Pokaż listęUkryj listę

Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 30

KOŚCI ZOSTAŁY RZUCONE

 

****

Wulkirami ochrzczono ciężką jazdę dosiadającą wielkich, pasiastych niedźwiedzi.

Bestię zwane Wulfirami, były symbolem i chlubą Oruńskiej armii, a ich jeźdźcy, do których zaliczał się również Hektor, uchodzili za prawdziwą elitę cesarskiego wojska. Pancerni jeźdźcy siali spustoszenie na polu bitwy, obracając w pył morale przeciwnika.

Niedźwiedzie zabierano od matek w młodym wieku, aby wytworzyć silną więź pomiędzy jeźdźcem i jego bestią, w ten sposób stanowili zgrany duet w śmiercionośnym, wojennym tańcu.

 

****

 

Selekta wydała rozkaz Pieśniarzom, aby przenieśli się do zewnętrznego kręgu i tam na nią czekali; w razie gdyby nie dołączyła do nich do końca dnia mieli wrócić do stolicy.

Sama opuściła karczmę „Pod Turkawką” z zamiarem wizyty u Namiestnika Mezmira, ale plan wpierw zakładał odszukać Hektora: jeśli miało w Watenfel dojść do buntu przeciwko koronie, to stary weteran Eldenfist, był jednym z tych ludzi, których warto mieć przy sobie.

Według informacji, jakie przekazała jej Lejla, kapitan cesarskiej straży eskortował arcykapłana Sareda i powinien dotrzeć do miasta kilka dni przed nimi. Selekta była pewna, że w kwestii oddania cesarstwu, Hektorowi można zaufać.

Ruszyła wprost do świątyni gdzie, najprawdopodobniej, przebywał wraz z hierarchą. Cały czas bacznie obserwowała otoczenia gotowa w sekundzie użyć któregoś ostrza ze swojego pokaźnego arsenału ukrytych sztyletów i noży.

Poruszała się wzdłuż jednej z uliczek biegnących równolegle do muru i nie mogła oprzeć się wrażeniu, iż jest obserwowana. Od wczoraj podwoiła się również liczba patroli, do których ochoczo słała zgryźliwe uśmiechy.

– Czyżby to po mojej wczorajszej wizycie u majora Burkcharda? – pomyślała na głos. – Ale jestem popularna, he – parsknęła pod nosem.

Dzielnica usługowa, w której mieściła się świątynia, żyła swoim własnym, frywolnym żywotem, a co ładniejsze damy i młodzieńcy reklamowali przeróżne przybytki, zachęcając przechodniów do wejścia.

Obecnie w branży zaspokajania potrzeb cielesnych, nie działo się najlepiej: bogatsi obywatele wewnętrznego kręgu nie zapuszczali się tak chętnie w te strony w obawie przed zarazą, a miejscowi mnisi pracowali w pocie czoła przy chorych licznie zgromadzonych w salach modlitewnych. W efekcie walka o śmiałków, których popęd wygrał ze strachem, była zajadła a ubiory naganiaczy coraz bardziej skąpe. Selektę, co i raz atakowały uwieszające się na szyi damy szepczące do ucha sprośne rzeczy z przypisanym do nich cennikiem.

Safonka pierwszy raz czuła się przytłoczona i onieśmielona przez nadmiar kobiecych wdzięków, a gdy dwie prostytutki pobiły się o nią na środku drogi, ciskając w siebie rynsztokowymi epitetami, mocno przyśpieszyła kroku i z ulgą przyjęła widok świątynnych posągów.

Przed wejściem do siedziby kultu światła, rozpościerał się dywan chorych. Choć władzom i miejscowym było nie w smak, iż świątynia wprowadza plebs do ich zamkniętego światka, to jednak nadal byli obywatele Walonu: odmówienie im pomocy mogło doprowadzić do wewnętrznych zamieszek, a tego nikt teraz nie potrzebował.

Pomiędzy chorymi, zwinnie przemykał kapłan podając wodę spragnionym, a dwóch innych rozdawało koce. Trybadą wciąż jeszcze targały emocję z porannego rozstania, więc nawet nie siliła się na uprzejmości.

– Klecho! – nawołała mnicha pogardliwie. Młody kleryk stanął zdezorientowany rozglądając się na boki.

– Tak do ciebie mówię! Chodź tu! – powtórzyła nie mniej opryskliwie. Zalękniony mężczyzna podszedł bliżej.

– W czym mogę pomóc? – zapytał drżącym głosem.

– Szukam arcykapłana Sareda i Eskortującego go rycerza. Ponoć są tutaj.

– Owszem – przytaknął. – Komnata hierarchy Sareda znajduje się w lewym skrzydle budynku – wskazał palcem drogę – Ale z arcykapłanem nie da się rozmawiać – zakreślił znak światła w powietrzu i pokręcił głową. – Od wczoraj majaczy w gorączce… Przeklęta zaraza nikogo nie oszczędzi!

– Wy wszyscy bredzicie i tonie od gorączki! Z drogi! – warknęła Trybada, odepchnęła go brutalnie i ruszyła wprost we wskazane miejsce.

Mijając sale modlitewne trafiła do cel wysokich kapłanów. Pomimo niechęci do kultu Imaltis, Selekta musiała im przyznać jedno: pomieszczenia, czy to mnichów czy wyższych kapłanów, były skromne a ilość pomocy, jaką nieśli mieszkańcom, była ogromna.

Zza jednych drzwi dochodził rozpaczliwy męski głoś, który wydał się Selekcie znajomy.

Otworzyła uchylone skrzydło i weszła do przedsionka. Na drugim końcu pomieszczenia, Arcykapłan modlił się do zawieszonej ikony Imaltis z fanatyczną wręcz zawziętością. Całość litanii przypominała bełkot pijanego i tylko nieustannie powtarzane słowo „wybacz”, dźwięczało wyraźnie pośród echa rozmytych zdań.

Tuż obok Sareda, oparty o ścianę, stał Hektor; nawet jego cień sprawiał wrażenie nienaturalnie ogromnego, a wsparty o komodę miecz sięgał Selekcie rękojeścią do mostka.

Zaraz za drzwiami, niczym opancerzona statua, prężył się włócznik z Walońskich Białych Kruków, który zastąpił Safonce drogę.

– Pokój jest objęty kwarantanną! – warknął zbrojny. Hektor dopiero teraz wyrwał się z zadumy, a Selekta wystawiła Cesarski glejt przed nos mężczyzny w kruczym kasku.

– To – zaakcentowała – Daje mi swobodę ruchu po terenie całego Cesarstwa – zaznaczyła Safonka. Walończyk spojrzał na Sungardzkie insygnia z odrazą i ustopił jej z drogi.

Kapitan Eldenfist zdziwiony widokiem Selekty, przerwał wartę i podszedł do niej.

– Lady Weil – zasalutował – Muszę przyznać, że jestem zaskoczony, pani obecnością. Coś się stało?

– Na polecenie Cesarza eskortuję Lady Winter do wieży mistrza Markusa. Niosę też rozkazy dla kapitana Kristoffa.

– Rozumiem, a gdzie jest teraz Lady Winter, jeśli można spytać? – Selekta, nim odpowiedziała, zerknęła ukradkiem na strażnika stojącego przy drzwiach. Bacznie im się przyglądał.

– W oberży i szykuje się do wyjazdu – skłamała. – Jutro ruszamy w dalszą drogę – przeniosła spojrzenie na Sareda. – A jemu, co się stało? – wskazała na hierarchę zręcznie zbaczając z tematu arkanistki.

– Twierdzi, że zamknął w więzieniu samą „Imaltis” i musi to odpokutować. Co chwila próbuje się biczować, dlatego go pilnuje; Cesarz nakazał sprowadzić go w jednym kawałku i szczerze powiedziawszy, nie wiem co robić: raczej nie nadaje się do podróży.

– Biedaczek… Mówiono mi, że celibat może pomieszać w głowie, ale żeby aż tak? – zażartowała niesmacznie, a Hektor tylko chrząkną na znak dezaprobaty.

– Skoro już mowa o wstrzemięźliwości… – Selekta dostąpiła do Wulkira, mocno naruszając jego przestrzeń osobistą. – Strasznie się za tobą stęskniłam – łypnęła okiem na Kruka i zmysłowo przejechała dłonią po potężnym torsie kapitana. Pomimo szoku Hektor zachował zimną krew wyczuwając zamysł w tym pozornie irracjonalnym zachowaniu. Selekta zaczęła całować go po karku.

– Musimy porozmawiać na osobności – szepnęła mu do ucha i wymownie spojrzała na zaciekawionego walońskiego strażnika, którego ewidentnie coś zaczęło uwierać w spodniach. Hektor zorientował się w sytuacji i przyłączył do gry.

– Nie mogę opuszczać pokoju – odszeptał – Aż płonę z pożądania! – oznajmił już głośno, złapał ją za pośladek i przycisnął do siebie.

– Znajdźmy ustronne miejsce, żeby ugasić ten pożar w lędźwiach – wypowiedziała mrucząc. Udawanie podnieconej całkiem dobrze jej szło. Hektor jeszcze mocniej ścisnął jej twardy jak skała, pośladek i wsunął dłoń pod koszulę.

Odwdzięczyła się chwytem za krocze z siłą imadła. Zajęczał z bólu i zorientował, że przesadził z obmacywaniem.

W Kruku, krew już kipiała. Hektor podszedł do niego udając zawstydzonego.

– Kolego… Nie wiesz gdzie tu można się zaszyć tak, żeby nikt nie widział… i nie słyszał? – Strażnik uśmiechnął się lubieżnie.

– Powiedzmy, że znam takie miejsce i mógłbym przymknąć oko na kwarantannę; co z tego będę miał?

– A co chcesz?

– Nie chcecie trzeciego? – wypalił strażnik – Masz już swoje lata, a ona wygląda na strasznie napaloną – spojrzał na rozochoconą Safonkę wdzięczącą się na stole.

– Ktoś musi pilnować tego kapłana, żeby nie się nie pociął, ale jak skończę, to możemy się zmienić. Co ty na to?

– Stara sala przesłuchań w piwnicy – wskazał Kruk dając tym samym zgodę na ich igraszki. – Macie pół godziny, potem jest moja; zrozumiano?

– Nie zapomnę ci tego przyjacielu – Hektor klepnął go w ramię – Facet w moim wieku musi wykorzystać każdą okazję – dodał.

 

Drzwi od wskazanego pomieszczenia były grube i porośnięte pajęczyną, co oznaczało, że strażnik nie kłamał: nikt tu od dawna nie węszył.

Weszli do środka.

Płowe promienie wpadały przez brudny świetlik, rzucając nieco światła na paskudną przeszłość tego miejsca.

Budynek świątyni był niegdyś garnizonem, a stare zabawki specjalistów od cielesnej dyplomacji, stały porzucone i przeznaczone, aby popaść w zapomnienie.

Wraz z Selektą przysiedli na podłużnym, niszczejącym łożu tortur.

– Mów pani, po co ta cała maskarada? – spytał Trybady.

– Wczoraj próbowałam dostarczyć rozkazy dla kapitana Weismana… – wyznała szeptem – Niestety w barakach zastałam majora walońskiej armii, który zmieszał nas obie z błotem i kazał wyprowadzić. Niewiele brakowało, a skończyłoby się krwawą jatką.

Pomyśl Hektorze! Brak cesarskich flag, oddziały regularnej armii patrolujące ulice i zniknięcie człowieka oddanego koronie.

– To rzeczywiście dziwne – odrzekł marszcząc pokryte bruzdami czoło i zaczął wygrzebywać wspomnienia.

– Odkąd tu jestem nie miałem zbyt wielu okazji przechadzać się po ulicach. Jedyne, co przykuło moją uwagę to fakt, iż wszystkie pracownie kowalskie są zamknięte. Chciałem podkuć konia i naostrzyć miecz, ale nie było sposobu. Każdy, kto pała się tym fachem odmawiał tłumacząc się obłożeniem pracy.

– Widzisz! O tym mówię! – zapominała się i podniosła głos.

– Ciiiiszej – Hektor zasłonił jej usta. – Myślisz, że wykuwają rewolucjonistom broń? – spytał z trwogą w sercu. Dla niego taki scenariusz wydawał się rodem z koszmaru: przeżył już niejedną wojnę i miał nadzieję, iż kolejnej już nie dożyje. Niestety wszystkie znaki wskazywały na szykujący się przewrót.

– Jeśli tak, to nie są jeszcze gotowi – Selekta powróciła do szeptu – Inaczej już dawno gryźlibyśmy ziemię – splunęła. – Nie wiesz czy Namiestnik też jest w to wplątany? To ignorant i bufon, a Walon nie wiele go obchodzi, jednak mobilizację wojsk chyba by zauważył…?

– Niedawno mieliśmy audiencję u rodzeństwa Galatów. Nie zauważyłem nic dziwnego w ich zachowaniu – nic poza standardową wyniosłością. Może armia wykorzystuję plagę i szykuje powstanie za ich plecami? – Wulkir podrapał posiwiałe krzaczaste brwi. Nadal nie dowierzał… nie chciał wierzyć. Odrobina nadziei na spokojną służbę do końca dni, bledła i gasła z każdą chwilą.

– Tego właśnie się dowiem – oznajmiła stanowczo Selekta. – Cesarz musi się o tym dowiedzieć. Wyślij jednego z moich rycerzy do stolicy. Wysłałam ich w oberży przy zachodniej bramie. Niech Pieśniarz trzyma się z dala od głównego traktu dopóki nie wkroczy na most. Lejla już opuściła miasto.

– A ty pani?

– Ja muszę znaleźć Weismana, a Mezmir bądź jego żmijowata siostra, mogą wiedzieć gdzie jest. Kristoff od lat wiernie służy koronie. Chociaż tyle mogę dla niego zrobić. Sprawdzę też czy upiorne rodzeństwo w tym siedzi. Dołączę do was jak… – rozmowę przerwało pukanie do drzwi.

– Wy tam! Kończyć już! Umowa to umowa! – wygrzmiał zniecierpliwiony Kruk.

Spojrzeli na siebie. Selekta pospiesznie potargała włosy, zrzuciła kubrak i rozpięła koszulę. Gotowa uchyliła drzwi, oparła się o framugę i ponętnie wyjęczała:

– Staruszek nadal ma to coś: nie mam siły na więcej pieszczot – W tle Hektor zapinał pasek w spodniach. – Strażnik szarpnął ją za nadgarstek

– Mieliśmy umowę! – warknął i pociągnął mocniej.

Safonka sięgnęła po sztylet zakamuflowany pod koszulą. Była gotowa poderżnąć mu gardło. Stalowe żądło błysnęło za jej plecami, ale Kapitan interweniował; jednym susem doskoczył do Trybady i dłonią wymusił schowanie ostrza.

Nie mogli zaszlachtować strażnika za nic; sprawa wymagała więcej dyplomacji: sztuki, w której oboje niedomagali, ale Hektor jednak miał nieco większe doświadczenie.

– Pani powiedziała, że ma już dosyć – pogroził strażnikowi okraszając słowa złowrogim spojrzeniem. Rozmiary poznaczonego bliznami torsu i oblicze zabijaki, skłoniły Walońskiego piechura do skruchy. Zwolnił uchwyt.

– Masz tu za milczenie – Hektor rzucił mu sakiewkę. – Wy młodzi jesteście w gorącej wodzie kąpani – dodał a Mężczyzna niechętnie przyjął zadośćuczynienie i sapiąc coś pod nosem, zawrócił w stronę wyjścia.

– Było blisko – wyszeptał Wulkir żegnając wzrokiem znikającego na schodach strażnika.

– Tja… – prychnęła Selekta. – Jełop nawet nie wie, że uratowałeś mu dupę.

 

Oboje wrócili do pokoju Sareda gdzie kapłan, wyczerpany modlitwą, zasnął na klęczkach. Nawet przez sen mamrotał coś niezrozumiale, drgając przy tym nerwowo.

– Co z nim zrobimy? – Spytał Hektor, bijąc się z myślami – Nie powinien go tu zostawiać: mam rozkazy.

– Mamy mało czasu. Musi tu zostać. Później po niego wrócimy. – Tymi słowami Selekta tylko przypieczętowała decyzję, którą Wulkir już sam podjął w myślach.

– Zostań tu jeszcze chwilę po moim wyjściu i namów jakoś kochasia przy drzwiach, żeby cię wypuścił – wyszeptała Trybada i wyszła z celi hierarchy posyłając mijanemu strażnikowi szyderczego całusa.

W pośpiechu przekroczyła prog świątyni i ruszyła wprost do pałacu ulokowanego w centralnej wieży. W głębi duszy przeczuwała, że to nie skończy się dobrze, ale brnęła dzielnie w paszczę lwa, z myślą, iż odciąga uwagę od czarodziejki.

Pomimo dużej ilości straży dotarła do pałacu bez przeszkód. Cesarski glejt, najwyraźniej nadal był respektowany. Minęła ruiny portalu, którego rozbite kolumnady poprzetykane magicznym zbrojeniem, nadal przesycały powietrze dziwnym, elektrycznym napięciem.

Dopiero przed wejściem do komnat namiestnika, zagrodzono jej drogę pomimo okazanej przepustki.

– Kim jesteś i co cię sprowadza? – spytał jeden z włóczników rozstawionych przed wysokimi, masywnymi drzwiami: jedno skrzydło było delikatnie uchylone.

– Selekta Weil – błysnęła jeszcze raz żelaznym glejtem, osadzonym w rękawicy – Żądam rozmowy z Namiestnikiem Mezmirem Galatem! – Wywrzeszczała roszczenie.

– Namiestnik nie przyjmuje teraz gości – warknął wartownik nadal blokując przejście. Selekta podeszła na tyle, blisko, że mężczyzna musiał odchylić głowę przygnieciony wściekłym spojrzeniem.

– To powiedz mu, ze ma odprawić wszystkie kurwy i mnie wpuść – wysyczała przez zęby rozjuszona – To rozkaz na mocy danej mi przez Cesarza.

– A ja… – zająknął się kruk – Ja mam rozkaz od namiestnika, żeby nie wpuszczać nikogo. Przyjdź później powiedziałem! – Waloński wojskowy nie odpuścił. Najwyraźniej rozkaz wyszedł od kogoś znacznie bardziej przerażającego niż Selekta

– Niech wejdzie – z wnętrza komnaty namiestnika dobiegł mętny, znudzony głos. Strażnicy niechętnie opuścili broń, jeden przeszukał Safonkę pobieżnie i uchylili wrót.

– Dzięki, ptaszku – Selekta klepnęła go w kask i weszła.

Komnata była ciemna a okiennice zasłonięte ciężkimi fioletowymi storami, tak aby wpuszczały tylko niezbędne minimum dziennego światła.

Przy wielkim biurku, na końcu upiornego korytarza, siedział Mezmir osaczony przez pokaźne stosy dokumentacji. Selekta rozejrzała się dookoła. Dwa rzędy wartowników stały bez ruchu po obu stronach holu; żaden z nich nie należał do cesarskiej gwardii. Spięła się mocno a adrenalina wyostrzyła jej zmysły szykując na obronę. Na całe szczęście nigdzie nie dostrzegła Mavis.

Odetchnęła z ulgą.

Kilkukrotnie miała nieprzyjemność spotkać ją w Telmonton, podobnie jak jej brata. Nie lubiła obojga, ale lady Galat przyprawiała ją o dreszcze: zawiły, cięty język, przygniatająca w ziemię wyniosłość i przenikliwe spojrzenie namiestniczki, wywoływały w rozmówcy poczucie dyskomfortu.

Mezmir nie przerwał pracy.

– Wszystkie kurwy już wyszły Selekto – oznajmił oschle, nie obdarowując Trybady spojrzeniem. – W czym mogę ci pomóc? – Selekta rzuciła list do Weismana na biurko i zaczepnie oparła ramiona o blat.

– Naprawdę wszystkie…? Szkoda: byłoby, na co popatrzeć – uśmiechnęła się. Mezmir przerwał pracę i spojrzał na pergamin przed nim.

Pieczęć straży miejskiej przybita tuż obok cesarskiej, pozostawały nietknięte.

– Po co mi to? – spytał niewzruszony.

– Chciałam dostarczyć do rąk własnych, ale okazało się, że kapitan już nie piastuje swojego stanowiska. Miałam nadzieję, że może wasza wysokość, wie gdzie on jest?

– Nie mylisz się mistrzyni Weil – wstał z krzesła i spojrzał jej w oczy. Wykrzesał nawet wątły uśmiech.

– Przydzieliłem mu nadzór nad pałacową ochroną. W tych ciężkich czasach, jakich przyszło nam doczekać ludzi wiernych koronie pokroju Kristoffa, należy trzymać blisko siebie.

– Powiedz jednemu ze strażników przy wyjściu, żeby zaprowadził cię do jego biura.

– W takim razie niepotrzebnie się martwiłam – oświadczyła Trybada i zabrawszy list z biurka, zawróciła w stronę wyjścia.

– Jeszcze jedno namiestniku Mezmirze… – przystanęła przed kilka metrów przed wrotami.

– O co chodzi? – spytał od niechcenia, wróciwszy do dokumentacji.

– Proszę pozdrowić siostrę – wysunęła puginał z mankietu. Od początku nie wierzyła w jego historię. Kapitana straży miejskiej zawsze mianował Cesarz bądź oruński strateg od obronności i miał on w obowiązku poinformować władcę o zmianie na tym stanowisku. Stanowiło to jeden z mechanizmów utrzymania władzy w obrębie całego kraju.

Selekta, gotowa do obrony, przekroczyła próg komnaty. Na zewnątrz pozostał tylko jeden strażnik twarzą częściowo skrytą w cieniu masywnego hełmu.

– Proszę za mną – oznajmił.

– Przyjdę jutro – spróbowała go zbyć.

– Ależ nalegam… – zdjął kask.

– Burkhard! – Selekta wyciągnęła sztylet.

Nie zdążyła zaatakować. Mocne uderzenie w tył głowy udaremniło atak. Upadła na ziemię. W ostatniej chwili przytomności poczuła jak ktoś łapie ją za nogi i zaczyna ciągnąć po podłodze.

– Dobra robota… – usłyszała głos Majora rozmyty w niknącej świadomości. Świat pogrążył się w mroku.

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania