przyjemna woń szałwii, rumianku i cytrusów

Odstawiła napitek.

– W takim razie idę przygotować ołtarz – oznajmiła Sebil. – Musimy dowiedzieć się czegoś o tych partyzantach – wyjaśniła i przeszła do biblioteki. Piaskowy portal, zamaskowany iluzją, wyglądał teraz, jak duże lustro. Mistyczka przejechała pazurem po srebrzystej tafli. Zwierciadło zmętniało i rozsypało ukazując przejście.

Przekroczyła granicę zespolonych magicznie pomieszczeń i zeszła po schodach. Jej oczy drapieżnego kota jarzyły się w półmroku, a woń krwi wypełniająca komnatę, drażniła czułe zmysły drapieżcy. Niedbałym gestem, zapaliła magiczne latarenki na ścianach. Pomieszczenie wypełniło sine, słabe światło, ale dla bruki, nawet ono było nieco zbyt jasne.

Kaplica przypominała pole bitwy; srebrzyste piaski wewnątrz ołtarza, mieszały się z zastygłą posoką, tworząc małe szkarłatne wydmy, a podłoga była miejscami śliska od gęstniejącej juchy. Sebil minęła krwawe ślady i podeszła do makutry.

– Zobaczmy, czy się udało – odrzekła sama do siebie, zsuwając tunikę. Figury mogłaby jej pozazdrościć niejedna młoda pannica, a i wszechobecne futro nie zniechęciłoby wielu kawalerów.

Mistyczka powoli weszła do czary i stąpając z gracją kota, przeszła po drgających wydmach, przystając w miejscu gdzie leżał Markus. Przykucnęła zanurzając ręce w aksamitnym piasku. Wydawało się ze czegoś szuka.

– O! Tu jesteś – skomentowała zadowolona, po czym uniosła obie dłonie wynurzając pokaźnych rozmiarów obiekt, oblepiony piachem i krwią. Omiotła go aurą i gdy opadł pył, w rękach Bruki pozostała jedynie piękna, opalizująca szarością, perła pustyni pokaźnych rozmiarów.

– No, no, no; warto było dziadka z mocy oskubać. Mam nadzieję, że nie zabrałam za dużo… Nieee – zaprzeczyła swojemu sumieniu.

– Choć do mamusi – z uśmiechem przytuliła okrągły kamień emanujący bladym, szarym światłem – odstawię cię w bezpieczne miejsce.

– Matko! Matko Karevis! – Z nad sklepienia dobiegł odgłos wołania. Jedna z zakonnic desperacko poszukiwała Mileny.

– Tu to już naprawdę nie można mieć chwili spokoju – warknęła mistyczka i schowała perłę do relikwiarza.

Tymczasem do pokoju Matki, wpadła zdyszana siostra.

– Złap, że no powietrza! Za chwile mi tu padniesz – Karevis podeszła bliżej i podała młodej zakonnicy szklankę wody. Dziewczyna wypiła łapczywie.

– A teraz mów, co cię tak przestraszyło, Florencjo?

– Na placu wylądowała jakaś dziwna istota i pyta o ciebie.

– Istota…?? Światłości mniej litość! Niech ten dzień już się skończy. – Matka chwyciła buzdygan uwieszony za kredensem i zaczepiwszy go o klamrę u pasa, przykryła broń habitem.

– Prowadź Florencjo; zobaczymy, co jeszcze nam wiatry zmiany na podwórko przywiały.

– Pójdę z wami – zadeklarowała Lejla. – Mojro przypilnuj proszę mistrza.

– Oczywiście panienko – przytaknęła gosposia.

Obie kobiety podążyły za zdenerwowaną zakonnicą, po chwili wychodząc z długiego korytarza na otwarty krużganek. Przez całą drogę nie natknęły się nawet na jedną siostrzyczkę, co było dziwne, gdyż normalnie o tej porze zakon tętniłby życiem. Zagadkę rozwiązał widok siostrzyczek zgromadzonych wokół wysokiego obiektu, którego kontury rozmazało ostre słońce.

Milena przesłoniła oczy i zaczęła przeciskać się między dziewczętami, by w końcu wyjść przybyszowi na przeciw. Czarodziejka skorzystała z utorowanej drogi i wyłoniła się z tłumu tuż za nią.

– Atma? – zdziwiła się Arkanistka.

– To ty znasz to stworzenie? – spytała Karevis.

– Tak, to Starsza z Ariendi; to ona nam pomogła na farmie.

– W takim razie witam pani Atmo, jest pani tu mile widziana – Matka puściła rękojeść i wystawiła rękę, żeby się przywitać. Spod jej habitu wypadła buława uderzając dźwięcznie o kamienne klepisko. Atma spojrzała na ciężką głownię a potem na Matkę.

Nastała niezręczna cisza.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania