Pokaż listęUkryj listę

Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 36

ROZDZIAŁ 3 z 4

 

***** Z cyklu: dziwaczne twory magiczne*****

Minerały reagujące na obecność którejś z domen astry, zachowują się poniekąd jak nasiona roślin. W miejscu naturalnego splotu magicznego powstaje zalążek kryształu, który rozrasta się w miarę gromadzenia magicznej energii. Taki zalążek nazywany jest Sercem.

Serca same w sobie zaburzają symetrię astry i pochłaniając daną domenę wypuszczają zalążki zwane Żyłami, które mogą się zapętlać lub tworzyć całe, rozległe warstwy pomiędzy skałami. Jedynym minerałem, który nie tworzył serca – a przynajmniej jeszcze takiego nie odnaleziono – był katalit. Z wyglądu przypominał on kryształ lodu o idealnie płaskich ścianach i nieco mętnej strukturze, roztaczał nawet wyczuwalną aurę chłodu; jednak w przeciwieństwie do zmrożonej wody, nie topniał, a skruszenie go wymagało naprawdę ogromnej siły. Jubilerzy nazywali go zamarzniętym diamentem: ciężko byłoby znaleźć bardziej trafne określenie.

 

*********

 

EKSPERYMENTY

 

Pomimo niskich temperatur, które o poranku ścinały oddechy mieszkańców dalekiej północy, tego dnia pogoda na wybrzeżu była iście wiosenna: bryza napędzana ciepłymi prądami Wielkiego Ryftu, niczym niewidzialny morski kolos, z uporem odpychała zimne kontynentalne powietrze w głąb Ilteris. Jednak to, w jaki sposób geografia kształtowała tu pogodę, kompletnie nie interesowało Mistrza Tanas z gildii Astrologów; on doceniał to miejsce ze skrajnie odmiennych powodów.

Jednym z nich był brak potencjalnych ofiar śmiertelnych w cywilach – w razie gdyby jedno z eksperymentalnych zaklęć nie poszło po jego myśli. Z drugiej strony, wieża znajdowała się dostatecznie blisko cywilizacji, więc dwie skrajności łączyły się tu w idealnych proporcjach.

Działo się tak, gdyż pracownia Mistrza Markusa leżała o kilka mil na zachód od portowego miasta Dannanhal i od dawna cieszyła się złą sławą wśród lokalnej społeczności, przez co miejscowi omijali ją szerokim łukiem – prawdopodobnie przez uderzenia pola astralnego, które ulatując w przestrzeń wywoływało kolorową łunę jarzącą się na nocnym niebie: takiemu zjawisku nie trudno przypisać złowróżbny charakter.

Pobliskie Dannahal, usytuowane w delcie rzeki Baskir, w przeszłości stanowiło duże centrum przeładunkowe, gdzie dziennie odprawiano setki łodzi i bark, transportujących towary wszelkiego rodzaju. Po pewnym czasie przekopano nawet ogromny kanał pomiędzy głównym nurtem rzeki a Watenfel, żeby ułatwić transport materiałów budowlanych potrzebnych do wzniesienia wewnętrznego muru i baszt.

Sytuacja uległa zmianie, gdy Walon stał się Cesarska prowincją. Większość dóbr zaczęto sprowadzać z głębi kraju, a Dannanhal mocno podupadło. Nim tak się jednak stało podróż w dół rzeki, pomimo wartkiego nurtu, trwała o wiele krócej niż transport przez góry z położonego po drugiej stronie Tanagaru, Batismanur. Wówczas lądowe karawany nie cieszyły się zainteresowaniem; głównie ze względu na miejscowe plemiona Brukich, wywodzące się od rdzennych mieszkańców północy, które łupiły kupców przechodzących przez przełęcz zwaną „Gardzielą”. Na całe szczęście dla Sungardu, obecni Brukowie stanowili tylko namiastkę dawnej potęgi, która z nieznanych przyczyn niemal zniknęła z kart historii.

Oczywiście luki w faktach zawsze ochoczo wypełniała wyobraźnia. W tym wypadku Legenda głosiła, iż, po bezpośredniej napaści Brukich z plemienia Urgwuru na Dannanhal, władczyni Belantres, do której należały wówczas ziemie Walonu, zebrała elitarny oddział jeźdźców Dreli i dosiadając swoją smoczycę Fernydoryx, zdziesiątkowała butne plemiona, spychając je na granicę wyginięcia.

Od tamtej pory dochodziło jedynie do drobnych incydentów z ich udziałem, a w obawie przed kolejnym odwetem ludzi, Brukowie płowej maści nie zapuszczali się już tak daleko w głąb doliny.

Niestety sytuacja uległa zmianie, gdy Walon został częścią Cesarstwa. Wraz ze zniknięciem zagrożenia ze strony smoka i śmiercionośnych Dreli, w duszach Urgwuru ponownie rozgorzał ogień podsycany chwałą przodków, a ich krew wrzała na myśl o wojnie.

Każdego wieczoru, gdy zapadał zmierzch, mieszkańcy Walonu słyszeli stłumione wycie i okrzyki bojowe brukijskich wojowników będące przestrogą dla podróżnych.

Jednak w portowym mieście nie to stanowiło główne zmartwienie mieszkańców. Tu każdy walczył o byt w podupadłych szczątkach dawnej chwały tego portowego miasta. Nie baczyli na takie drobnostki jak legendy czy zabobony, bo nie mieli na to czasu, choć, paradoksalnie, ze względu na zarazę, sytuacja materialna mieszkańców zaczęła się poprawiać: szlaki wodne znowu nabierały znaczenia dostarczając żywność choćby z Jokivaru czy Belantres.

Dannanhal różniło się nieco architekturą od miast dalekiego wschodu. Wieżę, która zwykle stanowiła centrum osady, w tym wypadku wzniesiono na wzgórzu za miastem: wykorzystano do tego naturalne, skaliste wzniesienie, aby zaoszczędzić na materiałach budowlanych.

Wcześniejszym zarządcą tejże budowli był Mistyk zielonej astry, Tanas Valenar Sargus. Mag ponad wszystko cenił prace badawcze, więc po konfederacji Walonu z Sungardem poprzysiągł wierność Cesarzowi, aby móc w spokoju kontynuować swoje eksperymenty.

Za życia Valenar, bardzo rzadko opuszczał pracownię, a takie zachowanie nie mogło obejść się bez plotek. Mawiano nawet, iż dokonał odkryć dalece wykraczających ponad pojmowanie jakiegokolwiek innego czarodzieja.

Koniec końców zyskał miano obłąkanego, gdy pewnego dnia, z nieznanych przyczyn, wyjechał do Mor-Galen i zażądał od króla Lemachów wydania Jadeitowego serca .

Valenar powołał się wówczas na rozkazy od same Imperatora, a król Lemachów Marangor, stanowczo odmówił wydania serca z Rdzawych Szczytów. Odmowa ta bynajmniej nie była końcem tego sporu a jedynie zaczątkiem czegoś o wiele gorszego.

Mag, którego motywy do dziś pozostają tajemnicą, wziął sprawy w swoje ręce i używając wrodzonego talentu, złamał symetrię pomiędzy wiecznością a zmianą i obezwładnił strażników Jadeitowego Serca. Oczywiście nie był w stanie usunąć Kryształowego Kolosa osadzonego w przedwiecznej wyrwie, więc rozdarł przestrzeń i teleportował kamień w nieznane miejsce. Sam, nim przekroczył portal, został śmiertelnie ranny: strzała wystrzelona przez nadchodzącą odsiecz, przebiła mu płuco. Ostatnim zrywem świadomości pokierował swój upadek w astralną szczelinę, która zapadła się tuż za nim.

Kryształu nigdy nie odnaleziono, a cały incydent wywołał kilkuletnią wojnę pomiędzy podziemnymi, a Sungardem.

Od tamtej pory laboratorium Valenara stało puste i popadało w ruinę aż do czasu, gdy znalazło nowego właściciela, Markusa i jego belantrejską gosposię Mojrę.

Jak każdy poranek, tak i ten zaczął się wcześnie dla tych dwoje. Podczas, gdy Mag majstrował przy dziwnym obiekcie podobnym do eremantesu, Mojra krzątała się w kuchni, spisując listę braków w niewielkiej spiżarce.

Mechanizm Astrologa zamocowany na kolistym stelażu, wyposażono w układ kolorowych kamieni otaczających pokaźnych rozmiarów katalit. Matowy, pół-przeźroczysty kryształ roztaczał aurę chłodu, pochłaniając i tłumiąc wszelkie drgania i szmery astralnego pola. Symetria wokół tego magicznego lodowego odłamka była idealna płaska, niewzruszona i całkowicie neutralna.

Markus kolejno, z należytą dokładnością, sprawdzał położenie czterech aktywnych minerałów: sulfirytu, turkusu, perły pustyni i heptytu i podążając według, tylko jemu znanemu schematowi, poprawił opalizującą perłę i zerknął na rozłożone na stole notatki.

Niewiele sypiał, więc koncentracja wymagała więcej wysiłku i czasu.

Po raz kolejny przeczytał fragmenty zapisków i porównał niechlujne szkice z urządzeniem przed nim.

Obrócił ramiona stelaża zamieniając heptyt z sulfirytem.

– Spróbujemy w takiej konfiguracji – mruknął sam do siebie i nabazgrał coś na pergaminie.

Pchnięte masywnym biodrem drzwi od laboratorium, zatrzeszczały w zawiasach.

– Witam profesorze – do pomieszczenia wparowała Mojra.

– Przyniosłam herbatę i ciastka. – Postawiła przed magiem tacę smakowicie pachnących wypieków. – Na pusty żołądek nic pan tu nie wskóra.

– Ach moja droga! Ty to wiesz, co ja potrzebuje zanim jeszcze poproszę – uśmiechnął się i wziął w ręce filiżankę ciepłego, idealnie skomponowanego naparu. Aromat pomarańczy, aronii i mięty wypełnił duszne pomieszczenie nadając mu nieco domowej atmosfery.

– Jak idą badania? – spytała gosposia ukradkiem zerkając w notatki.

– Kolejny dzień, kolejna konfiguracja… – odpowiedział bez większego entuzjazmu i siorpnął herbaty, mocząc w niej posklejane strąki brody. Podczas pracy badawczej, dbałość o higienę odchodziła na dalszy plan i gdyby nie upomnienia Mojry, do wesz w jego brodzie można by strzelać z łuku.

– Może tym razem będziemy mieli szczęście – dodał z nieco większym optymizmem odstawiając porcelanowy kubek z belantrejskim zdobieniem.

– Oby profesorze – przysiadła obok – Kończą nam się zwierzęta.

– Co zostało? – spytał zaniepokojony.

– Dwa koty, stary pies i kilka kur – odpowiedziała bez namysłu.

– To faktycznie niewiele… może pora wrócić do zwłok? – oświadczył a Mojra obrzuciła go karcącym spojrzeniem.

– Żartowałem. W takim razie będziesz musiała iść na zakupy

– I tak miałam wyjść do miasta – machnęła ręka. – Przy rynku zawsze kręci się kilka kundli. Trochę ich szkoda, ale… – wzruszyła ramionami i upiła ze swojej filiżanki.

– Dobrze, ale wpierw przynieś jednego z tych kotów, które zostały – poklepał ją po krągłym ramieniu – Trzeba korzystać, bo wena z natury jest ulotna. – Markus powrócił do szkiców, a Mojra podpaliła lampę oliwną i zeszła do piwnicy. Im głębiej w dół, wyżłobionego w pagórku, tunelu schodziła, tym wilgoć i zapach pleśni, coraz bardziej drażniły jej nozdrza.

W składziku prócz standardowych produktów takich jak mąka, kiszonki i ziemianki, wzdłuż jednej ze ścian, rozciągał się rząd klatek. Większość z nich była pusta, ale w niektórych siedziało kilka zalęknionych zwierząt. Na widok kobiety wszystkie popadły w szał, gryząc i drapiąc metalowe siatki.

– Cicho bezużyteczne zwały mięsa! – krzyknęła nienawistnie. – Na wszystkie przyjdzie pora! – dodała z pogardą w głosie, odstawiła lampę, otworzyła drzwiczki jednego z kojców i złapała za grzbiet siedzącego tam kota. Zwierzak drapał i syczał przerażony. Mojra spojrzała mu w oczy ukazując coś, co pożarło całą jego wolę walki. Ucichł.

– Tak lepiej – oznajmiła z brzydkim wyrazem satysfakcji na twarzy i wróciła do pracowni.

Markus nie musiał nic mówić, doskonale wiedziała, co ma robić. Ułożyła futrzaka bezpośrednio pod kryształem katalitu wiążąc mu łapki tak, aby nie uciekł. Kotek tylko pomiaukiwał rozpaczliwie.

– Wszystko przygotowane profesorze – otrzepała ręce z kociej sierści.

– Dziękuję ci moja droga – odłożył zapiski i spojrzał na zalęknione zwierzątko. – Ehh… szkoda, ale nauka wymaga poświęceń. – Odsuń się proszę – Gosposia odstąpiła od dziwacznego mechanizmu emanującego gęstą aurą naprężonej symetrii.

Mag podszedł do ołtarza i pogłaskał zawodzącego kotka.

– Ćśśś spokojnie. Nie bój się mały. Estalon Sin-Astra! – Metalowy szkielet na kształt globusa zatrzeszczał, a minerały zamigotały.

Zwierzę przestało się ruszać. Przestało robić cokolwiek.

Astrolog dotknął katalitu aktywując go runą wzbudzenia. Z ciała martwego kota, wypłynęła strużka zielonkawego dymu, która meandrując, wzleciała i oplotła kryształ. Markus odstąpił od stołu. Mechanizm nabierał mocy. Metalowe okręgi wirowały wokół katalitu. Szybko, coraz szybciej. Wraz Mojrą z napięciem patrzyli na to, co się dzieje.

– Trzymaj kciuki, Mojro! – Nie musiał jej instruować: już dawno ściskała palce z całych sił.

– Miejmy nadzieję, że będzie stabilny – dodał i oboje wstrzymali oddech. Wewnątrz katalitu tlił się mały, blady płomyk oliwkowego światła. Wirujący wokół kryształu dym, zgęstniał tworząc dysk

– Chyba się udało profesorze! – Krzyknęła podekscytowana Mojra

W tym samym momencie ściany kamienia przecięły spękane bruzdy.

– Padnij Mojro!!! – krzyknął Markus i oboje runęli na ziemię Kryształ rozjaśniał, zadudnił głucho i wybuchł, rozbryzgując ostre fragmenty po całej pracowni. Niektóre wbiły się w kamienną ścianę, co świadczyło o ogromnej sile eksplozji – no i oczywiście o tym, że skrycie się było dobrym pomysłem. Fala mocy poruszyła skruszałą zaprawą w ścianach i rozproszyła się, uciekając przez liczne szczeliny w wiekowej spoinie.

Po wszystkim oboje powstali otrzepując ręce i kolana.

– Było lepiej niż ostatnio – skomentowała gosposia wyciągając ze ściany jeden z ostrych jak żyletka fragmentów: utkwił w litej skale, tuż nad jej głową.

– Aj… Znowu to samo! – Astrolog wyrzucił ręce do góry w geście rozpaczy. – Czego bym nie próbował, czego bym nie zmienił, to zawsze wybucha! A szlag by to… – przysiadł na krześle podpierając dłońmi czoło.

– Zawsze można to sprzedać, jako broń – pocieszała go Mojra swoim specyficznym poczuciem humoru.

– Ehh… wiem, że chcesz dobrze, ale nie jest mi do śmiechu – odrzekł. Jego głos przepełniało zrezygnowanie. – Powiedz, co ja robię nie tak?

– Nie wiem profesorze. Może kryształ był trefny? – wzruszyła ramionami.

– Każdy byłby trefny? Nie… To niemożliwe – zaprzeczył i sięgnął po porcję kojącego naparu.

– A może inny kamień? – spytała gosposia spoglądając na podłużne pudełko leżące na pobliskim stoliku.

– Katalit wykazuje największą absorbcję unitry ze wszystkich znanych mi materiałów. Każdy inny z ledwością przyciąga energię nie wspominając już o jej magazynowaniu! – wytłumaczył z pretensją do losu. Nietrafne sugestie Mojry tylko pogłębiały jego frustrację, czemu dawał upust gestykulując energicznie.

– I po co te nerwy!? Staram się pomóc! – oburzyła się Gosposia. Nie należała do osób, którymi łatwo pomiatać.

– Przepraszam moja droga: frustracja wzięła górę – spokorniał i popił z kubeczka.

– Wybaczam… Idę na zakupy, a pan profesorze, niech coś w końcu zje! – Sięgnęła po talerz z ciasteczkami. – Na pusty żołądek to jeszcze nikt, niczego nie odkrył! – dodała i jednym obrotem masywnego biodra, strąciła ze stołu pokaźną szkatułę. Kasetka uderzyła o kamienną posadzkę, a mały zamek puścił, uwalniając zawartość.

Pokaźnych rozmiarów jadeit przeturlał się po podłodze. Oboje poruszeni zamieszaniem zogniskowali na nim spojrzenia. Mojra, odruchowo, schyliła się by posprzątać.

Mag poderwał się z krzesła jak rażony prądem.

– Stój! Nie dotykaj! Zanieczyścisz kryształ! – Kobieta odskoczyła, a Markus wziął szczypce i umieścił kamień w pudełku.

– Profesorze, z tego, co kojarzę to ten też przyciągał to uni… coś tam.

– Tak, ale unitra wirowała wokoło nie wnikając w strukturę kamienia – odpowiedział Markus przewracając oczami.

– To ja już nie wiem – machnęła rękoma. – Niech sobie profesor sam myśli a nie mnie nadwyręża. – Pozbierała puste filiżanki i zajadła ostanie ciastko.

– Idłę. Nieługo włócę i złobię objad – oznajmiła z pełnymi ustami i wszyła z pracowni pałaszując czekoladowy wypiek. Mag ponownie przysiadł przy stole i pogrążył w myślach. Tylko on, ciastka i kasetka.

– A gdyby tak? Nie to nie zadziała… A może? Nie… – Dyskutował sam ze sobą głaszcząc, długą posiwiałą brodę. Nagle przestał, a w jego oczach zapłonął ogień ekscytacji.

– Już wiem!! Ha! – wykrzyczał podrywając się z krzesła.

– Mojro jesteś genialna – poderwał kasetkę z jadeitem i wrócił do pracy z zapałem natchnionego grajka.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (7)

  • Vespera miesiąc temu
    Serca kryształów to jak u Sandersona prawie, ale tu o co innego chodzi.
  • MKP miesiąc temu
    Nie czytałem Sandersona, więc ciężko mi porównać niestety:(
    kiedyś nadrobię jak polecasz.
  • Vespera miesiąc temu
    MKP Określiłabym jego Archiwum Burzowego Światła jako modernistyczne high fantasy, mi podeszło. Innych jego serii jeszcze nie znam.
  • MKP miesiąc temu
    Brzmi ok, szukam czegoś zamiast Canavan
    Dom na Wyrębach skończyłem; w sumie to ostatnie 50 stron wciąga.
  • Vespera miesiąc temu
    No i opowieści z meekhańskiego pogranicza ci chyba już polecałam kiedyś?
  • MKP miesiąc temu
    Vespera
    A właśnie!
    W takim razie pogranicze pujdzie na pierwszy ogień
  • Vespera miesiąc temu
    MKP Obie serię lubię i polecam.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania