Pokaż listęUkryj listę

Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 41

CUD NARODZIN

 

Pani Ozir właśnie kończyła szykować rzeczy, które Eliot miał zabrać do Sefalos, gdy zdała sobie sprawę, iż całość zgromadzonej na łóżku konfekcji, mogłaby zapełnić przynajmniej średniej wielkości kufer.

Kobieta wyprostowała bolące plecy i spojrzała na stosiki pieczołowicie poskładanych i posegregowanych ubrań. Z racji ograniczeń wynikających ze środka transportu – skrzydlata Orędowniczka Imaltis – zawartość pakunku musiała zostać zredukowana do niezbędnego minimum. Ciężkie westchnienie, obwieściło akceptację faktu, iż wykonała tylko wstępną selekcję.

Wybór odpowiedniej odzieży stanowił nie lada wyzwanie, a umysł zatroskanej matki nieustannie wydłużał listę o kolejne niezbędniki, na wypadek tego czy tamtego. Koniec końców Otmar zachowała zdrowy rozsądek i wybrała po jednej rzeczy z każdej grupki, zostawiając nieco więcej miejsca na majtki i spodenki: dziwna metoda dedukcji doprowadziła ją do wniosku, iż wśród Starszych, może być problem z dostępnością bielizny.

Ostatnie sztuki ubrań dobierała bardzo starannie, celowo nie szczędząc czasu na ich idealnie ułożenie w tobołku. Rozpacz z powodu zbliżającego się rozstania z synkiem, narastała wraz z każdą parą ściąganych sznurkiem, lnianych rybaczek, wykładanych na prostokątnej narzucie.

Eliot nigdy nie opuszczał domu na tak długo i zawsze towarzyszyło mu przynajmniej jedno z rodziców: w końcu był ich ukochanym jedynakiem; oczkiem w głowie mamusi, która nie wyobrażała sobie życia bez niego i chciała zapewnić synkowi wszystko, czego brakowało jej, gdy była dzieckiem.

Pani Ozir dorastała w patologicznym domu z ojcem alkoholikiem i zgorzkniałą matką, której pokłady miłości wyczerpały się na piątym dziecku a Otmar była siódma z ośmiorga rodzeństwa. Gdy tylko nadawała się do zamążpójścia, rodzice wydali ją w zamian za drobny posag, byleby pozbyć się jednej gęby do wykarmienia.

Życie od początku jej nie rozpieszczało, to prawda, ale jak się później okazało, przewrotny los posłał jej czuły uśmiech i trafiła na dobrego, pracowitego chłopaka.

Emir z początku zachowywał się wobec niej trochę obojętnie i oschle; nie wynikało to jednak z niechęci, lecz z generalnego braku doświadczenia w obyciu z kobietami. Otmar też nie należała do tych śmiałych, więc nie było łatwo. Jednak pierwsze lody szybko stopniały, a sympatyczne usposobienie i zaradność młodej żony zrobiły na Emirze ogromne wrażenie. Z czasem uczucie podsycane wzajemnym szacunkiem rozkwitło i zaowocowało synkiem, Eliotem.

Chłopiec od narodzin był wyjątkowym dzieckiem: jego uśmiech i ciepło, jakie wokoło roztaczał, przepełniało ich skromny dom nadzieją na lepsze jutro. Nie brakowało mu też wyobraźni, która nie raz dostarczała całej rodzinie niechcianych wrażeń.

Gdy Eliot skończył kilka latek, zaczął pomagać matce w utrzymaniu gospodarstwa i choć w większości przypadków tylko wydawało mu się, że pomaga, to zawsze miał w sobie to coś; tę iskrę, która czyniła codzienna pracę nieco lżejszą.

Na myśl o jego stracie w Otmar wzbierał gniew, na którym z trudem panowała. Odgłos skręcanego wpętle materiału obwieścił koniec pakowania. Kobieta związała rogi lnianej płachty tak, aby Eliot mógł wygodnie przewiesić sobie tobołek przez ramię.

Uniosła pakunek. Nie był ciężki.

Wolałabym zapakować kufer; zima idzie. Przydałby się jeszcze: rękawiczki, kurtka, ciepłe buty… PRZESTAŃ! Skarciła się w myślach.

– To nie pustynia – oznajmiła na głos i złapała za klamkę osadzoną w drzwiach małego pokoju.

Odniosła wrażenie, że skrzydło jest niewiarygodnie ciężkie, choć wcale nie było masywne. Zdała sobie jednak sprawę, iż to nieuchronne rozstanie napiera na drzwi z drugiej strony: nie chciała opuszczać sypialni Eliota.

Ostatnie spojrzenie powędrowało na komodę gdzie natrafiła na poturbowanego, wypchanego słomą misia. Pochwyciła go i mocno przytuliła do piersi jak gdyby ponownie trzymała swoje małe dzieciątko w ramionach.

Wyszła z pokoju.

Na środku izby, siedziała Atma zabawiając Eliota i Emira ciekawymi historiami. Otmar przystanęła na chwile i spojrzała na obu swoich chłopców. Taki widok pewnie prędko się nie powtórzy, pomyślała i chrząknęła wymownie. Orędowniczka przerwała opowieść.

– Spakowałam ci kilka ubrań i cos do jedzenia na drogę – zwróciła się do synka wyciskając z siebie nieszczery uśmiech. – Weź tatę i idź pożegnać się z panną Lejlą. Szuka czegoś na polu.

– Super, dzięki mamo! – podbiegł i przytulił się do jej sukienki, która pachniała kuchnią i domowej roboty lawendowym mydłem.

Otmar pogłaskała go po głowie nadal wprawnie udając radosną. Nie chciała stresować Eliota, w końcu czekała go nie lada przygoda.

– Idźcie już – popchnęła synka w stronę Emira – Ja muszę porozmawiać z panią Atma.

– Chodź Eliot zobaczymy czy panienka Lejla znalazła coś ciekawego. – Emir wziął syna za rękę i ruszyli w stronę spopielonego pola.

Otmar bez słowa przysiadła obok Orędowniczki i wyłożyła sponiewieranego misia na kolana.

– Wie pani, co to jest? – spytała z nostalgią.

– Wystarczy Atmo. Domyślam się, że to Eliota? – odrzekła Starsza spoglądając na twór z materiału i słomy, która wystawała przez urwane oko i nadgryzione ucho.

– Po ślubie… – zaczęła Otmar – …długo nie mogłam zajść w ciążę. Razem z Emirem staraliśmy się o dziecko z całych sił. Mąż wydał majątek na zielarzy, pseudo-magików i innych szarlatanów. Niestety wszystko na nic… – jej głoś załamał się nagle. Wzięła wdech i zdusiła emocje.

– Gdy już pogodziliśmy się z przykrą prawdą stał się cud: byłam przy nadziei – uśmiechnęła się przywołując piękne wspomnienie, ale uśmiech zniknął równie szybko jak się pojawił. Kontynuowała zaciskając palce na przytulance.

– Któregoś dnia Emir wyjechał do Watenfel, sprzedać zbiory i kupić kilka rzeczy do domu. Do porodu zostało przynajmniej dwa, może trzy tygodnie, więc zostałam sama: obiecał wrócić wczesnym rankiem.

Pożegnałam go i wróciłam do codziennych obowiązków, które mogłam jeszcze wykonywać z takim wielkim brzuchem. Dzień minął jak każdy inny, ale wieczorem, jak rozczesywałam włosy, dotkliwy ból skręcił mi kiszki. Przysiadłam na krześle i wtedy się zaczęło: skurcze jeden po drugim, tak potężne, że krzycząc zwaliłam się na podłogę.

Po udach spłynęła mi struga wody. Wiedziałam, co to oznacza, ale byłam kompletnie zaskoczona. Z trudem dolazłam do łóżka. Przerwy w rwącym bólu były coraz krótsze. Byłam sama i żadnej pomocy w promieniu kilku mil – Orędowniczka chwyciła kobietę za drgającą dłoń. Otmar uśmiechnęła się doceniając gest. Dał on jej zastrzyk siły, żeby mogła opowiadać dalej.

– Złapałam za drewniane oparcie łóżka i zaczęłam przeć z całych sił. Oddech, skurcz, oddech, skurcz… – grymas bólu zmarszczył czoło pani Ozir. Wspomnienie cierpienia wróciło nadal żywe.

– Nie wiem jak jest u was Atmo, ale u ludzi poród to katorga.

– U nas jest podobnie, tylko wokół latają jeszcze pióra – zażartowała Orędowniczka.

– No tak – roześmiała się Otmar.

– Choć od dawna to bardzo rzadki widok – dodała starsza, a gospodyni spojrzała na nią wyczekująco.

– Nie zaprzątaj sobie głowy moimi problemami Otmar – oznajmiła Atma – Kontynuuj proszę. Twoja opowieść ma, chociaż szczęśliwy koniec. – Gospodyni jeszcze przez chwile dumała nad jej słowami, ale w końcu zebrała myśli i wróciła do swojej historii:

– Po czasie, który wydawał się wiecznością, poczułem, że dziecko ze mnie wyszło. Byłam tak zadowolona, że to już koniec tej katorgi – dopiero po dłuższej chwili uderzyła mnie niepokojąca cisza: Eliot nie płakał. Ostatkiem sił uniosłam się z pościeli.

Leżał między moimi nogami, taki maleńki… Szybko wzięłam go w ramiona. Był wiotki i się nie ruszał, a jego skóra siniała z każda sekundą.

Zaczęłam desperacko masować jego brzuszek i poklepywać po pleckach, krzycząc żeby zaczął oddychać. Nic to nie dało. Trzymałam go na rękach i patrzyłam i byłam bezradna… – przełknęła ślinę, żeby rozluźnić zaciśnięte gardło.

– Patrzyłam jak z mojego skarbu ucieka resztka życia, życia, na które tak czekałam. – Otmar zaczęła dygotać od skłębionych uczuć, które przywołała. Z całych sił ściskała słomianego misia, zanosząc się od tłamszonego szlochu, który się wyrwać okowów jej samokontroli. Starsza przytuliła ją do siebie. Dobrze wiedziała, czym jest strata ukochanej osoby.

– No już spokojnie. Przecież jest tu z tobą, cały i zdrowy – Otmar przytaknęła i powachlowała twarz fartuchem, żeby, choć trochę się uspokoić. Atak paniki ustąpił. Wzięła głęboki wdech i brnęła dalej przez wspomnienia.

– W szoku zawinęłam jego zimne ciałko w ręcznik i ułożyłam delikatnie w kołysce, jak gdyby nigdy nic. Obok leżała właśnie ta laleczka – Otmar uniosła maskotkę. – Emir ją zrobił; miał nadzieję, że wywoła uśmiech na twarzy nowego członka rodziny. Pomyślałam sobie… Co ja mu powiem? On się przecież się załamie – kobiecie coraz trudniej było mówić, a łzy spływały już małym potokiem.

– Modliłam żarliwie, żeby matka Imaltis przyjęła niewinną duszyczkę mojego maluszka do astry. Klęczałam, płakałam i błagałam, odruchowo bujając kołyskę. Resztki nadziei znikały zatopione we łzach. I wtedy TO, się stało… Blade światło, migoczące spod kołderki – Otmar uśmiechnęła się.

– Przetarłam oczy myśląc: „utrata krwi, mam halucynacje”, ale nie. Odwinęłam skrawek materiału, który ukrywał jego główkę, a pod nim… Para małych oczek wpatrywała się we mnie. To był cud Atmo. Odzyskałam swoje dzieciątko.

– Teraz już wiesz, jakie to rozstanie jest dla mnie trudne – Otmar spojrzała Orędowniczce głęboko w złote oczy. – Nie pozwól żebym drugi raz go straciła.

– Wiem, co to znaczy strata Otmar. Mój mąż zmarł żeby Eliot mógł się narodzić… – wyznała Starsza a Pani Ozir zdębiała.

– Nie martw się, oboje wraz z Gaelem wiedzieliśmy, że jest mu to pisane. Nie było jedynie wiadomo, kto go zastąpi – Atma uciekła wzrokiem za okno a Otmar delikatnie pogłaskała jej pierzastą dłoń.

– Sehelin… śmiertelny – dodała szeptem Starsza i obie zatopiły się w kojącej ciszy.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania