Pokaż listęUkryj listę

Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 25

Słoń na glinianych nogach

 

Obaj Samunderowie dumnie wkroczyli do komnaty obrad, a strażnik w skrzydlatym hełmie zamknął za nimi drzwi. Wszystkie spojrzenia skierowały się ku Borysowi; maskowana niechęć wyła spod dyplomatycznych masek ozdobionych wątłymi uśmiechami i lekkimi skinieniami głów. Arystokratyczne dusze większości dygnitarzy reagowały instynktownym oburzeniem na sam widok Niedźwiedzia, który wyglądał jak zwykły prostak-zabijaka przypadkiem wpuszczony pomiędzy cywilizowanych ludzi.

– Skoro NARESZCIE – rzucił z emfazą Klaus Fermon – jesteśmy w komplecie, to zacznijmy – zarządził, ciskając w Samunderów serią karcących spojrzeń. Zaczepka, o dziwo, pozostała bez reakcji. Jokivarczycy zajęli swoje miejsca, emanując przy tym podejrzanym spokojem. Strateg od rozbudowy odczekał chwilę i kontynuował: – O świcie posłaniec Hiltzal przyniósł wieści dotyczące sytuacji na granicy telmiańsko-walońskiej. – Fermon odpieczętował zalakowany cesarski glejt, chrząknął, oczyszczając gardło i rozwinął rulon specjalnego drogiego papieru. Przemknął oczami po pierwszych wersach, ale nie czytał na głos; zupełnie jakby chciał przepuścić informacje przez osobistą cenzurę. – Będę skracał, bo list jest długi – oświadczył bez ogródek. Nikt go nie upominał: strateg miał swoje lata i swoje dziwactwa. – Oddział Kruków pod sztandarem wolnego Walonu zablokował przeprawę nad Baskirem i… – zakotwiczył wzrok na tekście, bezdźwięcznie poruszając wargami – wspierany przez dzikich Brukich z gór Tanagaru… – przerwał. Sojusz barbarzyńców i Walończyków wzbudził nie lada poruszenie. – Panowie! Zachowajcie spokój! Ekhm… Północni weszli w starcie z ekspedycją telmiańskich zbrojnych wiedzionych przez… – zatrzymał się i zbliżył list do oczu, jakby nie wierzył nieco szwankującemu wzrokowi – Matkę przełożoną zakonu Miłosierdzia Milenę Karevis… – Wokół masywnej dębowej ławy ponownie zrobiło się głośno. Matka Karevis słynęła ze swojej neutralności w sprawach politycznych, dlatego obraz Mileny wiodącej oddział do bitwy przypominał karykaturalny żart. Samunderowie przysłuchiwali się wszystkiemu bez większego zaangażowania.

– Jak to jest możliwe, Klaus? Czy ten list na pewno nie został podrobiony? – spytał z niedowierzaniem strateg Rychter Grewon. Znał Milenę jeszcze z czasów młodzieńczych i właśnie do niego dotarło, że kobieta musi mieć zdrowo ponad osiemdziesiąt wiosen na karku. Myśl, iż ma nawet więcej, przepędził jak natrętnego owada.

– Pergamin nosi odcisk cesarskiego pierścienia i znamię pisma Wilfreda. Dam jeszcze skrybie, żeby potwierdził, ale jeśli to podróbka, to wręcz nierealnie dobra – odpowiedział Klaus. – Może ja jednak będę czytał wszystko, żeby nie było wątpliwości – chrząknął oburzony, zwilżył gardło i zaczął czytać.

 

Przyczyna starcia nad Baskirem jest cały czas badana, a Matka Karevis wkrótce złoży zeznania przed lokalnym sądem. Żywię głęboką nadzieję, że słowa oskarżonej o zdradę stanu rzucą nieco światła na przyczyny tego występku. Niemniej jednak status Północy wobec korony pozostaje nadal nieznany. Poselstwo zostało wysłane, ale brak mostu wydłuży podróż. W międzyczasie muszę waszmościów z przykrością poinformować, iż Lady Lejla Winter poległa w trakcie starcia…

 

Jeśli wcześniej emocje okazjonalnie mąciły ciszę, to teraz komnata eksplodowała oburzeniem, a Klaus zrobił pauzę, żeby jeszcze raz w myślach odtworzyć ostatnie zdanie. Tym razem nie musiał nikogo rugać i przywracać do porządku; ucichli sami, gdy tylko wznowił odczytywanie.

 

W związku z niestabilną sytuacją i brakiem wieści ze strony Namiestnika Mezmira Galata musimy szykować się na najgorsze i postawić wszystkie siły w stan gotowości. Zarządzam zatem, co następuje: Rychter Grewon niezwłocznie zacznie gromadzić niezbędne zapasy i dokona przeglądu armii, a wszyscy wysłannicy zakonów w stolicy roześlą wieść o natychmiastowej mobilizacji wojennej. Tymczasem Cesarskie oddziały piechoty mają pozostać w stolicy, a do Telmonton niezwłocznie wyruszy regiment Młociarzy oraz dwie kompanie Wulfirów.”

 

Sygnowano

Cesarz Wilfred Tarres IV

 

– W obliczu tych nowych faktów, drodzy panowie – Klaus przetarł umęczone oczy – obecna narada będzie tylko formalnością. Prawda, baronie Samunder? – Strateg zwrócił się bezpośrednio do Borysa, którego upiorny spokój niepokoił go obecnie bardziej niż widmo wojny.

– Tak, magnacie Fermon, zgadzam się z tym, ale pozostaje nam jeszcze jedna sprawa do załatwienia – odparł Niedzwiedź, a raczej udomowiony potulny kozioł.

Fermon wyłożył list przed sobą tak, żeby każdy z rady mógł go obejrzeć. Nikt jednak nie ośmielił się podważyć prawdomówności zasłużonego stratega i nie chwycił za pergamin.

– Mianowicie? – dopytał Klaus zdziwiony bardzo zgodnym oświadczeniem Niedźwiedzia.

– Ślub mojego syna i księżniczki Holi, oczywiście.

– Baronie, nie sądzę, żeby zaślubiny planowane za dwa lata były tematem niecierpiącym zwłoki. Mamy w tej chwili większe zmartwienia na głowach.

– Nie za dwa lata, a natychmiast.

– A cóż to za absurd!! – wtrącił się Rychter. Nie omieszkał też uderzyć zdobioną, herbową buławą w stół: tak dla podtrzymania tradycji obrad samych w sobie.

– Waż słowa – zganił go Felix.

– Przepraszam, książę, ale takie żądania w obliczu kryzysu to… To jakieś bezeceństwo! – kontynuował Grewon.

Zarówno on, jak i cały ród Grewon chełpili się niesplamioną reputacją zagorzałego patrioty. Mawiano nawet, że gdyby cesarstwo porównać do pomnika, to Grewonowie byliby solidnym cokołem, na którym go wzniesiono.

– Drodzy panowie, możnowładcy i mędrcy tego imperium. – Felix przejął inicjatywę i momentalnie uzyskał posłuch u zgromadzonych: jako nieformalny głos rozsądku Jokivaru posiadał spory kredyt zaufania. – Od mojego pierwszego przybycia na oruński dwór, obiecanym mi było poślubić księżniczkę z rodu Taresów. – Zaczął zwinnie kroczyć pośród uczestników niczym lis wokół kurnika z opasłymi kwokami. – Kiedyś była to księżniczka Tija, lecz ze względu na jej stan zdrowia, niech bogowie nad nią czuwają, przeznaczono mi młodszą z sióstr… I nie żywię za to urazy, ale mój ojciec… – wskazał olbrzyma za stołem – on od ponad dekady, jest mamiony obietnicami bez pokrycia. Dlaczego zatem dziwi dostojnych panów, że ojciec Jokivaru chce zawalczyć o to, co zostało mu obiecane? Dlaczego dziwi was, że w końcu chce konkretów? Przecież to, czego żąda, to tylko polityczny gest, gdyż ja i księżniczka jesteśmy oficjalnie zaręczeni.

– Książe, nikt nie zaprzecza, iż ożenek jest słuszny i należy się wam jak obiecana zapłata zasłużonemu wojakowi, ale to nie jest moment na organizowanie wesela; nie teraz kiedy wróg cesarstwa ostrzy swoje miecze! – odparł Fermon w desperackiej próbie przemówienia młodzieńcowi do rozsądku.

– Drogi Klausie… Huczne wesele nie jest mi w głowie. Jakże bym mógł balować, gdy umęczona pomorem północ buntuje się wobec korony. Kameralne zaślubiny, tak, żeby matki i mężowie Jokivaru mogli poczuć się bezpiecznie. – Miny i potakiwania możnowładców zdradzały, iż ta retoryka zaczyna do nich trafiać. Tylko Rychter spąsowiał od gromadzącego się wzburzenia. Czekał. Czekał, aż książę skończy. Tyle szacunku był zdolny wykrzesać.

– Książę Felixie, proszę skończyć z tym nonsensem! – nie wytrzymał. – Ślub siostry cesarza bez jego wiedzy, odmowa wykonania rozkazu… To wszystko działa na szkodę Świętego Cesarstwa Sungardu. To najzwyklejsza zdra…

– Wręcz przeciwnie! Pomyśl tylko, Rychterze. Co by się stało, gdyby cesarz teraz zginał? – Felix odczekał chwilę na tyle długą, by dać strategowi czas na wymowne zawahanie się, ale zbyt krótką, żeby dyplomata mógł przemyśleć swoje słowa.

– Mam…

– Pozwól, Rychterze, że udzielę odpowiedzi. – Książę przemawiał ze spokojem i elokwencją, a milczenie buńczucznego ojca świadczyło o przychylności Niedźwiedzia. – Otóż tron pozostałby bez spadkobiercy, a wykłócające się o władzę rody i zakony pokroiłyby ziemie Cesarstwa niczym pokaźny tort urodzinowy. – Przemknął wzrokiem po twarzach, na których rysowało się zrozumienie. – Nie zaprzeczajcie panowie w myśl dyplomatycznej poprawności; wszyscy wiemy, że to prawda. Ojciec uświadomił mi, jakie zagrożenia na nas czyhają i jak ważne jest utrzymanie jedności w tych ciężkich czasach.

– Nonsens! – Rychter obstawał twardo przy swoim, choć nawet Klaus już nie był pewny słuszności jego poczynań.

– Poddajmy to pod głosowanie – przemówił Fermon.

– Ty chyba oszalałeś, Klaus! Bierzesz to rozwiązanie pod uwagę! – protestował osaczony Rychter. – Chcesz zostać powieszony za zdradę, gdy cesarz wróci!?

– Takie jest prawo! – Przyjaciel odpowiedział mu oschle. – Przemyślimy twoją propozycję książę i oddamy pod głosowanie – zwrócił się do młodego Samundera – ale wpierw poślemy kelca z wiadomością do Telmonton. Te koniki to diabły wcielone. Jestem pewien, że tydzień w porównaniu z dekadami oczekiwania na sukcesję niewiele już zmieni. Prawda, baronie?

Borys tylko pokiwała głową.

– Niech was wszystkich szlag! Takie konszachty to zdrada sama w sobie. – Rychter splunął, rzucił buławę na blat w geście weta i wyszedł, trzaskając za sobą drzwiami.

Nastała napięta cisza, która rozbijała się o obleczone runami mury komnaty narad. Nikt spoza rady nie mógł usłyszeć, co pada podczas tych dyskusji, dlatego ściany zaopatrzono w znaki pochłaniające: ani fizyczne, ani magiczne podsłuchiwanie nie było możliwe.

– Skoro już nie ma wśród nas fanatyków… – skomentował półszeptem Felix; postąpił odważnie, nazywając Wielkiego Zbrojmistrza fanatykiem.

– Książe, nie przystoi… – upomniał go Klaus.

– Przepraszam. Pozwólcie panowie, iż zakończymy to spotkanie. Za dużo tu wisi w powietrzu: trzeba dać emocjom opaść, żeby zrobiły miejsce na rozsądek. Ja zresztą muszę odwiedzić przyszłą żonę i wytłumaczyć jej całą tę niezręczną sytuację; taka młoda, delikatna osoba nie może być pozbawiona głosu niczym drogi przedmiot bez uczuć przekazywany z rąk do rąk. – Był niezwykle wiarygodny w udawaniu zatroskanego. Nikt nie zwątpił w czystość jego intencji. – Chcesz coś dodać, ojcze?

– Nie. Dla mnie sprawa jest oczywista: bez ślubu i poręczeń nie będzie żadnego wsparcia militarnego ze strony Jokivaru.

– Jeśli pozwolicie, panowie – do głosu doszedł Galard Wijert z zakonu Kuźni w Jokivarze. Przez cały czas bacznie przyglądał się niebywale zgodnym Samunderom. Czuł, że coś tu nie gra i ta myśl nie dawała mu spokoju, wwiercała się w czaszkę niczym zimne dłuto wykute z czystego niepokoju. – Borysie, przyjacielu, w obliczu nowych okoliczności, decyzję w sprawie stanowiska Kowali muszę pozostawić mistrzowi naszego zakonu – oznajmił. Tym gestem dał do zrozumienia, iż plan nagłych zaślubin nie ma jeszcze poparcia najsilniejszego z pięciu bractw rycerskich. Kupił sobie i reszcie rady nieco więcej czasu, gdyby Borys jednak nalegał.

– Jestem pewien, że stary Troderest wskoczy za mną w ogień! Ha! – Borys roześmiał się w głos, lecz ciasno zaciśnięte pięści świadczyły o skrywanej irytacji.

– Rozumiemy, ambasadorze – wtrącił się książę. – Proszę nas poinformować o decyzji Wielkiego Mistrza, gdy tylko przybędzie posłaniec. Nas wszystkich oczywiście. Tymczasem, panowie… Jak już wspominałem, czas nie jest naszym sprzymierzeńcem. Pewne przygotowania można poczynić już teraz.

– Zgromadzenie uznaję za zamknięte – obwieścił Klaus, a możnowładcy, podzieliwszy się na małe grupki rozproszone po obszernej sali obrad, rozpoczęli żywiołową dyskusję.

Felix przed wyjściem z komnaty raz jeszcze zerknął na ojca, który ruszył tuż za nim, zbywając po drodze zagadujących strategów. Obaj Samunderowie przystanęli tuż przed progiem. Patrzyli na siebie i milczeli, nie wydając nawet jednego dźwięku. Trwało to kilka oddechów, nim weszli w hol i podążyli w przeciwne strony.

Książe pośpieszył wprost do swojej komnaty. Świadomość, która zespoliła się z jego ciałem i umysłem, planowała nadchodzącą rozmowę z Holi. Czuł, że pragnie tego ślubu. Rozważał warianty utkanego wcześniej planu. Nie miał wystarczająco siły, żeby z tym walczyć.

Prawdopodobnie wystarczyłoby oznajmić, iż to wszystko, żeby ratować jej brata, rozmyślał. Ale z tego, co widzę we wspomnieniach osobnika, księżniczka jest ciekawska i kapryśna… Chyba bez naszego w środku zbyt dużo ryzykujemy, ale z drugiej strony… Połączenie może zostać odrzucone, a wtedy co?

Pogrążony w rozważaniach wkroczył do stylowo udekorowanej komnaty z pokaźnym łożem zajmującym sporą część przestrzeni i zatrzymał się przed wysokim, zdobionym lustrem.

– Ładna buźka – skomentował i ścisnął swoje policzki, uwydatniając tym krwisto czerwone wargi. – Szkoda, że niedługo zginiesz – dodał, a coś głęboko w umyśle zadrżało z przerażenia. Jego oczy spowił mrok. – Ssss! – Raptownie zasłonił twarz. – Za jasno, za jasno!

Idąc po omacku, dotarł do okna, by zsunąć story.

– Dijanistra Sat-atax! – Słowa pierwszych rozdarły symetrię. Parzący snop światła, uderzył zza okna. Cieniste żylaste narośla poznaczyły dłonie, którymi książę zasłonił twarz.

Chciał wezwać straż, ale tylko zajęczał. Ogromna pierzasta dłoń zatkała mu usta i pchnęła w głąb sypialni. Przez okno, niczym nawałnica ze świetlistych piór, wparowała Arienda i rzuciła Felixa na posłanie jak zwykły worek fasoli.

– Nie próbuj nawet wołać kumpli, czarny smarku! Widziałam, co zrobiłeś z chłopakiem! – zagroziła. Przesłonięte cieniem białka oczu Samundera skupiły na niej całą uwagę. – A teraz wyłaź z niego! No już! – Wyciągnęła solas zza kamizelki opiętej na piersiach i przyłożyła chłopakowi do czoła. Jego skóra poczerniała od samego dotyku, zaczęła skwierczeć jak bekon na rozgrzanej patelni. Książę wił się z bólu, lecz starsza nie przerywała inkantacji.

– Iliun-Suna! – Świetlisty minerał rozgorzał; ranił Felixa… ranił coraz dotkliwiej. – Precz powiedziałam! Iliun-Suna! – powtórzyła, wgniatając chłopaka w łóżko. Jej skrzydła ociekały złotym blaskiem, który wydawał się gęstszy od zwykłego światła. Książe po kilku szarpnięciach przestał walczyć. Poddał się przytłaczającej mocy, zwiotczał niczym szmaciana lalka. Jego twarz na powrót przybrała cielisty kolor, mroczne wici zniknęły, a solas przestał ranić. – Mam nadzieję, że nie przesadziłam – szepnęła Starsza przestraszona brakiem jakichkolwiek oznak życia. – Hej! Słyszysz mnie? Wstawaj?! – cuciła Felixa, wymierzywszy kilka lekkich uderzeń w policzek.

Po trzeciej serii smagnięć książę raptownie otworzył oczy, złapał desperacki wdech, wyginając korpus w bolesny łuk i miotany silnymi torsjami spadł na posadzkę. Z nosa wypłynęła mu smolista maź – której o wiele więcej zwymiotował. Arienda ostrożnie przykucnęła nad chłopakiem.

– Słyszysz mnie, ej!?

Spojrzał jej w oczy z miną przerażonego, zagubionego w lesie chłopca.

– Tam było ciemno… Byłem sam… Ja, ja… Nie mogłem się obudzić – mówił z wielkim trudem. Trząsł się jak po wyjściu z lodowatej otchłani. Starsza chwyciła pewnie jego głowę i, niczym matka, która uspokaja dziecko wybudzone z koszmaru, przytuliła go do miękkiego pierzastego mostka.

– To wylazło, już tego nie ma – oświadczyła Starsza i spojrzała w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą uformowało się smoliste bajorko. Został po nim tylko śluzowaty ślad ciągnący się pod komodę.

– Co wylazło? – spytał Felix.

– Bezkształtny, ale nie mamy teraz czasu na szczegóły, reszta już wie, że się rozdzieliliście. – Spojrzała księciu głęboko w nieco rozbiegane oczy. Powiedz, gdzie jest Sehel! Musimy uciekać z pałacu.

– Kim jesteś?

– Ech… – Przewróciła oczami. – Pretendentka na widzącą Sylfioran.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Vespera 10 miesięcy temu
    O jak ja lubię takie polityczne przepychanki, a jeszcze połączone z magią i inwazją porywaczy ciał - mniam!
  • MKP 10 miesięcy temu
    Po co płacić za wojnę skoro można zamieszać w kotle:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania