Pokaż listęUkryj listę

Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 44

Co tu się dzieje?

 

Pogoda była niemal bezwietrzna – co w przypadku siedzib u podnóża wysokich gór należało do całkiem nietypowych zjawisk. Szli już jakiś czas w kompletnej ciszy; tylko Selekta i Sebil pod postacią telmiańskiego gwardzisty. Imael pozostał w zajeździe, żeby odprawić rytuał mentalnego zespolenia i poszukać Lejli. Obie kobiety nieco się uspokoiły, kiedy nikt nie odebrał im broni: doświadczenia Selekty z Watenfel odruchowo wywoływały czarnowidztwo i brak ufności wobec cesarskiego wojska.

Po długim podejściu brukowaną arterią miasta doszli do bramy w wewnętrznym murze działowym, który odgradzał Dzielnicę Świątynną od tej umownie świeckiej. Część zabudowy w górnej części wzgórza zwano Świątynną, bo katedry Matki Nadziei pięły się w górę traktu na całej jego długości, ale za murem swoje włości posiadało również: bogatsze mieszczaństwo, zakon Pieśniarzy otoczony strzelnicami i zagrodami kelcy oraz, oczywiście, girzelski ratusz z siedzibą burmistrza.

Bramogłowy gwardzista z eskorty wymienił kilka słów ze strażnikami rozstawionymi przed zdobionym reliefami łukiem wejściowym, a ci przepuścili całą grupę bez kontroli osobistej – zresztą półtoraręczny miecz Selekty dumie wystawał rękojeścią ponad głowę Safonki i, nie licząc kilkunastu kordów i szpikulców poupychanych w odzieniu, był dość widoczną bronią. Około stu jardów dalej, zboczyli z głównej drogi i skręcili w prawo, wchodząc w węższą, ale nadal zadbaną aleję. Sebil stwierdziła, że tu nawet nie śmierdzi tak bardzo, jak w każdym mieście.

– Mam nadzieję, że pan Cesarz się nie mylił co do rządcy tego nadętego kurwidołka – wyszeptała Safonka do „towarzysza”.

Idący najbliżej girzelski strażnik obrócił się i obrzucił Selektę spojrzeniem pełnym dezaprobaty. Trybada w odpowiedzi posłała mu cmoknięcie pomiędzy niedomknięte skrzydła wrót w hełmie.

– Co do naszego grubasa się nie mylił: wiedział, że knuje, więc chyba wywiad w tym państwie działa porządnie – odpowiedziała po chwili Sebil.

– Zaraz się przekonamy, ale wiesz… Gdyby wywiad działał, to twój owłosiony zadek już dawno zostałby zdemaskowany.

– Teraz czy tak ogólnie?

– Ogólnie.

– Milena sporo się natrudziła, żeby nikt nie wścibiał nosa w wewnętrzne sprawy zakonu. W końcu naszą patronką jest nie kto inny jak Imaltis, a mój ołtarzyk to tylko nieistotny drobiazg.

– Phy…

Eskorta stanęła przed pięknym dwukondygnacyjnym białym budynkiem w kształcie podkowy opasającej niewielki dziedziniec. Pośrodku tego zielonego placyku, wewnątrz zadbanego oczka wodnego, pięła się w górę kaskadowa fontanna, której rzeźbione dekoracje z grubsza opisywały exodus starszych poza Sefalos – nie mogło też zabraknąć licznych bram, wszelkiej barwy i rozmiaru.

Strażnicy w tabardach pozostali przed wejściem, a posłaniec nakazał kobietom podążać za sobą w kierunku głównego holu. Wszyscy zachowywali się zaskakująco pewnie w stosunku do dwóch uzbrojonych przybyszy.

– Przepraszam za tamto w karczmie – zagaiła Selekta do naburmuszonego mężczyzny, który kroczył w samej koszuli i narzuconej na ramiona pelerynie. Dublet zostawił w zajeździe: karczmarz zaoferował przepierkę na koszt gości odpowiedzialnych za ten incydent.

– Zdarza się w karczmach – fuknął, łypiąc na Safonkę jednym okiem. Mogła przysiąc, że powieki ozdobiono barwiczką. Poza tym głos niewysokiego mężczyzny wysycała taka maniera, że człowiek czuł się gorszy i sam nawet nie wiedział dlaczego.

Przekroczyli próg wejścia osadzonego pod arkadą. Wnętrze girzelskiego ratusza nie ociekało przepychem jak u burmistrza Garnefora w Telmonton: na ścianach wisiało kilka całkiem gustownych pejzaży, a wykończenie kolumn i gzymsów stwarzało wrażenie surowego, sztukaterii zaś było jak na lekarstwo – aczkolwiek sama przestrzeń i ogromne okna wieńczone maswerkami tworzyły atmosferę majestatu.

Posłaniec minął kilka kolumn i wszedł w aulę, pośrodku której stały dwa bogato zdobione dębowe siedziska z oparciami stylizowanymi na… bramy. Na jednym siedziała kobieta i toczyła ożywioną dyskusję z dwiema innymi damami stojącymi po bokach. Stroje obu prezentowały się nieco skromniej, ale nadal ze szlacheckim rozmachem. Nieopodal szczupły wysoki jegomość oglądał gobeliny wyłożone na podłogę z polerowanego gnejsu.

Podrapał się po siwiejącej brodzie, poprawił kryzę i przemówił głębokim męskim tonem:

– Myślę, kochanie, że weźmiemy te dwa. – Wskazał palcami dwie zielone rozłożyste tkaniny każda z wyhaftowanym skrzydlatym motywem.

Kobieta przerwała szczebiotanie, wstała z siedziska, przeprosiła towarzyszki i podeszła do męża.

– Wiem, że lubisz szokować nowoczesnością, kochany, ale na tych materiałach nie ma nawet jednej bramy. – Powachlowała zarumienioną twarz.

– Margie, kochana. – Mężczyzna ujął jej bladą dłoń i pocałował czule. – Znasz mnie lepiej niż ja sam, wiesz, co myślę o stylizacji w tym mieście.

– Myślę podobnie, ale wiesz… Ludzie będą mówić… Może nawet przykleją nam łaty rewolucjonistów obyczajowych! – Rozłożyła wachlarz i zaczęła nerwowo chłodzić spąsowiałą twarz. – Chyba mam palpitację serca. – Teatralnie ułożyła dłoń na dekolcie mocno podkreślonym przez unoszący pełne piersi gorset.

– Dobrze, kochanie… Tylko już się nie denerwuj. Weźmiemy te dwa czerwone z wyhaftowanymi wrotami.

– Dziękuję, Gilbercie – orzekła z uśmiechem i zatrzasnęła wachlarz, wracając do spokoju ducha jak za dotknięciem magicznej różdżki.

– Burmistrzu. – Do rozmowy wtrącił się niewysoki posłaniec, który podszedł bliżej pary, pozostawiając Selktę i przebraną Sebil tuż za linia kolumnady. – Mistrzyni Selekta Weil wraz z obstawą – przedstawił gości i pochylił się nisko.

– Ach, Mistrzyni Weil – uradował się burmistrz, który jak na standardy arystokratyczne był całkiem smukły i nawet przystojny. – Gilbert Erenbrille. – Podszedł i wymusił uścisk dłoni u obu przybyłych. – A ten przepiękny kwiat za mną to lady Margijana Erenbrille z domu Lafet. Oczywiście moja ukochana małżonka.

Przywołał kobietę dłonią.

Margi uniosła nieco bufiasty bliaud, odsłaniając koronkowe nogawiczki i drobnym krokiem dołączyła do męża. Selekta nie mogła opanować oczu, które wodziły za kształtnymi alabastrowymi piersiami burmistrzyni.

Sebil szturchnęła ją karwaszem.

– Miło mi, burmistrzu – rzuciła Safonka, okraszając słowa znikomymi pokładami życzliwości. – To może ja od razu przejdę do sedna. Nigdy nie byłam w tym mieście, a kilka godzin po przekroczeniu brony, zostaję zawezwana po imieniu do ratusza. Więc zapytam tylko raz: o co chodzi?

Burmistrz chrząknął nerwowo, a Margi otarła mu czoło aksamitką.

Trzymajcie mnie, bo zwymiotuję, pomyślała mistyczka, ale twarz telmianina – jak przystało na strażnika – nie zdradzała żadnych emocji.

– Czasy robią się niespokojne – zaczął Gilbert. – Mamy większą ilość zwiadowców na ulicach i poza nimi; wyglądają jak pielgrzymi, żeby nie niepokoić przybyłych. Pieśniarze natomiast podwoili straże na przesmyku Iwra i na obrzeżach. Proszę się nie dziwić, do nas też docierają złe wieści z północy: wierni to dobry nośnik informacji.

– A skąd wiedzieliście, że ja to ja? Nikt nie został poinformowany, że mam tu przyjechać. Nas też rozpoznał jakiś nadgorliwy pielgrzym? – Selekta nie dała zamydlić sobie oczu ogólnikami.

– Może będzie lepiej, jak mój zacny gość wam to wyjaśni.

Burmistrz klasnął żwawo. Trzask rygla rozszedł się echem po komnacie. Z przejścia do jednego z korytarzy wyłoniła się potężna sylwetka. Mężczyzna zrobił kilka kroków, dźwięcząc metalem z nagolenników.

Selekta bez namysłu podbiegła do kolosa i uściskała mocno, nie zdoławszy jednak w pełni objąć go ramionami. Sebil ogarnął szok: nigdy nie widziała takiej wylewności u Safonki – nigdy na trzeźwo.

– Ty stary bizonie! Myślałam, że nie żyjesz! – Selekta rąbnęła Hektora w bark, a Wulkir skrzywił się lekko, bo dotkliwa rana choć zrośnięta nadal rwała przy każdym ruchu.

– Miło panią znów widzieć, mistrzyni Weil.

– Przestań, Hektorze. Po tym, co zrobiłeś, masz największe prawo, żeby mówić mi po imieniu.

Szybki i lekki stukot pantofli o kamienną posadzkę rozbrzmiał w korytarzu tuż za Wulkirem. Hektor odsunął się na bok, ustąpiwszy kolejnej niespodziance.

Dziewczynka wypadła zza kapitana z uśmiechem na twarzy, ale dojrzawszy Selektę, stanęła w miejscu, nieumiejętnie maskując zawód: spodziewała się kogoś innego. Promienny uśmiech przeszedł w lekki wyraz zadowolenia.

– Mistrzyni Weil. – Księżniczka dygnęła.

– Holi…? Jak to możliwe? Przecież ty i Felix... Wy mieliście się pobrać. – Safonka spojrzała na Hektora, który zmarszczył czoło, uwidaczniając bruzdy wyryte przez czas i trudy życia.

– Pobrać? – zdziwił się Wulkir.

– To może zorganizujemy jakiś posiłek i wszystko sobie omówimy – wtrącił się burmistrz. – Fryderyku – przywołał gońca, który wcześniej usunął się w cień. – Pierzchaj do kuchni i powiedz serwim, żeby przygotowali posiłek w mojej prywatnej jadalni. Nakrycie na sześciu uczestników.

 

***

 

Atmosfera przy posiłku wydawała się tak gęsta, że nikt nie kwapił się od rozpoczęcia konwersacji – a wieści od obu gości burmistrza mogły tę atmosferę jeszcze bardziej skondensować.

Selekta w końcu podjęła wyzwanie i streściła powód ich przybycia do Girzel.

– Braciszek Imael wykrył Lejlę gdzieś tu, a Cesarz został zaproszony na ślub własnej siostry, i tak się tu znaleźliśmy. A wy, Hektorze? – spytała Selekta, przerzucając wzrok na nienaturalnie milczącą Holi, która zasiadała obok burmistrzowej pary i drapała srebrnym widelcem po talerzu.

– Myślałem, że ja nie mam zbyt dobrych nowin, ale ta historia ze ślubem, to... – Zacisnął pięść, strzelając z knykci.

– Domyślam się, że pobyt księżniczki w Girzel nie świadczy o niczym dobrym. – Selekta urwała udko od pieczonego kurczaka i wlepiwszy wzrok w Wulkira, zaczęła obgryzać mięso.

Sebil odruchowo chwyciła za sztućce, ale olśniło ją, że jako gwardzista nie powinna być aż tak dystyngowana. Poszła w ślady Safonki i oderwała kawał czegoś mięsnego od całej reszty czegoś innego z kopytem.

Hektor spojrzał na burmistrza pytająco, a ten wyraził zgodę skinieniem głowy.

– Przestańcie romansować po kryjomu i wykrztuś to z siebie, Hektorze – rzuciła zniecierpliwiona Safonka. – Widzę przecież, że coś tu się święci.

– Przepraszam, mistrzyni Weil – wtrącił się Gilbert, a jego małżonka już czule gładziła mu dłoń. – To sprawy wagi państwowej: sir Hektor musi być ostrożny, komu przekazuje informacje. – Burmistrz odłożył tłusty kawałek żeberka i rozejrzał się za lnianą chustą.

Margi, jakby na to czekała, podała mu serwetę szybciej niż, serwi zdążył zauważyć taką potrzebę.

– Dziękuję, kwiatuszku. Mów swobodnie, Hektorze – zezwolił.

– Wygląda na to, że za buntem Walończyków stoi coś więcej niż tylko walka o suwerenność. Pałac w Oruun przestał być bezpieczny, dlatego księżniczki… Obie są teraz tutaj, pod opieką Burmistrza, choć nie wiem jak długo. W dodatku z tego, co mówisz, Cesarz jedzie prosto w pułapkę.

Selekta rozdziawiła – niestety nadal pełne – usta.

Hektor opowiedział całą historię od pojawienia się Sylfioran aż do ucieczki z Oruun. W tym momencie nikt już nie jadł. Zapanowała gęsta cisza; taka, od której włos jeży się na karku, a każdy boi się przerwać milczenie, żeby nie wywołać niczego gorszego.

– A ta Starsza Arianka? Skąd pewność, że można jej ufać?

– Książe Felix zaręczył za nią, osłoniła też księżniczkę Holi własnym ciałem przed… – znów się zawahał. – To wszystko mnie przerasta. Wojna jest prostsza: idziesz i zabijasz albo sam giniesz.

– Przed moją siostrą – wtrąciła się Holi, zaciskając piąstki. – Pani Sylfia osłoniła mnie przed własną siostrą.

– Zaraz, zaraz… Chwilunia. Księżniczka Tijanor od kilku lat leży w śpiączce; jak ona…?

– Będzie lepiej pokazać – przerwał jej Hektor.

Dźwięk tłumionego płaczu rozszedł się po komnacie.

– Spokojnie, kwiatuszku. – Margi przytuliła młodszą księżniczkę. – Nie musisz tam schodzić.

 

***

 

Selekta nie dała im nawet dokończyć posiłku. Informacje o zdradzie Jokivaru – bo jak inaczej nazwać wymuszenie ślubu na nieletniej księżniczce, bez zgody Cesarza – odebrały chęć jedzenia. Na dodatek jakieś dziwne istoty panoszące się po pałacu w cudzych ciałach jako wisienka na torcie masakry. Wszystko sprawiło, że Trybada zaczęła odczuwać realny, ściskający ciało lęk. Nie bała się o siebie, lecz o zakon, o Matkę, o siostry…

Zbierz się do kupy, skarciła się w myślach, nie wszystko naraz.

Szli teraz podziemnym korytarzem, od którego odchodziły liczne odnogi. Wszystko wskazywało na to, że Girzelski ratusz był jak termitiera z ładną podkową na czubku dla niepoznaki. Większość podziemnych komnat i naturalnych niecek była zagospodarowana: spiżarnie, składy wina i piwa, trochę broni, no i oczywiście strzeżony skarbiec. Całość duszna i gwarna od kręcącej się służby i straży. Serwi wynosili i wnosili różne dobra jak robotnice mrówek dygające nerwowo na widok burmistrza w roli królowej.

Wszystko uległo zmianie, kiedy weszli w ciemny i pusty tunel oświetlony jedynie niesionymi pochodniami. Cała ludzka obecność zniknęła, a służba zdawała się unikać tej części podziemi, zupełnie jakby zagnieździł się tu jakiś potwór. Burmistrz, Selekta, Sebil i Hektor – Margijana została z Holi, która z jakichś powodów wpadła w markotny nastrój i zamknęła się w pokoju – weszli w zakręt, wychodząc wprost na strzeżone wrota.

Bramogłowi na widok burmistrza rozstąpili się, a Gilbert oddał pochodnię Hektorowi i wyciągnął z kaftana złoty amulet z osadzonym turkusem. Aktywny minerał mienił się magicznym blaskiem, który z dala od żółto-pomarańczowego światła pochodni przypominał jedną z gwiazd przełamującą mrok nocnego nieba. Gilbert przetarł błyskotkę, przyłożył do ledwie widocznego żłobienia i wyszeptał kilka słów, które rozniosły się nienaturalnym echem. Sebil wyczuła więcej. Słaba Fala astralnego błękitu, spoiwa magicznej symetrii, podjęła nieudaną próbę rozproszenia iluzji, nadgryzała szare piaski, nakazując im nieistnienie.

Niewidoczne wcześniej runy wykute w skalnym włazie rozgorzały błękitem ładu i kamień wtoczył się we wnękę, nie robiąc przy tym przesadnego hałasu.

– Mistrzyni Weil, strażniku – zagabnął burmistrz – musicie postępować zgodnie z moimi instrukcjami. Proszę trzymać się blisko i stąpać po ścieżce z niebieskimi runami.

– Co to za miejsce? – spytała Trybada, zerkając kątem oka na Sebil.

Burmistrz zmieszał się i przetarł czoło aksamitką.

– Niechlubna część historii miasta, którą dostałem w spadku po poprzednikach. Tutaj przetrzymywano, przesłuchiwano i torturowano magów, którzy nie spodobali się władzy. Trafiali tu głównie posądzeni o szpiegostwo, ale i wrogowie młodego wówczas kultu Matki Imaltis. Świątynia na powierzchni głosiła słowo Nadziei i prała swoje brudy głęboko pod ziemią.

– A jakie brudy teraz skrywa? – wtrąciła się Sebil sprowokowana przypływem gniewu. Niewolnictwo i tortury stanowiły sporą część jej przeszłości, którą wolałaby zakopać w odmętach niepamięci.

– Te komnaty od dawna stały puste i nigdy nie sądziłem, że jeszcze się przydadzą, a już na pewno nie do tego… Lepiej pokazać. – Dotknął amuletem kolejnej ściany. Ścieżka na podłodze rozświetliła się magicznym błękitem, a na sklepieniu zapełgały runy pochłaniające. Wąski korytarz kończył się otwartym wejściem do przepastnej komnaty, której próg ostrożnie przekroczyli.

Fale magicznej energii przetaczające się przez przestrzeń dawały się wyczuć nawet tym bez aury. Zupełnie jakby cylindryczny korytarz odprowadzał pokłady astry z wnętrza groty i rozpraszał po runach.

Burmistrz dotknął wilgotnego miejsca pod rzeźbą przypominającą łeb drapieżnego kota. Ogromna sala w kształcie kopuły wypełniła się czerwonym blaskiem; magiczne glify absorpcyjne pokrywały każdy skrawek surowego muru.

– Jak jest ciemno, to jest spokojniejsza – oświadczył Gilbert.

Selekta powiodła spojrzeniem w głąb pomieszczenia i wytrzeszczyła oczy.

– Co to ma znaczyć! – krzyknęła, odruchowo chwytając za rękojeść miecza.

W samym centrum na pledzie klęczała dziewczyna odziana w zabrudzony czerwony surkot. Ramiona przylegały jej ciasno do boków; wyglądała jak spętana niewidocznym łańcuchem. Z szyi zwisał jej medalion z żarzącym się szkarłatnym sulfirytem, a opadające hebanowe włosy skrywały twarz wpatrzoną w posadzkę. Nie było wątpliwości, któż to taki: stanowiła większą kopię Holi.

– Księżniczka Tijanor jest w takim stanie, odkąd uciekliśmy z pałacu – oświadczył Hektor. – Odkąd się przebudziła…

Sebil oparła się o mur, żarząc runy wokół swoją iluzją. Czuła moc bijącą z wnętrza tej klatki. Czuła rozpacz, która się tu kłębiła przez lata, ten ból tak mocny, że zostawił ślady w astralnym polu.

– Jesteście chorzy! Zawiśniemy za to wszyscy! – Selekta ruszyła, odpychając Burmistrza. Granica z błękitnych glifów wyryta w podłodze wokół dziewczyny wzmogła swój blask. Znaki syczały, pochłaniając magię.

– Stój! – krzyknęła Sebil.

Za późno.

Safonka przekroczyła barierę. Na twarzy spętanej księżniczki pojawił się delikatny uśmiech. Moc wybuchła z niewyobrażalną siłą. Wyrzucone wstęgi czerwieni stały się widoczne dla wszystkich. Miażdżąca aura chwyciła Trybadę jak w kowalskie imadło i wgniotła w posadzkę, wycisnęła oddech.

Mistrzyni stęknęła i padła na kolana.

Nie mogła wydusić słowa. Ta moc… Czerwień gniewu. Astra zniszczenia. Pożerała ją, pochłaniała, wlewając szaleństwo do umysłu. Selekta otworzyła usta, ale mogła tylko charczeć niezrozumiale. Magia wdzierała się w ciało i rozszarpywała jej inrę. Safonka zapragnęła niszczyć i palić wszystko, co istnieje.

Uniosła głowę i spojrzała na dziewczynę. Tysiące purpurowych macek sięgało w jej kierunku. Księżniczka uśmiechała się: paskudnie, demonicznie, a jej oczy… One płonęły żądzą pożogi i zniszczenia. Nad kobietą unosiła się projekcja z mocy, ognia i gniewu: sumedzki smok zniszczenia, Młot Matki, patrzył na Safonkę z pogardą i politowaniem.

Bryza chłodnego wiatru przyniosła ukojenie i przebłysk świadomości.

– Men-sep sarbat! – Selekta usłyszała znajomy głos. Szarość zmiany spowiła ją, zamykając w bezpiecznym kokonie. Wściekłość zelżała.

Mocne szarpnięcie za ramiona wyrwało Safonkę z transu. Hektor wyciągnął ja za krawędź skwierczących błękitnych run. Całe sklepienie tonęło w blasku pożeranej mocy.

– Mistrzyni Weil! – Chwycił jej blade policzki w dłonie i spojrzał w błądzące oczy. – Mistrzyni Weil!

– Ży… żyję – wystękała, odzyskując oddech i władzę nad ciałem.

Sebil klęczała w progu i rzucała zaklęcia. Iluzja rozsypała się i wirowała wokół mistyczki. Czerwone błyski przeskakiwały pomiędzy szarym pylistym tornadem a glifami na ścianach.

– Uciekajmy stąd, Wulkirze… – wyszeptała Bruka i spojrzała na zaskoczonych mężczyzn. – Wszystko wam wyjaśnię, tylko proszę: wyjdźmy już stąd, nim ta komnata pożre i mnie.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania